Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Wojna na Ukrainie

Za „czerwoną linią” w sprawie sankcji

12 kwietnia 2022
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

P rzypieczętowana w piątek decyzja o embargu na rosyjski węgiel może wydawać się wyrazem ostrożnej, by nie powiedzieć minimalistycznej polityki sankcyjnej. Uderza w stosunkowo niewielki wycinek rosyjskich dochodów – w ostatnich latach wartość dostaw rosyjskiego węgla do krajów UE wynosiła ok. 4 mld euro rocznie przy łącznym saldzie importu na poziomie niemal 160 mld euro. Znaczenie węgla jest też mizerne na tle pozostałych surowców energetycznych. Za ropę naftową i inne paliwa płynne płaciliśmy Rosji aż 60 mld euro rocznie, a za dostawy gazu – ponad 30 mld. W dodatku pod naciskiem sceptycznego wobec sankcji energetycznych Berlina ustalono, że wobec zakontraktowanych wcześniej dostaw węgla embargo zacznie obowiązywać dopiero od sierpnia. Oznacza to, że w ciągu najbliższych czterech miesięcy z Europy do Rosji nadal płynąć będą setki milionów euro.

A jednak włączenie węgla do piątego pakietu unijnych restrykcji to przełom. Widać, że presja ze strony krajów popierających uderzenie w surowcowe dochody Kremla i wstrząśniętej rosyjskimi zbrodniami w Ukrainie europejskiej opinii publicznej przyniosła efekty. Jeszcze pod koniec marca kanclerz Olaf Scholz podkreślał, że nie ma możliwości, żeby Niemcy zrezygnowały z dostaw nośników energii ze Wschodu z dnia na dzień, i snuł katastroficzne wizje dla gospodarki w razie wprowadzenia importowych obostrzeń dla węgla, ropy i gazu. Jeszcze ostrzej sprawę stawiali politycy węgierscy, którzy mówili, że sankcje wobec sektora energii to dla nich „czerwona linia”. A na wypowiedziach przecież się nie kończyło. O tym, że była to w pierwszych tygodniach inwazji wykładnia dominująca w UE, świadczą choćby wyłączenia z blokady SWIFT dla banków obsługujących surowcowe transakcje. Nawet należąca do antyrosyjskich jastrzębi Warszawa wydawała się tracić już nadzieję, że nasze postulaty są możliwe do szybkiego przeforsowania w Brukseli – stąd m.in. decyzja o zainicjowaniu węglowego embarga na szczeblu krajowym i zwiększenie nacisku na przekaz o równości szans na rynku UE w okresie surowcowej derusyfikacji.

W tym sensie zgoda „27” na węglowe embargo to punkt zwrotny na miarę zamrożenia Nord Stream 2. Po pierwsze, po raz kolejny stało się jasne, że nieprzekraczalne linie w polityce europejskiej stały się przekraczalne. Do zachowawczego kursu nie ma powrotu, a sankcje na kolejne surowce – w pierwszej kolejności na ropę – to kwestia czasu. Oficjalnie nową linię – uderzenia „prędzej czy później” w ropę i gaz – skonstatował już zresztą szef Rady Europejskiej Charles Michel. Embargo naftowe poparł też faworyt w grze o prezydencką reelekcję we Francji Emmanuel Macron – i chyba tylko niespodzianka w drugiej turze mogłaby dalszym krokom w tym kierunku zagrozić. Zwolennikom tego kroku sprzyja też sytuacja na rynku ropy. W reakcji na powrót widma koronawirusa w Chinach odżyły obawy o popyt na paliwa i ceny surowca (po raz pierwszy od niemal miesiąca) spadły pod próg 100 dol. za baryłkę.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.