Taka egzotyczna wojna
Im dalej od Kijowa, tym chłodniejsze spojrzenie na konflikt. Im dalej, tym bardziej zaciera się podział na dobrych i złych
Gdybym zechciał, wziąłbym Kijów w dwa tygodnie" - miał powiedzieć szefowi Komisji Europejskiej Władimir Putin podczas rozmowy telefonicznej. I nikt nie ma co do tego wątpliwości: Kreml mógłby na Ukrainie zrobić, co zechce, bo w Europie nikt nie chce angażować się w konflikt, USA mimo coraz bardziej wojowniczych deklaracji trzymają się od wojny z daleka, a dla reszty świata to konflikt w bananowej republice.
Europejską bezsilność da się wyrazić tymi zdaniami. - Sytuacja staje się coraz bardziej i bardziej dramatyczna. Mówimy już o agresji. Musimy odpowiedzieć w najmocniejszy możliwy sposób - mówiła kilka dni temu wytypowana na nową szefową unijnej dyplomacji Włoszka Federica Mogherini. - Myślę, że sankcje są częścią strategii politycznej - dorzuciła.
Liderzy poszczególnych państw potrafią tylko klarownie podsumować sytuację, natomiast propozycji jej rozwiązania pojawia się niewiele. - Dziś jest jasne, że od początku nie był to konflikt na Ukrainie, lecz konflikt między Rosją a Ukrainą - mówiła na początku tygodnia podczas wystąpienia w Bundestagu kanclerz Angela Merkel. Jednocześnie wykluczyła możliwość dozbrojenia Kijowa. - Nie będzie wojskowego rozwiązania tego konfliktu - skwitowała.
Berlin jest gotowy uderzyć w Rosję kolejnymi sankcjami, bez względu na cenę. Gospodarczą, oczywiście. Ale i to wymaga tłumaczenia rodakom potencjalnych szkód. - Zmienianie granic w Europie bez ponoszenia konsekwencji, atakowanie innych państw to moim zdaniem znacznie większe niebezpieczeństwo niż zaakceptowanie pewnych strat gospodarczych - skwitowała kanclerz.
Strzał w stopę
Berlin nie zamierza angażować się w ukraińską "awanturę", bo z najnowszego sondażu wynika, że co trzeci obywatel Republiki Federalnej obawia się wybuchu wojny między Rosją a NATO. Większość oczekuje od Merkel działań, które będą sytuację łagodzić. A kanclerz podąża za nastrojami: Berlin wprawdzie poparł wprowadzone już uprzednio sankcje - których znaczenia nie można lekceważyć, gdyż ograniczanie możliwości finansowych rosyjskich firm na Zachodzie odbiło się już na gospodarce Federacji i wypłoszyło z Rosji wielu inwestorów - ale jednocześnie Merkel zaostrzyła retorykę dopiero po strąceniu malezyjskiego samolotu pasażerskiego nad wschodnią Ukrainą przeszło miesiąc temu.
Taktykę podobnego lawirowania przyjął również francuski prezydent Francois Hollande. - To najpoważniejszy kryzys od końca zimnej wojny - popisał się tydzień temu analizą. - By zapobiec narastaniu napięcia, trzeba podjąć jakieś decyzje. Nie ma czasu do stracenia. Czy pozwolimy sytuacji dalej się pogarszać, aż doprowadzi nas do wojny? Bo takie jest ryzyko - skonstatował. Apel Hollande’a brzmią o tyle zgrzytliwie, że w oczach rodaków prezydent nie uchodzi za człowieka czynu - notowania na poziomie kilkunastu procent i przydomki typu "Pan Budyń" wskazują, że może on co najwyżej bić własne rekordy niepopularności. Podobnie jak Merkel gospodarz Pałacu Elizejskiego obstaje przy nałożeniu na Rosję nowego pakietu sankcji i wyklucza jakąkolwiek pomoc militarną dla Ukrainy, wychodząc z założenia, że nawet dostarczenie Ukraińcom broni nie zmieniłoby nierównowagi sił, gdyby na wschodzie kraju doszło do konfrontacji. W zamian lokator Pałacu Elizejskiego proponuje zorganizowanie szczytu dyplomatycznego z udziałem zwaśnionych stron oraz Francji i Niemiec.
Zresztą przeciwników zaostrzania kursu wobec Kremla nie trzeba szukać w Berlinie i Paryżu. Idea wprowadzenia kolejnych sankcji nie budzi entuzjazmu wśród południowych sąsiadów Polski. - Jeśli sankcje będą zaostrzone, nastąpi reakcja Rosji. A nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie byłyby konsekwencje kolejnych sankcji Moskwy wobec Unii - mówił na ostatnim szczycie UE czeski premier Bohuslav Sobotka. Reprezentujący sąsiednią Słowację Robert Fico był bardziej dosadny. - Bez znaczenia i nieefektywne - uciął dyskusję na temat sankcji szef rządu w Bratysławie. Nie różnił się przy tym od jednego z czołowych sojuszników Kremla w Europie, węgierskiego premiera Viktora Orbana, który już pierwszą rundę sankcji nazwał "strzałem w stopę". - Ta polityka wyrządzi większe szkody nam niż Rosji - powiedział rodakom Orban w jednym z radiowych wywiadów.
W zasadzie jedynym regionem Europy, w którym panują bojowe nastroje, są republiki bałtyckie. - Rosja jest praktycznie w stanie wojny z Europą. Ukraina potrzebuje wojskowego wsparcia oraz dostaw sprzętu - powiedziała litewska prezydent Dalia Grybauskaite. Z kolei przywódca Estonii domaga się stworzenia na terytorium jego republiki stałych baz NATO. - Nie powinniśmy mieć w Pakcie członków drugorzędnych: takich bez baz - stwierdził Toomas Hendrik Ilves tuż przed niedawną wizytą prezydenta USA Baracka Obamy w Tallinie. Wszystkie republiki bałtyckie jednym głosem żądają też przywrócenia NATO-wskich sił szybkiego reagowania, jeszcze do niedawna uznawanych - mniej lub bardziej otwarcie - za zimnowojenny relikt.
Wpływowi ludzie są zaniepokojeni
Bałtowie mają nadzieję, że w sukurs pójdą im szefowie państw NATO, którzy obradują w walijskim Newport. Szczyt Sojuszu, który miał mieć początkowo charakter techniczny i sprowadzać się do oficjalnego zamknięcia działań militarnych w Afganistanie, nagle przekształcił się w "najważniejsze spotkanie Paktu od zakończenia zimnej wojny" - jak określił to z emfazą magazyn "The Economist". Publicyści tygodnika lapidarnie podsumowują jednak sytuację: aktywność Sojuszu osiągnęła apogeum w 2011 r., kiedy to armie NATO prowadziły sześć dużych operacji na kilku kontynentach, ale dziś wszystkie te operacje mają się ku końcowi. Z kolei modernizacja i zbrojenia rosyjskiej armii oraz jej demonstracyjne manewry wojskowe przy wschodnich flankach Sojuszu mogą budzić niepokój, ale "większość Europejczyków bardziej martwi się o spadający standard życia niż zewnętrzne zagrożenia dla bezpieczeństwa" - podkreśla "The Economist". Swoje dokłada Waszyngton, który od kilku lat nie ukrywa, że obszarem o priorytetowym znaczeniu jest dla niego Pacyfik i Azja Wschodnia, gdzie chciałby ograniczać rosnące wpływy Chin.
"Nasza tak zwana polityka składa się teraz z trzech elementów. Pierwszy to tchnięcie z powrotem życia w NATO i zapewnienie spokoju wschodnim jego członkom, którzy obawiają się tego, że są następni na rosyjskiej liście. Drugi to zmuszenie Putina poprzez sankcje, by zmienił politykę lub by jego przeciwnicy się go pozbyli. Trzeci - to przekształcenie Ukrainy w stabilne, prosperujące i zjednoczone państwo, jakim nigdy nie była" - wyliczał na łamach "Financial Times" Rodric Braithwaite, brytyjski historyk i ambasador w Moskwie w latach 1988-1992.
Według niego realizacja tych celów "nie leży w sile, ale w lekceważonej sztuce dyplomacji: cierpliwym poszukiwaniu wyniku, który da każdemu to, czego potrzebuje, jeśli nawet nie to, czego chce". Co to oznacza? Braithwaite ucina dyskusję o marszu Ukrainy na Zachód - bo przecież akcesja do Unii, nie mówiąc o NATO, nigdy nie cieszyła się tam zbyt wielką popularnością. Według niego Krym pozostaje rosyjski, zaś Putin nie wysyła armii na Ukrainę, bo "wpływowi ludzie w Moskwie" są już wystarczająco zaniepokojeni tym, co dzieje się obecnie. Kijów przywraca intratne relacje handlowe z sąsiadami, zarówno UE, jak i Rosją. Świat dokłada się do ustabilizowania sytuacji gospodarczej na Ukrainie, a rząd w Kijowie zadba o wzmocnienie praw rosyjskojęzycznej ludności. Wszystkie zainteresowane strony zobowiązują się do nieangażowania się w wewnętrzne ukraińskie sprawy. Proste? Wystarczy siadać do stołu negocjacyjnego.
- Wydaje się, że Barack Obama to rozumie - twierdzi Braithwaite. - Został już oskarżony o słabość przez wszystkich, którzy chcieliby powrócić do antagonizmów z przeszłości - dorzuca.
Ale presja rośnie. Waszyngton nie odciął się od współpracy z ukraińską armią, choć do Kijowa wysyłano nie broń, lecz dodatkowe elementy ekwipunku, np. gogle z noktowizorami. Ukraińcy chcieliby więcej - choćby skutecznej broni przeciwpancernej, która pozwoliłaby im uderzać w najcięższy sprzęt posiadany przez separatystów. Dla Białego Domu to jednak wykluczone. - Myślę, że to bardzo ważne, by uznać, że nie ma militarnego rozwiązania dla tego konfliktu - podsumował w ubiegłym tygodniu Obama.
Ostrożna retoryka administracji przestaje się jednak podobać nawet zapleczu Obamy. W przeciwieństwie do lokatora Białego Domu Demokraci snują już znacznie bardziej dalekosiężne plany. - USA powinny pomóc Ukrainie zbudować siłę zbrojną zdolną do stawiania oporu w Rosji - stwierdził Adam Smith z Komisji Służb Zbrojnych Izby Reprezentantów.
Tyle że to poruszenie w Partii Demokratycznej może być wynikiem zmasowanej krytyki ze strony Republikanów. A ci biją w całą politykę zagraniczną Obamy. - Gdy spojrzycie na Chiny, na Państwo Islamskie, na Rosję, Iran, Koreę Północną, mamy tu wiele problemów, a nasi sojusznicy zaczynają mówić: może Ameryka nie jest najlepszym przywódcą na czasy takich kłopotów. To jest podstawowy problem, z jakim musimy sobie poradzić - podsumował działania Białego Domu przewodniczący Komisji Wywiadu Izby Reprezentantów, Republikanin Mike Rogers.
Rozwiązania? Garść podsuwa Kurt Volker, były przedstawiciel USA przy NATO i bliski współpracownik republikańskiego kandydata do prezydentury, senatora Johna McCaina. Po pierwsze - Zachód powinien zapewnić władzom w Kijowie bezpośrednie wsparcie militarne i wywiadowcze, by przywrócić i zamknąć granicę z Rosją. Po drugie - należy anulować wszystkie umowy zbrojeniowe z Rosją. Po trzecie - nałożyć sankcje na Gazprom i pokazać Moskwie, że Europa poradzi sobie bez rosyjskiego gazu lepiej niż Rosja bez Zachodu. Po czwarte - stała "obecność wojskowa" NATO w Polsce i państwach bałtyckich. I po piąte - potencjalne dalsze rozszerzenie Paktu o Czarnogórę, Macedonię, zaproszenie dla Szwecji i Finlandii, a także obietnice dalszej współpracy dla Gruzji i Ukrainy.
Dla Chin każdy scenariusz dobry
Wbrew pozorom propozycje Volkera mają taki sam sens jak rozważania Braithwaite’a. Amerykanin z jakichś powodów zakłada, że rozciągnięte na długie miesiące zwieranie szeregów mogłoby zrobić na Kremlu wrażenie, a na dodatek przewiduje, że Europa przetrwa najbliższą zimę bez większych problemów, a Gazprom - który kilka tygodni temu podpisał z Pekinem wartą 400 mld dol. umowę na dostawy gazu - zachwieje się w posadach.
Na dodatek wydaje się, że zachodni komentatorzy wychodzą z założenia, że dla reszty świata konflikt ukraiński jest jednoznaczny, a role czarnych i białych charakterów - rozdane. Błąd, przynajmniej jeśli chodzi o azjatyckich sąsiadów Rosji. Chiński prezydent Xi Jinping może nie popierać separatyzmów, ale w tym przypadku ogranicza się co najwyżej do mdłych apeli o negocjacje. Jeszcze dalej idą chińscy politolodzy. Zhou Yongsheng z Chińskiego Uniwersytetu Spraw Zagranicznych uznaje cały konflikt za "batalię o przychylność opinii publicznej" w obu krajach. Obecność rosyjskich żołnierzy na terytorium Ukrainy zbywa porównaniem do 6 tys. amerykańskich żołnierzy, którzy zostali w Iraku po odwrocie interwencyjnej armii USA w 2011 r. Z kolei Han Xudong - naukowiec z Akademii Obrony Narodowej ChRL - sprowadza sprawę do konfrontacji USA-Rosja. - Tak czy inaczej, dla Chin każdy scenariusz jest dobry - można usłyszeć za Wielkim Murem. Koniec wojny oznaczałby możliwość powrotu do interesów na Ukrainie, choćby dzierżawy ziemi pod uprawy. Dalsze zaostrzenie konfliktu i sankcje mogłyby przygnać rosyjski kapitał do Państwa Środka.
Odwrotnie dla Japonii: premier Shinzo Abe z mozołem budował dobre relacje z Moskwą. Tokio jest także odbiorcą rosyjskiego gazu, który nie ma alternatywy. W przeciwieństwie do wielu zachodnich liderów Abe pofatygował się więc na olimpiadę w Soczi oraz szykuje się do przyjęcia Putina podczas zapowiedzianej na jesień wizyty rosyjskiego prezydenta w Kraju Kwitnącej Wiśni. Ocieplenie relacji z Moskwą ma też przysłużyć się Tokio w sporze o wyspy Senkaku - archipelag bezludnych skał na Morzu Wschodniochińskim, o który Japonia toczy wieloletni spór z Chinami. Archipelag o tyle istotny, że kryją się pod nim spore, nie do końca rozpoznane, złoża surowców. Abe stoi więc przed alternatywą: przekreślić wysiłki ostatnich miesięcy czy narazić na szwank tradycyjny sojusz z Zachodem.
Reszta świata patrzy zaś na wydarzenia na Ukrainie z mieszaniną obojętności i własnych uprzedzeń. Indyjska prasa trąbi o powrocie zimnej wojny - tej samej, od której subkontynent odcinał się formułą niezaangażowania, na Bliskim Wschodzie powraca teza o "syjonistycznym spisku" wymierzonym w Rosję, również publicyści na Sri Lance uważają, że Ukrainą rządzą "marionetkowe władze". Z kolei Irańczycy przestrzegają - wbrew tradycyjnie niezłym relacjom z Moskwą - że Rosja "szukała i znalazła sobie nowy Afganistan".
W Meksyku zaś troskają się o los świata. "Mamy u siebie wiele problemów, ale bez względu na okoliczności pozostajemy zjednoczeni" - napisał tamtejszy publicysta. "Ale gdy już spojrzymy na to, co dzieje się na świecie, widzimy Europę, która raz jeszcze dzieli się wskutek konfliktów i separatyzmów... (...) Żyjemy w świecie, gdzie zasada jest taka, że nie ma zasad; gdzie punkt odniesienia jest taki, że nie ma punktów odniesienia; i w którym mamy nawet instytucję rządzącą znaną jako Narody Zjednoczone, reprezentującą klub narodów podzielonych" - konkluduje. Ot, prognoza na XXI wiek.
Rozwiązanie konfliktu nie leży w sile, ale w lekceważonej sztuce dyplomacji: cierpliwym poszukiwaniu wyniku, który da każdemu to, czego potrzebuje, jeśli nawet nie to, czego chce
@RY1@i02/2014/172/i02.2014.172.00000200a.803.jpg@RY2@
Getty Images
Mariusz Janik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu