Deficyt wystraszy inwestorów
Jeśli rząd będzie opóźniał uporządkowanie finansów publicznych, rynek w końcu może wystawić za to rachunek. Duży deficyt to dobry pretekst, by żądać wyższych rentowności obligacji.
Dziś duży deficyt i wysoki dług publiczny uchodzą nam na sucho. Złoty mimo wahań trzyma się nieźle, a na obligacje Skarbu Państwa jest duży popyt. Jak mówi Marcin Mróz, główny ekonomista BNP Paribas Fortis, widać, że rynek uznaje polskie ryzyko fiskalne za stosunkowo niewielkie na tle innych krajów Unii Europejskiej. Tym bardziej że deficyt budżetu centralnego może być mniejszy od zaplanowanego, na co wskazuje wykonanie budżetu po czterech miesiącach tego roku
- Tym, co może spowodować, że rynek uważniej przyjrzy się naszej sytuacji fiskalnej, jest brak konsolidacji sektora finansów publicznych w warunkach wzrostu gospodarczego - mówi ekonomista.
Według Marcina Mroza w tym roku nie ma na nią co liczyć, bo tempo rozwoju gospodarki jest słabe. Ale w przyszłym, gdy gospodarka przyspieszy, wyższe dochody mogłyby pomóc w walce z deficytem. Na razie niewiele jednak wskazuje na to, by do jakiejś znaczącej konsolidacji finansów miało dojść dzięki zmianom w wydatkach. Nie ma nawet projektów ustaw, które zapowiadałyby zmiany w sektorze finansów publicznych i umożliwiały zmniejszenie deficytu. Wprowadzanie jakiejkolwiek reformy utrudnia kalendarz wyborczy: w tym roku mamy wybory prezydenckie, w przyszłym parlamentarne. Komisja Europejska prognozuje, że w przyszłym roku deficyt sektora finansów wyniesie w Polsce 7 proc. PKB. I będzie to powyżej średniej unijnej (6,5 proc. PKB).
Jednak zdaniem Marcina Mroza, gdyby doszło do kolejnych zawirowań budżetowych na świecie, to nawet spadek deficytu nie uchroniłby nas przed jego skutkami.
W takim scenariuszu złoty znów może zacząć się osłabiać, a rentowności obligacji rosnąć - nawet w sytuacji, gdy polska gospodarka będzie rozwijała się w przyzwoitym, kilkuprocentowym tempie. To będzie bezpośredni skutek tzw. wzrostu awersji do ryzyka, czyli odwrotu kapitału z ryzykownych aktywów. Ten mechanizm działa zawsze, gdy następuje silny wstrząs na globalnych rynkach finansowych. Kilkuprocentowy wzrost PKB raczej nie pomoże, bo Polska przestanie się nim jaskrawo wyróżniać na tle innych gospodarek Europy. KE prognozuje średnie przyszłoroczne tempo wzrostu PKB dla całej Unii na poziomie 1,7 proc. W Polsce ma to być 3,3 proc.
Analitycy uważają, że jeśli nasz kraj nie zacznie redukować deficytu, to przy kolejnym globalnym wstrząsie Polsce może grozić wariant hiszpański i portugalski: wzrost rentowności papierów zwiększy koszty obsługi długu, co spowoduje powiększenie i tak dużego deficytu w finansach publicznych. To zaś może się przełożyć na pogorszenie ocen w agencjach ratingowych. Niższy rating dla obligacji to kolejny impuls do ich sprzedawania - a to pogłębia spadki.
- Hiszpanii i Portugalii obniżono ratingi ze względu na większe koszty finansowania generujące wyższy deficyt. Ten sam efekt mógłby w negatywnym scenariuszu wystąpić w przypadku Polski. To mogłoby spowodować sprzężenie zwrotne - mówi Przemysław Kwiecień z X-trade Brokers.
I dodaje, że choć dziś stan polskich finansów publicznych nie jest niczym szczególnym, to w przyszłości może stać się argumentem, by uciekać z Polski.
- Zaczęłoby się szukanie uzasadnienia dla wyprzedaży złotego i obligacji, tak jak było choćby na początku 2009 roku. Gdybyśmy jednak nie mieli problemów z finansami publicznymi, złoty mógłby nieco stracić na wartości, ale na tym by się skończyło. Zmienność na rynku z pewnością byłaby mniejsza, gdyby nasze finanse publiczne były w lepszym stanie - mówi analityk.
Marek Chądzyński
marek.chadzynski@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu