Kilka pytań o rolę Sikorskiego na Ukrainie
Mińsk nie przełamał impasu w wojnie o Zagłębie Donieckie. Co zresztą nie jest żadną niespodzianką. Takie były przewidywania. Po co zatem w ogóle organizowano spotkanie Aleksandra Łukaszenki, Władimira Putina i Nursułtana Nazarbajewa z Petrem Poroszenką i trzema urzędnikami z UE? I jak ocenić fakt, że na tych rozmowach nie było przedstawiciela z Polski?
Na pierwsze pytanie odpowiedź jest dość prosta. Wojna rosyjsko-ukraińska jest wojną na wyczerpanie. Ukraina nie zamierza podpisywać zwieszenia broni, którego chce Unia, bo uważa je za kapitulację. Putin dozbraja separatystów, by jak najdłużej rozkładać struktury państwa ukraińskiego i przekonywać Zachód, że za chwilę będzie miał tu drugą Libię.
Poroszenko - nawet jeśli będą mieli ginąć cywile z Ługańska i Doniecka - jest zdeterminowany, by tzw. operację antyterrorystyczną doprowadzić do końca. Putin nic nie musi wygrywać. Wystarczy poczekać, aż Ukraina z ratingu CCC spadnie do D, a w kasie państwa zabraknie pieniędzy na wojnę. Wówczas Moskwa może wrócić do rozmów. I do kwestii zamrożenia konfliktu w oparciu o separatystyczną Noworosję.
Ona nie musi nawet mieć regularnych granic, podobnie jak regularnych granic przed wojną 2008 r. nie miała samozwańcza Osetia Południowa. Może być tworzona przez wyspy, do których doprowadzone są korytarze eksterytorialne. Tymi korytarzami mogą docierać białe konwoje. Tu dochodzimy do drugiego pytania: czy to dobrze, że w obecnym formacie rozmów o Ukrainie nie ma Polski? Dziś ma to znaczenie drugorzędne, bo i tak nie ma szans na porozumienie. Dla szefa niemieckiego MSZ Franka-Waltera Steinmeiera, który jest zaangażowany w negocjacje lub markowanie negocjacji, to misja wielkiego ryzyka. Podobnie jak misja Cyrusa Vance’a, prowadzona na Bałkanach w latach 1991-1993, ma wielkie szanse, by zakończyć się kompletnym fiaskiem.
Ukraińcy i Rosjanie wspierający separatystów, zanim będą sobie w stanie powiedzieć coś konkretnego, dążą do ustalenia punktów wyjścia w rozmowach za pomocą AK-47. Taka jest logika prowadzenia wojen. Amerykanie, zanim powołali sunnicki ruch Przebudzenie w Iraku, najpierw dokonali tzw. surge. Wzmocnili swój kontyngent, zaczęli pacyfikować rebeliantów, by zająć jak najkorzystniejsze pozycje w rozmowach o pokoju. W Afganistanie zamierzano powtórzyć ten scenariusz, ale Barack Obama ostatecznie odszedł od pomysłu negocjowania porozumienia z ruchem talibskim. Z kolei na Bałkanach Serbowie grunt pod porozumienie w Dayton szykowali czystkami etnicznymi. To była ich ultrabrutalna wersja surge.
Obecny, niski profil polskiej roli w rozmowach o pokoju dla Ukrainy może mieć zatem - jak mawiał klasyk - plusy dodatnie. Podobnie jak plusy dodatnie może mieć obecne pozostawanie Sikorskiego w cieniu, by nie obniżać swoich szans w staraniach o fotel szefa unijnej dyplomacji. Jeśli Sikorski zostanie hi-repem, fakt, że nie było go w Berlinie i w Mińsku, będzie miał znaczenie drugorzędne. Jego awansem Polska zmutuje swój MSZ. I z automatu załapie się do formatu rozmów o przyszłości Ukrainy. Na czele unijnej dyplomacji zamiast figurantki Catherine Ashton będziemy mieli polityka, który przynajmniej próbuje Wschód rozumieć. I autentycznie rozumie konieczność umacniania państwowości republik byłego ZSRR w oparciu o wzorce modernizacyjne płynące z Unii Europejskiej.
Do tego w Kijowie ambasadorem UE jest Polak. W ten sposób Wschodem w naszym i unijnym interesie będzie się zajmował szef polskiego MSZ (następca Sikorskiego), ambasador RP w Kijowie Henryk Litwin, ambasador UE w Kijowie Jan Tombiński (obaj dyplomaci biegle władają językiem ukraińskim) plus hi-rep Sikorski. Do tego szef Europejskiego Funduszu na rzecz Demokracji, unijnego odpowiednika Freedom House, Jerzy Pomianowski, dawny wiceminister w resorcie Sikorskiego. W praktyce Polacy mieliby więc monopol na najważniejsze unijne stanowiska dotyczące Ukrainy. Sytuacja optymalna.
Dziś Europejska Służba Działań Zewnętrznych (ESDZ) to wydmuszka. Ale w Unii to, na ile dana instytucja jest wydmuszką, zależy od tego, kto nią kieruje. Jeśli szefem ESDZ jest bezbarwna, słaba i niekompetentna Ashton, jej urząd się nie liczy. Mimo że ma do dyspozycji budżet, biurokrację i dobrze ponad stu ambasadorów na całym świecie. Sytuacja jest radykalnie odmienna, gdy na jej miejscu pojawia się ktoś pokroju Javiera Solany. Hiszpan był bez porównania słabiej umocowany traktatowo. Nie miał ani takiego budżetu, ani aparatu biurokratycznego, jak Ashton. Nie przeszkodziło to jednak w tym, by wziął udział w wynegocjowaniu wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim porozumienia, które doprowadziło do pokojowego zakończenia pomarańczowej rewolucji na Ukrainie zimą 2004 r.
W wariancie, w którym hi-repem jest Sikorski, format rozmów Unia Celna - Ukraina - Komisja Europejska nabiera zupełnie nowego znaczenia. Korzystnego dla Polski i Ukrainy, bo ograniczającego zarówno rolę Rosji, jak i francusko-niemieckiego duumwiratu, który w dowolnym, dogodnym dla siebie momencie może się z Moskwą porozumieć, jeśli uzna to za korzystne dla własnych, partykularnych interesów. A że przy okazji nobilitujemy Łukaszenkę? Wczoraj jedynie Putin nie został przywitany przez Łukaszenkę w Mińsku chlebem i solą. To tylko symbol. W dyplomacji takie gesty nie są jednak przypadkowe.
Dziś Europejska Służba Działań Zewnętrznych to wydmuszka. Dlaczego? Bo kieruje nią niekompetentna i bezbarwna Ashton
@RY1@i02/2014/165/i02.2014.165.000000700.804.jpg@RY2@
Zbigniew Parafianowicz
Zbigniew Parafianowicz
@RY1@i02/2014/165/i02.2014.165.000000700.805.jpg@RY2@
Michał Potocki
Michał Potocki
zastępcy szefa Dziennika
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu