Karzaj rozpoczął drugą kadencję
Na czas wczorajszego zaprzysiężenia Hamida Karzaja okolice kabulskiego pałacu prezydenckiego zamieniły się w oblężoną twierdzę, a w całej stolicy wprowadzono nadzwyczajne środki bezpieczeństwa.
Tuż po uroczystości nowy-stary prezydent Afganistanu zaklinał jednak rzeczywistość i przekonywał, że już w ciągu pięciu lat afgańska armia i siły bezpieczeństwa będą gotowe do zagwarantowania bezpieczeństwa w całym kraju. Niewielu dało się jednak przekonać.
Na inaugurację zjechali do Kabulu pierwszoligowi politycy z całego świata. Przejęciu władzy przez Karzaja przyglądała się sekretarz stanu USA Hillary Clinton, szefowie brytyjskiej i francuskiej dyplomacji David Miliband i Bernard Kouchner oraz pakistański prezydent Asif Ali Zardari.
To właśnie między innymi dlatego anulowano wszystkie loty do i z Kabulu, w centrum miasta całkowicie wstrzymano ruch uliczny, zaś w pozostałych częściach 2,5-milionowej metropolii wzmocniono patrole uliczne. Kontrole zaczynały się wiele kilometrów przed rogatkami Kabulu. - Wróg próbuje teraz wedrzeć się do Kabulu, by zakłócić inaugurację - ostrzegał odpowiedzialny za bezpieczeństwo stolicy pułkownik Sanam Gul, dowódca 4. batalionu afgańskiej armii. Wysiłki afgańskich i amerykańskich sił przyniosły skutek: do zamknięcia tego wydania gazety w Kabulu nie doszło do żadnego poważniejszego incydentu.
Nic więc dziwnego, że podczas uroczystości zaprzysiężenia Hamid Karzaj tryskał optymizmem. - Jesteśmy zdeterminowani, by w ciągu najbliższych pięciu lat doprowadzić do tego, że afgańskie siły będą w stanie przejąć odpowiedzialność za zapewnienie bezpieczeństwa i stabilności w całym Afganistanie - zapowiedział. Co więcej, Afgańczycy chcą w ciągu trzech lat przejąć z rąk zachodnich wojsk najbardziej niestabilne regiony kraju.
Ale wojna z talibami to niejedyny kłopot Karzaja. Jego rodacy i zachodni sojusznicy coraz głośniej narzekają na pleniącą się korupcję. Jej dowodów nie trzeba daleko szukać: niemalże w przeddzień zaprzysiężenia amerykański dziennik The Washington Post ujawnił, że minister górnictwa w jego gabinecie Mohammad Ibrahim Adel przyjął 30 milionów dolarów łapówki od chińskiego koncernu Metallurgical Group Corp. za koncesję na eksploatację złóż miedzi w prowincji Logar.
Podczas wczorajszego wystąpienia Karzaj nie komentował tego skandalu. Obiecał co prawda, że w przyszłości będzie się starał angażować do rządu kompetentnych i uczciwych ministrów, jednak nie ujawnił żadnych szczegółów swoich planów. - Korupcja to bardzo niebezpieczna sprawa - mówił ogólnikowo.
Nikt jednak nie ma złudzeń: w końcu prezydent będzie musiał zadbać o przejrzystość działań swojego gabinetu. Amerykanie już zaczęli na to naciskać, ujawniając tuż przed zaprzysiężeniem, że rząd w Kabulu powoła wkrótce specjalną jednostkę antykorupcyjną. Waszyngton nalegał, by prezydent poruszył ten temat w wystąpieniu. - Afgańczycy trochę zrobili w tej sprawie, ale nie tyle, by można było powiedzieć, że poważnie traktują problem - stwierdziła w drodze do Kabulu Hillary Clinton.
@RY1@i02/2009/227/i02.2009.227.000.0014.001.jpg@RY2@
Hamid Karzaj w kabulskim pałacu prezydenckim w drodze na swoje zaprzysiężenie
AFP
mariusz.janik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu