O czym myślą przyszli nobliści?
W ubiegłym tygodniu osiemnastu laureatów Nagrody Nobla z ekonomii dyskutowało w bawarskim Lindau o tym, jak wyprowadzić na prostą światową gospodarkę. W spotkaniu, prócz takich tuzów jak Joseph Stiglitz, George Akerlof czy John Nash (pierwowzór bohatera filmu "Piękny umysł"), uczestniczyło kilkuset najbardziej obiecujących młodych naukowców. Przegląd projektów, na podstawie których dzisiejsi 20-30-latkowie byli dopuszczani do sesji, daje obraz tego, czym zajmują się ci, do których należy przyszłość ekonomii.
Co wywołało niedawne zamieszki w Londynie? Prawdopodobnie oszczędności w wydatkach budżetów lokalnych dzielnic angielskiej stolicy. Co zaskakujące, nie chodzi tu jednak wcale o cięcia zasiłków czy mniej pieniędzy na walkę z bezrobociem. Sednem problemu jest to, że od początku kryzysu władze Londynu wydają coraz mniej na utrzymanie w przyzwoitym stanie przestrzeni publicznych. Takie wnioski płyną z prac Christopha Engela, Sebastiana Kube i Michaela Kurschilgena, trzech niemieckich badaczy z Instytutu Maxa Plancka w Bonn. Z ich eksperymentów wynika, że o popełnieniu przypadkowego przestępstwa (a więc takiego jak np. plądrowanie sklepów) decyduje zazwyczaj pierwsze wrażenie. Widząc, że w jakiejś dzielnicy jest brzydko, mamy skłonność do wyprowadzenia wniosku: tutaj nie obowiązują normy społeczne. W tym punkcie młodzi badacze dają kolejne dowody potwierdzające popularną w latach 90. tzw. teorię zbitej szyby (stosowanej na przykład w Nowym Jorku, gdy burmistrzem był Rudolph Giuliani). Idą jednak o krok dalej, a ich praca nie na darmo nosi tytuł "O zbitych i naprawionych szybach". Zachowania naśladowcze działają w obie strony: mogą doprowadzić zarówno do erupcji przestępczości (tak jak ostatnio w Londynie), jak i do uspokojenia rozgrzanych nastrojów. Aby udowodnić tę tezę, badacze przeprowadzili prostą grę: grupy mieszkańców Londynu i Bonn otrzymały niewielką sumę pieniędzy. Badani mieli zdecydować, czy przeznaczą je na inwestycję w grupowy projekt społecznikowski, czy zatrzymają pieniądze dla siebie. Odpowiedzi były krańcowo różne. Londyńczycy dwa razy częściej niż mieszkańcy Bonn wybierali opcję egoistyczną. Tak było tylko do czasu, gdy pokazano im wyniki drugiej grupy. Pod wpływem tego bodźca i jedna, i druga strona wzięła poprawkę na to, co robią inni. Motywowani wstydem Londyńczycy w drugim podejściu dużo częściej decydowali się na kooperację, natomiast Niemcy odwrotnie. Poczuli się frajerami i przestawali współpracować. Wniosek: to, co widzimy wokół siebie, ma kluczowe znaczenie dla naszych wyborów ekonomicznych i moralnych.
Z kolei dwóch chilijskich ekonomistów Yan Carriere-Swallow i Felipe Labbe udowodniło, że wyszukiwarka Google może ułatwić, a momentami nawet zastąpić profesjonalne narzędzia analizy gospodarki. Zachodnie korporacje badające trendy na rynkach państw rozwijających się często narzekają na oficjalne dane ekonomiczne publikowane przez tamtejsze rządy i urzędy. Zazwyczaj są one nieprzejrzyste, trudne do znalezienia i co najgorsze - podawane z poważnym opóźnieniem czasowym. Autorzy sprawdzili więc, jak często Chilijczycy wpisywali w Google’u nazwy marek samochodów. A ponieważ popyt na auta jest jednym ze wskaźników prognozowania przyszłej koniunktury, dostali do ręki bardzo praktyczne narzędzie. Po zakończeniu badania okazało się, że prognozowanie na podstawie wpisów w Google''u zwiększyło celność ich przewidywań wzrostu o 15 proc. w stosunku do tradycyjnych metod. Innym bonusem związanym z użyciem zastosowanego przez nich narzędzia jest jego szybkość. Wyniki z Google''a można zdobyć w każdej chwili, natomiast na oficjalne dane dotyczące faktycznej sprzedaży analityk musi czekać nawet kilka tygodni.
Ciekawe wnioski na temat przyszłości systemów opieki zdrowotnej płyną z kolei z badania młodego kanadyjskiego ekonomisty Etienne''a Gaudette''a. Na przykładzie swojej rodzinnej prowincji Quebec wyliczył, że obcięcie wydatków na publiczną służbę zdrowia o 20 proc. spowoduje wydłużenie czasu oczekiwania na usługę medyczną średnio o... 260 proc. Dzieje się tak dlatego, że popyt na zdrowie jest sztywny. Jego badanie to cios w argumentację tych ekonomistów, którzy utrzymują, że kolejki to naturalny sposób ograniczania popytu na usługi medyczne w bogatych krajach Zachodu, których wkrótce nie będzie stać na luksus świadczenia darmowych usług wszystkim obywatelom. Zdaniem Gaudette''a cięcia w służbie zdrowia doprowadzą do czegoś innego: ludzie spędzą więcej czasu w przychodni czy szpitalu, co sprawi, że będą mniej pracowali. Z kolei młodzi prawdopodobnie w ogóle zrezygnują z wizyty, co uniemożliwi wczesne wykrycie chorób. A gospodarka nie skorzysta ani na jednym, ani na drugim.
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu