Aneksja na pół gwizdka
R osjanie nie uznali czterech anektowanych obwodów Ukrainy za naprawdę swoje – i dotyczy to zarówno elit, jak i zwykłych ludzi. Wbrew powtarzanej jak mantra – ostatnio w rozmowie Władimira Putina z Recepem Tayyipem Erdoğanem – tezie, że zmiany terytorialne nie podlegają negocjacji, Rosja w razie potrzeby, przynajmniej z punktu widzenia propagandy, może w miarę bezboleśnie oddać Melitopol i Siewierodonieck i uznać aneksję za niebyłą. Internetowe fora hurrapatriotów zapłoną z oburzenia, ale w gruncie rzeczy nikogo poza nimi los ukraińskich miast nie obejdzie.
5 stycznia prezydent Putin ogłosił zawieszenie broni na czas Bożego Narodzenia. Rosjanie i tak nie zamierzali go przestrzegać, a sama inicjatywa miała wyłącznie wybielić agresora, ale nie to jest najciekawsze. Otóż dekret prezydencki zarządza „reżim wstrzymania ognia na całej linii kontaktu bojowego stron w Ukrainie”. Linia frontu – w zależności od tego, kto i jak ją liczy – ma 800–1300 km. Z tej liczby tylko jakieś 75 km ma linia rozgraniczająca walczące strony na terenach, które Kreml uznaje za ukraińskie – dotyczy to północno-wschodnich skrawków obwodu charkowskiego. Cała reszta biegnie przez środek regionów anektowanych 30 września 2022 r.: chersońskiego, donieckiego, ługańskiego i zaporoskiego. Oczywiście nikt Putinowi za to złego słowa nie powie. Ale tę niekonsekwencję łatwo byłoby zniwelować. Wystarczyłoby użyć sformułowania w rodzaju „linii kontaktu w strefie prowadzenia specjalnej operacji wojskowej”.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.