Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Queen Elizabeth 2 nadal nie jest bezpieczna

27 czerwca 2018

Dziesięć lat po wybuchu kryzysu gospodarka i rynki finansowe pozostają pod jego wpływem

Kiedy w czerwcu 2007 r. sułtan Ahmed bin Sulayem, zarządzający państwowym funduszem Dubai World, płacił 100 mln dol. za statek "Queen Elisabeth 2", śnieżna kula finansowego kryzysu już się toczyła. Dwa miesiące przed transakcją upadło New Century Financial, druga co do wielkości firma na rynku amerykańskim, specjalizująca się w udzielaniu subprime mortgages, czyli kredytów hipotecznych osobom o obniżonej ocenie wiarygodności kredytowej. W USA od roku spadały ceny domów. Do opinii publicznej zaczęło docierać, że Ninja to nie tylko wojownicze żółwie z popularnego filmu, ale także osoby bez dochodów, pracy i aktywów (No Income No Job No Assets), które mimo tego mogły pożyczyć w banku pieniądze na zakup nieruchomości. W dalszym ciągu jednak tylko garstka ekonomistów wiedziała, że "QE2" może oznaczać coś więcej niż tylko skróconą nazwę jednego z najsłynniejszych transatlantyków świata.

Rany jeszcze się nie zabliźniły

Na pewno wiedział to ówczesny szef Fed Alan Greenspan. Być może jednak nie chciał zwiększać niepokoju na rynkach, być może także on nie zdawał sobie sprawy, jak poważne konsekwencje będzie miało pęknięcie bańki na amerykańskim rynku nieruchomości. Straty z tego tytułu, które ponieść miały instytucje finansowe, oszacował w pierwszej połowie 2007 r. na 50 mld dol. Co było dalej, dziś już wiemy - skończyło się na globalnym kryzysie, który wypłynął daleko po za rynki finansowe. Jego skutki wciąż odczuwamy.

Każda z 20 największych gospodarek świata rozwija się dziś wolniej niż przed kryzysem. W latach 2005-2007 przeciętne tempo wzrostu PKB w tej grupie państw sięgało 3,7 proc., w ostatnich trzech latach już tylko 1,7 proc.

- Jedną z konsekwencji kryzysu było wyhamowanie inwestycji. Przez to wolniej rośnie produktywność, co sprawia, że maksymalne tempo wzrostu, które gospodarki mogą obecnie osiągnąć, jest na niższym poziomie niż przed kryzysem - zwraca uwagę Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.

Pozornie finansowanie inwestycji jest dziś łatwiejsze niż przed kryzysem, bo najważniejsze banki centralne na świecie wciąż utrzymują stopy procentowe w okolicach zera. W Japonii i strefie euro w dalszym ciągu do systemu finansowego każdego miesiąca trafia łącznie ponad 100 mld dol., w ramach realizowanych przez tamtejsze banki centralne operacji quantitative easing (tzw. luzowania ilościowego, w skrócie QE). W drugą stronę idą jedynie Stany Zjednoczone. Ale Amerykanie jako pierwsi na masową skalę użyli niestandardowych narzędzi polityki monetarnej, żeby z jednej strony ratować system finansowy przed zapaścią, z drugiej ustabilizować realną gospodarkę. Mogą sobie pozwolić na podnoszenie stóp procentowych, bo cieszą się jednym z najdłuższych okresów wzrostu gospodarczego w powojennej historii, niskim bezrobociem i odradzającymi się inwestycjami. I zwykli Amerykanie, i tamtejsze przedsiębiorstwa coraz chętniej pożyczają pieniądze. Relacja długu do PKB jest w USA na wyższym poziomie niż przed kryzysem. Chociaż zbyt łatwy dostęp do taniego pieniądza był jedną z przyczyn nadmiernego wzrostu cen nieruchomości i późniejszego ich gwałtownego załamania, to według Rafała Beneckiego właśnie żwawa akcja kredytowa jest silną stroną amerykańskiej gospodarki.

- Zadłużenie jest wyższe, ale nie tak groźne jak przed kryzysem. Amerykanie szybciej niż Europejczycy oczyścili swoje banki z toksycznych aktywów. Jednocześnie nowe regulacje ograniczyły skłonność do finansowania najbardziej ryzykownych inwestycji. Banki nie używają też tak skomplikowanych instrumentów finansowych, jak przed kryzysem. Część ryzyka kredytowego - i w Stanach Zjednoczonych, i w innych regionach świata - wzięły na siebie banki centralne. Te wszystkie czynniki razem wzięte sprawiają, że wprawdzie nawet USA nie rozwijają się tak szybko jak przed kryzysem, ale zarazem wahania koniunktury są mniejsze. Dzięki temu jest bezpieczniej - uważa ekonomista.

Rynki finansowe też nie zapomniały

Czy to samo można powiedzieć o rynkach finansowych? Część ekspertów przypisuje im swoistą inteligencję, polegającą na zdolności wyprzedzania zdarzeń zachodzących w sferze realnej. Jeśli coś złego ma się wydarzyć w gospodarce, to wcześniej poinformuje o tym na przykład rynek akcji, wchodząc w trend spadkowy.

Kryzys sprzed dekady zaprzeczył zbiorowej mądrości inwestorów. Mogliśmy się przekonać, że zachowaniami na rynkach finansowych żądzą instynkty stadne, wspierane rozluźnioną kontrolą przepływów kapitałowych, rozwojem handlu algorytmicznego czy ślepą wiarą w amerykańskie pokolenie baby boomers i chińską gospodarkę. Nim w 2008 r. nastąpiło załamanie, inwestorzy zdążyli w szybkim tempie napompować kilka spekulacyjnych baniek. Już trzy lata wcześniej apogeum hossy przeżył amerykański sektor budowlany, w 2006 r. spadać zaczęły ceny samych nieruchomości. Co nie przeszkodziło wywindować kursów na rynkach akcji zaliczanych do grupy tzw. emerging markets. A kiedy i z tego balonu uchodzić zaczęło powietrze, kapitał zalał rynek surowców. Podwojenie notowań ropy, do 144 dol. w sierpniu 2008 r., zajęło niecały rok, choć gospodarka wykazywała coraz poważniejsze oznaki zadyszki.

W kwestii nieracjonalnej czasem wyceny aktywów wiele się nie zmieniło. Kapitału krążącego po rynkach finansowych jest jeszcze więcej niż przed kryzysem, chociaż banki centralne starają się lepiej kontrolować jego przepływ, na przykład sterując kursem swojej waluty. Handel z wykorzystaniem automatów wciąż kwitnie.

Mimo to przez dekadę z wycenami aktywów nie wydarzyło się nic złego, na skalę porównywalną z ostatnim kryzysem. Owszem, kolejny krach zaliczyła ropa naftowa, ale tym razem konsekwencje ograniczyły się do jej producentów. To nie znaczy, że niebezpieczeństwa nie ma. Emocje budzi nudny zazwyczaj rynek obligacji, gdzie działania banków centralnych wywindowały kursy do najwyższych poziomów w historii. W apogeum hossy, w połowie zeszłego roku, pożyczając pieniądze nawet takim emitentom jak Hiszpania, znajdująca się w grupie państw najmocniej dotkniętych przez kryzys, inwestorzy musieli liczyć się z utratą części kapitału.

- Nie nazwałbym sytuacji na rynku obligacji spekulacyjną bańką. Duża część papierów dłużnych znajduje się w rękach banków centralnych. Na razie tylko Fed zapowiedział, że będzie stopniowo się pozbywał zgromadzonych papierów dłużnych. Owszem, to może doprowadzić do spadku cen, ale zakładam, że ten proces będzie rozłożony nawet na kilka lat - ocenia Daniel Zegadło zarządzający aktywami w Noble Funds TFI.

Od tego, czy w trakcie delikatnej operacji wypuszczania powietrza z napęczniałego balonu na rynku obligacji nie dojdzie do eksplozji (np. ze względu na rosnącą inflację), zależy także los "Queen Elizabeth 2". Dubajczycy planowali przebudować statek i zamienić w luksusowy hotel. Inwestycję zatrzymał kryzys, a w ocenie szejków gospodarcze ożywienie wciąż jest jeszcze za słabe, żeby ją odmrozić. "QE2" stoi w porcie i choć padły deklaracje, że nie pójdzie na złom, to jej los wciąż jest niepewny.

Dziś żwawa akcja kredytowa jest silną stroną gospodarki USA

@RY1@i02/2017/160/i02.2017.160.000000800.801(c).jpg@RY2@

Nie wszyscy zdążyli odrobić straty po kryzysie

Tomasz Jóźwik

tomasz.jozwik@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.