Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Podczas recesji każdy broni swego

Ten tekst przeczytasz w 26 minut

W Wielkiej Brytanii są strajki przeciwko korzystaniu z zagranicznych pracowników; we Francji producentom samochodów nakazuje się kupować części krajowej produkcji i nie zamykać fabryk; hiszpański minister nakłania konsumentów do nabywania rodzimych wyrobów. Wygląda na to, że w Europie narasta protekcjonizm.

Nasilają się także ostrzeżenia przed jego skutkami. - Protekcjonizm to pewna droga do przekształcenia recesji w recesję bardzo głęboką, czyli depresję - mówi lord Mandelson, brytyjski minister ds. przedsiębiorczości.

Historyczne paralele są aż nadto wyraźne. Prawie 80 lat temu USA - a potem rządy w Europie i gdzie indziej - zapoczątkowały falę posunięć protekcjonistycznych, które wywołały wzrost napięcia i pogłębienie kryzysu gospodarczego. Czyżby miało do tego dojść ponownie?

To, że Europa okazała się skłonna do konfrontacji z USA w sprawie klauzuli „Buy American” w tamtejszym programie stymulacyjnym, sugeruje, że jednak czasy trochę się zmieniły. Prezydent Barack Obama otrzymał nawet pouczenie z Francji; jej minister handlu stwierdził, że plan korzystania wyłącznie z amerykańskiej stali to „bardzo zły sygnał”, „wyraźnie protekcjonistyczny”.

Próbując chronić swoich obywateli przed pełnymi skutkami załamania gospodarczego, rządy w Europie stoją wobec naprawdę karkołomnego zadania. Na razie jednak wygląda na to, że powrót protekcjonizmu jest mało prawdopodobny, głównie dzięki przepisom Światowej Organizacji Handlu (WTO) oraz Unii Europejskiej, ograniczającym możliwość podnoszenia ceł.

Na czoło wysuwają się więc inne formy nacjonalizmu gospodarczego - od żądań zachowania „brytyjskich miejsc pracy dla Brytyjczyków” po apele o patriotyczną konsumpcję. Według niektórych obserwatorów najbardziej podstępny charakter ma jednak groźba czegoś, co można nazwać protekcjonizmem finansowym. Rządowe pakiety ratunkowe zmuszają banki do działania zgodnie z interesem narodowym, wycofują się więc one na rodzime rynki. To z kolei zwiększa presję polityczną na pomoc innym branżom.

- Operacje ratunkowe wobec banków mają silne, choć niezamierzone, konsekwencje. Będzie coraz więcej aktywnych posunięć rządów, w których różnicuje się działalność gospodarczą zależnie od narodowości jej aktorów. Wszyscy powinni się ich obawiać - mówi Nicolas Veron z ośrodka badawczego Bruegel w Brukseli.

Konsekwencje tego typu protekcjonizmu będą zapewne ekonomicznym, politycznym i prawnym testem dla Europy. - Odwrócenie integracji rynku bankowego spowoduje wiele szkód. Cofnie nas o 10, choć nie o 30 lat. Reszta protekcjonistycznych posunięć będzie mieć charakter marginalny, oczywiście przy założeniu, że kontrola nad gospodarką zostanie zachowana - mówi Daniel Gros z Centre for European Policy Studies.

Dla Europejskiego Banku Centralnego ta protekcjonistyczna presja jest powodem do obaw. Jego prezes, Jean-Claude Trichet, w zeszłym miesiącu uznał „pojawienie się i nasilanie tendencji protekcjonistycznych” za jedno z głównych zagrożeń, które mogą spowodować pogorszenie stanu gospodarki strefy euro.

Pewne aspekty integracji finansowej, której promowaniem zajmowali się w dobrych czasach europejscy politycy, uległy ostatnio odwróceniu na skutek takich posunięć jak podział - według granic narodowych - belgijsko-holenderskiej grupy finansowej Fortis. Bankowe operacje ratunkowe wywarły przy tym presję na inne kraje: Francja na przykład proponuje zasilenie sześciu największych krajowych banków kwotą 21 mld euro po to, żeby ich pozycja konkurencyjna nie była gorsza niż banków brytyjskich czy amerykańskich.

Z pewnością najbardziej niepokojące jest wycofywanie się wielu banków z pożyczania pieniędzy poza rodzimym rynkiem. - Znany bank brytyjski stwierdza nagle: „nie inwestujemy więcej w Niemczech”. Niektórym firmom stwarza to bardzo trudną sytuację - mówi Rudiger Gunther, dyrektor finansowy niemieckiego pożyczkodawcy detalicznego Arcandor.

Jednocześnie banki te odczuwają narastającą presję zwiększenia kredytów na rodzimym rynku. Według Richarda Lamberta, dyrektora generalnego Confederation of British Industry, na zagraniczne banki przypadało zwykle do 40 proc. udzielanych w Wielkiej Brytanii pożyczek. - Teraz one zanikły i właśnie dlatego mamy problem z finansowaniem i z niedostępnością kredytów - mówi Richard Lambert.

Pojawia się jednak pytanie, czy chodzi tu o protekcjonizm finansowy, czy o uzasadnione ograniczanie akcji kredytowej banków. - Sądzę, że w grę wchodzą obydwa te powody. Z pewnością widać jednak, że niektórzy posługują się kryzysem dla uzasadnienia protekcjonizmu finansowego - mówi Razeen Sally, jeden z dyrektorów European Centre for International Political Economy.

Jak na ironię, część najmocniejszych ostrzeżeń przed protekcjonizmem finansowym pochodzi od brytyjskiego premiera, Gordona Browna, który nadzorował pakiet ratunkowy dla banków i dążył do przekonania ich, żeby więcej pożyczały w kraju. - Największe niebezpieczeństwo, związane z wydarzeniami ostatnich paru miesięcy, polega na czymś, co nazwałbym izolacjonizmem finansowym - mówił ostatnio „FT”.

Zagrożenie protekcjonizmem finansowym odczuwa się najbardziej w Europie Wschodniej i Południowej, gdzie narastają obawy, że banki mogłyby repatriować kapitał, zwłaszcza z byłych krajów komunistycznych.

George Provpulos, gubernator banku centralnego Grecji, powiedział „FT”, że ostrzegł greckie banki przed używaniem funduszy z pomocy rządowej (28 mld euro) na wspieranie ich spółek zależnych na Bałkanach. Na wschodzie i południu kontynentu nadzór finansowy wszędzie monitoruje miejscowe filie międzynarodowych banków, żeby sprawdzić, czy nie transferują one środków za granicę.

Te obawy nie są bezpodstawne. Bank centralny Serbii, który w grudniu zasilił tamtejszy rynek walutowy 600 mln euro w celu zwiększenia płynności, stwierdził, że banki należące do zagranicznych właścicieli przekazały natychmiast te kwoty do central w Austrii, we Włoszech, w Grecji i gdzie indziej.

Nicolas Veron dostrzega również zagrożenia integracji europejskiej. - Według mnie ogromne ryzyko stanowi gospodarcze załamanie w krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Jeśli dojdzie do znacznej rozbieżności między tym regionem a Europą Zachodnią, będzie to oznaczać poważny cios dla UE - mówi.

Ten polityczny test będzie można zapewne odczuć zarówno na poziomie krajowym, jak i unijnym. Protekcjonizm finansowy prowadzi do wspierania innych branż, ponieważ rządy zdają sobie sprawę, że muszą sprawiać wrażenie, iż pomagają nie tylko bankom.

Przyłączają się do tego nawet opowiadające się za wolnym rynkiem kraje nordyckie, a Szwecja organizuje pakiet ratunkowy dla swojego przemysłu samochodowego. Skupia się on - podobnie jak wiele podobnych programów w Europie - na priorytetach narodowych i zawiera zastrzeżenie, że pieniądze z pożyczek i gwarancji zostaną wydane w Szwecji.

Podobnie jest we Francji, gdzie rząd domaga się od producentów samochodów obietnicy, że - otrzymawszy 6 mld euro wsparcia - nie będą przenosić miejsc pracy i produkcji poza kraj. Prezydent Nicolas Sarkozy wierzy, że w okresie poważnej recesji rozsądna interwencja państwa pomoże utrzymać poparcie dla globalizacji i zapobiec pojawieniu się niekorzystnej spirali protekcjonizmu. To stanowisko wyjaśnia takie posunięcia, jak tworzenie własnego funduszu majątku narodowego, przejmowanie udziałów w stoczni i udzielanie gwarancji klientom producenta samolotów, Airbusa.

Podobne efekty przynosi włoska idea „globalizacji kierowanej”, która wyjaśnia, dlaczego utrzymano krajową własność przynoszącej straty linii lotniczej Alitalia, a jednocześnie pozwolono Libii objąć 10 proc. udziałów w kontrolowanej przez państwo firmie naftowej Eni. Niemcy, największy światowy eksporter, próbują unikać skojarzeń z protekcjonizmem, choć niektóre ich posunięcia - jak wsparcie dla banków czy propozycje pomocy dla przemysłu - bliskie są tej idei.

Hiszpania przyjęła bardziej nietypowe podejście: Miguel Sebastian, wpływowy minister przemysłu, handlu i turystyki, nawołuje Hiszpanów, by kupowali więcej towarów miejscowej produkcji. - Nasi obywatele mogą obecnie coś zrobić dla swojego kraju: mogą stawiać na nasze wyroby, nasz przemysł i nasze usługi - krótko mówiąc, na nas samych - mówił w zeszłym miesiącu. Jego wypowiedź powtórzył w Wielkiej Brytanii biznesmen Alan Sugar.

Na szczeblu europejskim pojawiają się obawy o to, jaki może mieć to wszystko wpływ na przywiązanie poszczególnych krajów do idei jednolitego rynku. - To zagraża jego spoistości. To właściwie pełzający protekcjonizm, który jest niebezpieczny, zwłaszcza że sprawę mogą jeszcze pogorszyć programy stymulacji fiskalnej. Nie sądzę jednak, żeby groziło to załamaniem systemu - mówi Razeen Sally. Wszystko to zdarza się w okresie, gdy Komisja Europejska - zbliżająca się właśnie do końca swojej kadencji - napotyka trudności w przeciwstawianiu się żądaniom poszczególnych państw. - Komisja będzie prowadzić walkę skazaną na porażkę - uważa Daniel Gros.

Kraje Europy Wschodniej nerwowo przyglądają się zachodnim pakietom ratunkom, zwłaszcza przeznaczonym dla przemysłu samochodowego, istotnego dla gospodarki Polski, Czech, Słowacji i Węgier. Gordon Bajnai, węgierski minister gospodarki, ostrzegał na niedawnej konferencji biznesowej przed „poważnym ryzykiem” odejścia przez poszczególne kraje od polityki rynkowej. Przewidywał, że w przyszłym roku przyjmą one różne drogi rozwoju: niektóre ulegną „populistycznemu myśleniu życzeniowemu”, a inne będą się trzymać polityki zorientowanej na rynek.

Taki nawrót do dawnych przekonań prawdopodobny jest również w odniesieniu do pracowników napływowych. Eksperci sądzą, że protesty w Wielkiej Brytanii to dopiero początek, a UE zasygnalizowała, że dokonuje przeglądu przepisów dotyczących swobodnego przepływu pracowników. - We wszystkich krajach, gdzie wskutek boomu budowlanego doszło do dużego napływu zagranicznych pracowników, czyli w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Hiszpanii, teraz, po pęknięciu bańki na rynku nieruchomości, nie są już oni mile widziani - mówi Daniel Gros.

Kolejny problem wiąże się z walutami krajów, które nie są członkami strefy euro, zwłaszcza z funtem. Peter Sutherland, były szef WTO, a obecnie prezes British Petroleum, sugeruje, że gwałtowną jego dewaluację można by traktować jako posunięcie protekcjonistyczne. - Dla jednolitego rynku znaczny spadek wartości jednej z walut może stanowić wielki problem - mówi.

Kolejna kwestia ma charakter prawny i dotyczy zgodności wszystkich tych programów ratunkowych, kierowanych do banków i przedsiębiorstw, z odnoszącymi się do wymogów konkurencyjności unijnymi przepisami o pomocy państwa. - Niepokoiłyby mnie dążenia rządów, które, kierując się własnymi interesami, usiłowałyby naginać przepisy, dotyczące pomocy państwa. Nie wolno wyrzekać się prawa, żeby zaspokoić populistyczne nastroje - mówi Peter Sutherland, który kiedyś był unijnym komisarzem ds. konkurencji.

W ostatnich sześciu miesiącach dokonano złagodzenia unijnych reguł pomocy państwa, ułatwiając rządom przekazywanie funduszy bankom i przedsiębiorstwom, ale generalnych ich zasad nie zarzucono. Przedstawiciele Komisji podkreślają również, że gdy gospodarka się ożywi, to złagodzenie nie zostanie utrzymane. Kraje członkowskie deklarują przywiązanie do obowiązujących od dawna reguł: nawet Francja, atakując Brukselę za brak elastyczności, zapowiada, że będzie ich przestrzegać.

Ostatecznie jednak to, jak bardzo nasili się protekcjonizm w Europie, zależeć będzie od działań, gdzie indziej na świecie, a zwłaszcza w USA.

Nicolas Veron uważa, że decydujące znaczenie będzie miał pod tym względem przykład USA. Jeśli podążą one drogą, wyznaczoną przez klauzulę „Buy American”, to - jego zdaniem - Europa uzna to za licencję, zezwalającą jej postępować tak samo.

Zgodnie z regułami jednolitego rynku unijnego w bloku obejmującym prawie 500 milionów mieszkańców nie powinno być żadnych barier w przepływie kapitału i pracowników. Warunki działania przedsiębiorstw we wszystkich 27 państwach powinny być mniej więcej takie same. Strażnikiem jednolitego rynku jest Komisja Europejska w Brukseli, która może podejmować kroki prawne przeciwko krajom członkowskim. Komisja czuwa także nad przestrzeganiem przepisów, które ograniczają możliwość wspierania miejscowych przedsiębiorstw przez rządy i które mają zapewnić, że nawet przy uwzględnieniu dozwolonej pomocy państwa warunki konkurencji są wyrównane.

4b9e50d8-9830-4aba-95c7-c047d7dcdc46-38893353.jpg

Fot. Images.com Corbis

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.