Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Im większe zyski, tym mniejsze zarobki

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Piero Sraffa głosił, że nie ma w gospodarce czegoś takiego jak czysty zysk. Ten zysk posiadacza środków produkcji jest wypracowywany kosztem innego uczestnika systemu. Najczęściej pracownika

Janem Toporowskim

Co nowego u keynesistów?

Nowego niewiele. Ostatnio byłem raczej zaskoczony powrotem do pewnych starych, dawno niesłyszanych wątków.

Jakich?

Właśnie wróciłem z Japonii. A tam wszyscy mówili o Piero Sraffie.

Zmarłym w 1983 r. włoskim ekonomiście.

Sraffa był trochę jak nasz Michał Kalecki. Często stawiany w cieniu Keynesa jako przedstawiciel podobnego sposobu patrzenia na gospodarkę. Tymczasem Sraffa był ekonomistą niezależnym. Idącym własną drogą. Podobnie jak Kalecki, jeszcze przed wojną trafił do Cambridge i stał się członkiem wianuszka ekonomistów otaczających Keynesa. Czyli tak zwanego cyrku z Cambridge. Chociaż podobno wcale nie chciał tam jechać.

Dlaczego?

Oficjalna wersja głosi, że z powodu nieśmiałości. I z wrodzonej niechęci do prowadzenia wykładów. Ale niektórzy mówią, że po prostu nie chciał wykładać teorii Keynesa, bo się z nimi nie bardzo zgadzał. W końcu sytuacja polityczna we Włoszech na tyle się jednak pogorszyła, że Sraffa wyjechał do Cambridge. A żeby obejść jakoś problem z nieśmiałością, Keynes załatwił koledze posadę... uniwersyteckiego bibliotekarza. Sraffa szybko stał się w Cambridge ważną figurą. I to pomimo faktu, że mało wykładał i właściwie nic nie pisał.

Zostało po nim za to parę anegdot. Jedna głosi, że zakumplował się z Ludwigiem Wittgensteinem, ale nie znosił jego tyrad i dylematów logicznych. I pewnego razu znużony zrobił charakterystyczny gest, za pomocą którego włoscy mafiosi od wieków wyrażali swoją irytację (jeśli chcą państwo ten gest powtórzyć, wystarczy przejechać koniuszkami palców otwartej dłoni od szyi aż po szczękę i zrobić przy tym zdegustowaną minę). "A jakie jest logiczne znaczenie tego" - miał zapytać Sraffa.

Dopiero w 1960 r. Sraffa napisał swoje dzieło życia. Nosiło tytuł "Production of Commodities by Means of Commodities". I stało się biblią nowej szkoły w myśleniu o ekonomii zwanej neoricardianizmem.

Czym się to różniło od keynesizmu?

Neoricardianizm to jest niezłe dziwadło. Bo z jednej strony wychodzi z ducha prac XVIII-wiecznego ekonomisty Davida Ricardo, którego Sraffa bardzo cenił.

Przypomijmy, że Rickardo to obok Adama Smitha jeden z ojców liberalnej ekonomii klasycznej.

Ale drugą inspiracją neoricardianizmu jest Marks. Bo Sraffie politycznie było dużo bliżej do socjalizmu niż zdeklarowanemu kapitaliście Keynesowi. Sraffa przyjaźnił się zresztą z legendarnym twórcą Włoskiej Partii Komunistycznej Antoniem Gramscim.

I jak on to mieścił w ramach jednego systemu ekonomicznego?

Sraffa uważał, że marksizm to naturalny spadkobierca tradycji Ricardo. A nie wolnorynkowa ekonomia neoklasyczna. Głosił na przykład, że nie ma w gospodarce czegoś takiego jak czysty zysk. Ten zysk posiadacza środków produkcji zawsze jest wypracowywany kosztem innego uczestnika systemu. Najczęściej pracownika. Stąd słynna zależność, że im wyższe zyski, tym niższe płace. I odwrotnie: im większe płace, tym mniejsze zyski.

Faktycznie, w tym rozumowaniu liberalne przekonanie, że przypływ podnosi wszystkie łodzie, to bajeczka.

To było stwierdzenie tak brutalne, że nie chciała go zaakceptować nawet część keynesistów. Zwłaszcza amerykańskich, takich jak Paul Samuelson. Zaczęła się wśród nich na tym tle regularna wojna domowa, zwana sporem z Cambridge. Do dziś keynesiści są gotowi skoczyć sobie o to do gardeł.

Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego akurat w Japonii Sraffa powraca.

Też nie wiedziałem. Ale wyjaśniła mi to moja doktorantka, która zajmuje się tamtejszą gospodarką. W Japonii od dwóch dekad panuje gospodarcza stagnacja.

Którą rząd próbuje rozruszać a to zastrzykiem fiskalnym, a to monetarnym. Ale bez skutku.

Bo chodzi prawdopodobnie o specyfikę tej gospodarki. Zdominowanej przez kilku wielkich uprzywilejowanych graczy, którzy w naturalny sposób zgarniają to, co najlepsze, z każdej interwencji rządowej. A tu idzie o to, żeby stymulacja zeszła głębiej. Żeby wzrosły płace.

Ale wtedy spadną zyski.

W pierwszej fazie tak. A potem zadziała zasada głoszona przez polskiego odpowiednika Sraffy, czyli Michała Kaleckiego. Pracownik wydaje tyle, ile zarobi. Pracodawca zarobi tyle, ile wyda.

@RY1@i02/2014/187/i02.2014.187.00000280a.802.jpg@RY2@

wojtek górski

Jan Toporowski profesor ekonomii i finansów Uniwersytetu Londyńskiego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.