Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Jak Obama stał się mesjanistą

1 lipca 2018

Swą afgańską mową w West Point Barack Obama po raz pierwszy tak wyraziście wpisał się w tradycję amerykańskiego mesjanizmu. - Od 60 lat - mówił Obama - na Ameryce opiera się bezpieczeństwo całego globu i jest to czas postępu wolności, rozwoju nauki, otwarcia rynków i wychodzenia z nędzy. Pomimo to - inaczej niż dawne mocarstwa - nie dążyliśmy do panowania nad światem, choć świat nam wcale za to nie dziękował.

Bohaterem, którego imię powraca wielokrotnie w tekście mowy, jest Franklin Roosevelt, który miał odwagę posłać Amerykanów na wojnę w Europie. Robert Kagan streszczał niegdyś tę na poły mesjańską, na poły imperialną amerykańską samoświadomość metaforą "powściągliwego szeryfa", który najchętniej siedziałby spokojnie w barze, ale - niestety - okoliczni mordercy co rusz zmuszają go do brutalnych akcji. Kiedy prezydentowi pacyfiście przychodzi przekonywać Amerykanów o potrzebie nasilenia prowadzonej dotąd bez sukcesów wojny, zapomina on o swych namiętnych apelach o rozbrojenie i pokój, musi zaś odwołać się do jedynej tradycji i argumentacji, jaką Amerykanie rozumieją i jaką - w związku z tym - mogą ewentualnie zaakceptować. Do wiary, że ich kraj jest krajem wybranym przez Opatrzność. - Niech Bóg błogosławi naszą armię - kończył prezydent, zapowiadając, że dalsze 30 tys. młodych Amerykanów poleci bić się z muzułmanami w górach Hindukuszu.

Trop, którym postępuje Obama, jest dobrze znany. Pacyfista Kennedy w 1961 r. uwikłał Amerykę w wojnę wietnamską i od tamtego momentu kolejni prezydenci zmuszeni byli nieustannie zwiększać liczebność walczących armii, aby zapobiec porażce. Doświadczony w ten sposób Kennedy mówił przyjacielowi Arthurowi Schlesingerowi, że z posyłaniem wojsk jest jak z piciem wódki. - Upojenie mija - tłumaczył - i trzeba się napić znowu.

Obama wydaje się świadom takiego zagrożenia. Jego remedium jest nowe i oryginalne: nasilając wojnę, zarazem precyzyjnie ogłasza termin jej zakończenia. Ta dokładność Obamy jest zaiste godna podziwu - rozpoczęcie wycofywania się wojsk z Afganistanu nastąpi w lipcu 2011 r. Tyle bowiem dokładnie czasu potrzeba, aby rozbić islamistów i umocnić na tyle państwo afgańskie, iżby było ono zdolne samodzielnie ponosić odpowiedzialność za pokój i bezpieczeństwo własnego terytorium. Gdyby ta przepowiednia prezydenta miała się sprawdzić, Obama odniesie prawdziwy polityczny triumf, nawet gdyby najbliższe 18 miesięcy miały być czasem bardzo krwawej wojny. Rzecz jednak w tym, że ów termin ma dziś znacznie większe szanse pogrążyć za półtora roku prezydenta, niźli dać mu rzeczywiste zwycięstwo. Bo Afganistan to - jak pokazuje historia ostatnich 30 lat - państwo trwale upadłe.

Jeśli tak, to trzeba było albo znaleźć porozumienie z talibami i porzucić Hindukusz, z pewną dozą ryzyka zostawiając Rosjanom wszystkie nieobliczalne przyszłe kłopoty w tym regionie, albo przyjąć optykę republikańskich jastrzębi głoszących otwarcie, iż okupacja Afganistanu to cel NATO na wiele dziesięcioleci. Obama odrzuca wyjście pierwsze, bo tak nakazuje mu amerykański mesjanizm. Nie przyjmuje drugiego, bo wtedy dla zapatrzonych weń Amerykanów stawałby się po prostu Bushem bis. Obama chce nam dowieść, że w istocie kwestia kwadratury koła - wbrew powszechnemu mniemaniu - jest rozwiązywalna. Uczucie chciałoby, żeby miał rację. Rozum jednak podpowiada, że jej mieć nie może.

@RY1@i02/2009/238/i02.2009.238.000.013b.001.jpg@RY2@

Jan Rokita

Piotr Gęsicki

Jan Rokita

jan.rokita@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.