Strategia naszego rządu wobec Unii jest prosta: unikanie otwartych konfliktów
Od powołania przed 25 laty jednolitego rynku Bruksela nigdy nie przejęła tak wielu nowych uprawnień. Do końca października przywódcy UE mają zatwierdzić nowy system zarządzania szeroko pojętym sektorem finansowym. Bruksela chce przejąć nadzór nad bankami, rynkiem giełdowym i ubezpieczeniowym, mieć wgląd w ustawy budżetowe krajów członkowskich i karać ich rządy za nadmierny dług. Wszystko po to, aby zapobiec powtórzeniu się kolejnego greckiego kataklizmu.
Czy Polska zgodzi się na oddanie tak kluczowych kompetencji? Zgodnie z prowadzoną od trzech lat przez rząd Donalda Tuska strategią unikania otwartych konfliktów z Unią, nasz kraj nie sprzeciwia się otwarcie tej cichej rewolucji. Ale też przyjmuje ją z pewną rezygnacją i chce zachować tyle kompetencji dla polskich władz, ile będzie możliwe.
Kluczowym elementem nowego systemu ma być nałożenie dwojakiego obciążenia na banki: od transakcji finansowych oraz od zysków. W ten sposób instytucje finansowe same miałyby zgromadzić polisę na wypadek ewentualnych kłopotów finansowych.
Podczas ostatniego spotkania ministrów finansów Jacek Rostowski nie sprzeciwił się wprowadzeniu nowych restrykcji - powiedział "DGP" dyplomata w Radzie UE. Ale zastrzegł, że powinniśmy zachować prawo do określania, w jaki sposób będziemy obciążać banki.
● Rząd chce, aby podatek był proporcjonalny do wielkości ich obrotów. Uważa, że tylko w krajach, w których jest rozwinięta bankowość inwestycyjna (szczególnie w Wielkiej Brytanii), wysokość podatku powinna być uzależniona od tego, na ile ryzykowna jest działalność banków. Argument naszych władz jest prosty: w czasie kryzysu żaden polski bank nie stanął na skraju bankructwa, więc żaden nie powinien być w sposób szczególny karany.
● Polska, podobnie jak Wielka Brytania, chce także zachować prawo do wykorzystania funduszy pobranych od banków w sposób, który jest dla nas najbardziej dogodny.
● W przeciwieństwie do Niemców Rostowski odrzuca pomysł stworzenia odrębnego funduszu, który w razie konieczności posłużyłby do ratowania banków przed upadkiem.
● Chcemy, aby nowy podatek bezpośrednio zasilał budżet państwa. To typowe zachowanie dla kraju, który nie posiada dużych grup bankowych i którego rynek finansowy jest w większości kontrolowany przez zagraniczne instytucje. W domyśle polski rząd ma nadzieję, że w razie kolejnego kryzysu to Niemcy, Francuzi czy Włosi uratują swoje banki i przy okazji ich oddziały w naszym kraju.
Trzymając się tej samej logiki, Polska zaakceptowała powołanie trzech europejskich instytucji nadzoru rynku finansowego odpowiedzialnych za kontrolę rynku ubezpieczeniowego, giełdowego i ubezpieczeń emerytalnych. Jednak nasz kraj stanął po stronie tych państw UE (w szczególności Wielkiej Brytanii), które dążą do minimalizacji ich kompetencji. Tak więc będą mogły one interweniować tylko wówczas, gdy narodowe instytucje nadzoru dwóch krajów pokłócą się między sobą lub złamią europejskie regulacje. Rząd sprecyzował swoje stanowisko:
● Proponujemy, by odpowiedzialność za kontrolę nad oddziałem banku sprawował kraj, w którym on działa, a nie ten, gdzie znajduje się centrala. To sposób na utrzymanie maksymalnie dużych kompetencji nadzorczych dla NBP.
● Najbardziej stanowczy jesteśmy w sprawie zaostrzenia systemu kar za nadmierny deficyt budżetowy. Teoretycznie taka możliwość jest już od wielu lat zapisana w pakcie o stabilności i rozwoju. Kary nigdy jednak nie zostały wprowadzone, bo ostateczna decyzja w tej sprawie należy do ministrów finansów, a ci nie chcą nawzajem uczynić sobie szkody.
Polska obawia się, że też w przyszłości w Unii będą równi i równiejsi: nikt nie wyegzekwuje od Niemiec czy Francji płacenia kar, podczas gdy Bułgaria czy Grecja mogą zostać do tego zmuszone. Aby tego uniknąć, Polska wraz z nowymi krajami członkowskimi, a także m.in. Hiszpanią, dąży do wprowadzenia automatycznego systemu nakładania opłat. Decyzje w tej sprawie miałaby podejmować niezależna, ponadnarodowa instytucja.
Dyplomaci europejscy interpretują polskie stanowisko dwojako. Z jednej stroną widzą w tym chęć uzdrowienia finansów publicznych. Z drugiej podejrzewają, że Polska może chcieć postawić poprzeczkę tak wysoko, że w końcu żaden nowy system kar nie zostanie wprowadzony.
Rostowski stawia dalsze warunki. Uważa, że system kar powinien obejmować nie tylko wstrzymanie funduszy strukturalnych (jak tego chcą m.in. Niemcy), lecz także wszystkich innych płatności Brukseli (m.in. ze wspólnej polityki rolnej). Chodzi o to, aby kary groziły nie tylko państwom na dorobku (tylko one otrzymują fundusze strukturalne), ale wszystkim.
Trudniejszy do spełnienia warunek Polska stawia w sprawie kar za nadmierny (powyżej 60 proc. PKB) dług publiczny. Wraz z grupą ośmiu innych państw (m.in. Szwecją i Węgrami) chcemy, aby od wielkości zobowiązań państwa były odliczane aktywa otwartych funduszy emerytalnych. Dla Brukseli to trudny do spełnienia postulat, bo OFE zarządzają prywatne firmy i eksperci Unii nie chcą ich zaliczyć do bilansu finansów publicznych.
Polska zaakceptowała system wzajemnej kontroli projektów ustaw budżetowych przez kraje Unii. Ma on wejść w życie już na początku 2011 roku. Wymusi to zmianę kalendarza przygotowywania ustawy budżetowej w naszym kraju: jej założenia trzeba będzie przedstawić w Brukseli już wczesną wiosną. Ale na tym się kończą realne zmiany. Polska przyłączyła się do stanowiska Wielkiej Brytanii, która nie chce, aby Bruksela ograniczyła suwerenność władz narodowych w opracowaniu najważniejszej ustawy roku. Zgodnie z nowymi regulacjami Bruksela nie będzie więc mogła narzucić danemu państwu, gdzie ma ograniczyć wydatki, a gdzie zwiększyć. Może tylko przedstawiać ogólne sugestie.
Kluczowy element reformy zostanie wprowadzony bez realnego wpływu Polski. W minioną niedzielę w Bazylei przyjęto nowe regulacje minimalnych rezerw banków. Zmiana jest radykalna: wymagany udział kapitałów w wielkości udzielonych kredytów wzrósł z 2 do 7 proc. Jednak w komitecie w Bazylei uczestniczy tylko dziewięć państw UE, bez Polski. Nasi dyplomaci przyznają, że rząd nie będzie zgłaszał sprzeciwu wobec nowych regulacji, bo obciążą one głównie centrale banków działających w naszym kraju (wyjątkiem jest PKO BP).
● 12 września 2010 r. - komitet banków centralnych w Bazylei przyjmuje normy dot. rezerw bankowych
● 14 września 2010 r. - Komisja Europejska przedstawia propozycję regulacji rynków handlu derywatami
● 16 września 2010 r. - komitet pod kierunkiem Hermana Van Rompuya przedstawia projekt zarządzania finansami publicznymi przewidujący m.in. nałożenie podatku od transakcji i zysków banków
● 29 października 2010 r. - szczyt przywódców UE ma zaakceptować nowy system kontroli rynków finansowych
● 1 stycznia 2011 r. - wchodzi w życie nowy system kontroli budżetów krajów UE
@RY1@i02/2010/181/i02.2010.181.000.0010.001.jpg@RY2@
Zastrzeżenie Polski do pakietu zarządzania finansowego UE
Jędrzej Bielecki
jedrzej.bielecki@infor.pl
Polska nie sprzeciwiła się wprowadzeniu podatku od banków. To błąd? Jak pan właściwie ocenia polskie stanowisko odnośnie do najważniejszych propozycji dotyczących regulacji na rynku finansowym?
Nowy podatek zaproponowały te kraje Unii, które w zeszłym roku musiały przeznaczyć dziesiątki miliardów euro na ratowanie upadających banków i teraz chcą odzyskać wydane pieniądze. Polski ten problem nie dotyczy - u nas żaden bank nie był zagrożony. Jednak Komisja Europejska uznała, że podatek musi obowiązywać wszystkie kraje UE, aby były zachowane równe warunki konkurencji. Rząd mógłby się temu sprzeciwić, bo nowy podatek utrudni wzrost gospodarczy i niepotrzebnie skomplikuje system fiskalny. Nie zrobił tego, aby mieć dodatkowe źródło dochodu na spłatę ogromnego deficytu budżetowego. To doraźne decyzje, a nie myślenie strategiczne.
Sprzeciwiamy się nałożeniu kar za nadmierny dług i deficyt budżetowy, o ile Bruksela nie zacznie zaliczać aktywów OFE do sektora finansów publicznych. Mamy szansę na wygraną?
Ja tego stanowiska nie rozumiem. Bruksela powiedziała jasno: jeśli ustawa o OFE zostanie zmieniona i przestaną one działać jak fundusze prywatne, zmiana klasyfikacji stanie się możliwa. Rząd używa więc szantażu, który nie ma szans powodzenia, a może zniweczyć próbę zdyscyplinowania finansów publicznych w UE.
Decyzja o podwyższeniu minimalnego poziomu rezerw bankowych została podjęta bez udziału Polski. Jest dla nas korzystna?
Tak, bo zmniejsza ryzyko upadku banków zachodnich, które działają w naszym kraju. A jednocześnie nie zwiększają istotnie obciążeń dla polskich banków, być może poza PKO BP.
@RY1@i02/2010/181/i02.2010.181.000.0010.002.jpg@RY2@
Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów
ROZMAWIAŁ JĘDRZEJ BIELECKI
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu