Recesja zaczęła się wcześniej
General Electric, czołowa firma amerykańska, obniżyła dywidendę - co zdarzyło się jej po raz pierwszy od 1938 roku. W tym roku będziemy pewnie mieli do czynienia z wieloma przypadkami największych od tego właśnie roku cięć dywidendy. Jednak rok 1938 nie zapisał się jakoś szczególnie w historii gospodarczej. O co więc chodzi?
Żeby to wyjaśnić, trzeba wrócić do Wielkiego Kryzysu z lat 30. XX wieku. Załamanie na Wall Street w 1929 roku nie było, przynajmniej początkowo, wydarzeniem dramatycznym: jeśli do korekty kursów akcji zastosować kryteria z czasów nam bliższych, to była ona umiarkowana. Istotne było to, że potem ceny akcji bezustannie szły w dół. Do 1933 roku akcje w USA straciły trzy czwarte wartości z 1929 roku. Nie kwestionuje się na ogół opinii, że kryzys pogłębił się na skutek działań, podejmowanych przez rząd po 1929 roku, choć nadal są kontrowersje co do stopnia, w jakim wpłynęły na to restrykcyjna polityka budżetowa, nieudolna polityka pieniężna oraz protekcjonistyczne strategie w handlu i finansach. Gdy w 1933 roku prezydent Franklin Roosevelt obejmował urząd, system pieniężny USA był na skraju załamania. Cokolwiek jednak finansiści z Wall Street myśleli o jego Nowym Ładzie, rynek na ten program zareagował pozytywnie. W 1933 roku kursy akcji podwoiły się: trend zwyżkowy trwał do 1936 roku. Ustawicznie malejący w latach 1929-1933 produkt krajowy brutto podczas pierwszej kadencji Roosevelta umiarkowanie wzrósł. Giełda, jak to często bywa, przewidywała zjawiska w realnej gospodarce. W okresie 1937-1938 PKB USA zmalał o ponad 3 proc. Szczególnie silnie odbiło się to na zyskach firm, które spadły o 40 proc., co skłoniło spółki do cięć dywidendy o ponad 30 proc. Z poważnej recesji wyciągnęły USA wyłącznie przygotowania do wojny, a od 1941 roku udział w niej. Doświadczenia Europy były bardziej zróżnicowane. Wielka Brytania nie przeżywała, tak jak USA, boomu w latach 20.
Na skutek narzuconego przez Winstona Churchilla (jako ministra skarbu) powrotu w 1925 roku do przewartościowanego kursu funta gospodarka w następnych latach rosła minimalnie. Ożywienie - które nastąpiło po odejściu w 1931 roku od standardu złota i obniżce stóp procentowych - było wcześniejsze niż w USA, ale po 1936 roku również zamarło. Gdyby nie wzrost wydatków publicznych o 50 proc. w latach 1936-1939, brytyjski PKB niemal na pewno zmalałby w tym czasie. Cokolwiek mówili wtedy politycy, statystyki świadczą o aktywnych przygotowaniach do wojny. Doświadczenia wielkiego kryzysu dowodzą, że załamanie gospodarcze może się ciągnąć długo i że wprawdzie na giełdzie mogą nastąpić ostre odbicia, ale mają one czasami charakter efemeryczny. Chyba najważniejszy wniosek (choć miejmy nadzieję bezużyteczny) z ówczesnej sytuacji jest taki, że wojna dobrze służy wzrostowi produkcji, zatrudnienia i zysków przedsiębiorstw. Można jednak znaleźć inne, równie ponure paralele między obecnym kryzysem a tym z lat 30. minionego wieku. Patrząc z tej perspektywy, nie jesteśmy na początku kryzysu, ale już od paru lat w nim tkwimy. Analogią krachu na Wall Street nie jest bowiem kryzys kredytowy z 2007 roku, ale pęknięcie bańki spekulacyjnej „nowej gospodarki” w roku 2000. Szaleństwa lat 90. przypominają te z lat 20. Stanowiące ich źródło strukturalne słabości gospodarki światowej - finansowanie deficytu budżetowego i handlowego USA przez azjatyckie nadwyżki - ujawniły się właśnie w 2000 roku, gdy pękł mit bogactwa „nowej gospodarki”. Różnice polegają na tym, że pomyłki popełnione po 1929 i po 2000 roku były przeciwstawne. Tym razem od początku stosowano bardzo łagodną politykę fiskalną i pieniężną. Doprowadziło to do wzrostu cen aktywów, bezpodstawnego zwiększania kredytu i wywołało dalszy rozwój błędnej w założeniu infrastruktury finansowej, na której opierał się boom z lat 90. W latach 1937-1938 rynki i liderzy biznesu zaczęli wątpić w trwałość podstaw ożywienia po wielkim kryzysie. W latach 2007-2008 zaczęli natomiast wątpić w trwałość podstaw finansowych, na których po fiasku „nowej gospodarki wspierał się wzrost konsumpcji i cen aktywów. Nasze możliwości uczenia się na wielkim kryzysie są ograniczone, bo nie wiemy, jak rozwinęłaby się wówczas sytuacja gospodarcza, gdyby nie zapanowała nad nią polityka. Życie, jak mówił Kierkegaard, można zrozumieć patrząc wstecz - ale żyć musimy do przodu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.