Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Słaby prezydent, słaba Unia

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Jean Quatremer: żaden liczący się polityk z krajów takich jak Francja czy Niemcy nie zamierza robić kariery w Brukseli. Wolą oni realną władzę w Paryżu czy Berlinie niż jej iluzję w krainie biurokratów

ROZMOWA

JĘDRZEJ BIELECKI:

JEAN QUATREMER*:

Dobrych kandydatów wystawiły małe kraje. Jak choćby premiera Luksemburga Jeana-Claude’a Junckera, który zna mechanikę działania Unii jak mało kto. Ale z natury rzeczy oni niewiele mogą. Natomiast duże państwa zawiodły na całej linii. Przede wszystkim Francja i Niemcy. Żaden liczący się polityk z tego kraju nie chce robić kariery w Brukseli.

Bo politycy chcą mieć realną władzę, a nie tylko jej pozory. A w dzisiejszej Unii Bruksela daje tylko pozory władzy. Władza w Europie wciąż należy do rządów państw narodowych. Kiedy jesteś prezydentem Francji czy premierem Wielkiej Brytanii, stoisz na czele kraju, który wciąż ma pewien wpływ na losy świata, broń atomową, miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Gdy zaś zostajesz przewodniczącym Rady Europejskiej, twoja rola zostaje sprowadzona do kierowania dużym sekretariatem. Daleko nie trzeba szukać. Przewodniczący Komisji Europejskiej wciąż jest upokarzany przez przywódców państw, i to nawet małych. Czy ktoś taki jak Sarkozy kiedykolwiek by się na to zdecydował? Nie ma mowy.

On startuje jako polityczny emeryt, który nie ma przyszłości w swoim kraju, a dzięki Brukseli może zmyć swój grzech zaangażowania w Iraku. Natomiast David Miliband, kiedy tylko się zorientował, że kiedyś może zostać premierem Wielkiej Brytanii, natychmiast zapomniał o karierze w Brukseli.

I tu dochodzimy do europejskiej poprawności politycznej, która wszystkim wiąże ręce. Bo jeśli stanowisko ma zająć ktoś z małego kraju, to drugie musi ktoś z dużego. Jeśli jedno konserwatysta, to drugie socjalista. I to niezależnie od tego, czy to postać wybitna, czy miernota. Taka logika wszystko blokuje. Do tego dochodzi to, o czym mówiłem wcześniej. Politycy zwykle nie lubią ryzykować. Wolą nawet mniejszą władzę w kraju, ale taką, którą będą mieli na pewno, w odróżnieniu od potencjalnie ważniejszego stanowiska, które jednak może nie wypalić. Ale nie wykluczam, że nawet mało znany polityk na tym stanowisku się sprawdzi.

Wielu przeceniało potrzebę reform. Cóż z tego, że dziś Unia ma narzędzia, żeby sprawnie działać, skoro politycy nie chcą ich użyć. Niektóre rzeczy, które wprowadza traktat lizboński, jak ograniczenie w Radzie UE prawa weta czy zwiększenie znaczenia PE, trzeba było zrobić. Ale już cała reszta nie ma sensu. Reformę można było przeprowadzić jeszcze 20 lat temu, kiedy Unia liczyła 12 krajów. Dziś jest na to za późno. Mamy przynajmniej tyle samo sygnałów dezintegracji co wzmocnionej współpracy. Kryzys spowodował, że zagrożone jest istnienie jednolitego rynku, bo Francja i inne kraje pomagają własnym przedsiębiorstwom. Zagrożona jest też spójność strefy euro, tak wielkie jest zadłużenie państw, które do niej należą. Ale z drugiej strony, kiedy Unia będzie naprawdę zagrożona, może się zmobilizować i zacząć budowę federalnej struktury.

@RY1@i02/2009/225/i02.2009.225.000.008a.003.jpg@RY2@

Angela Merkel, Nicolas Sarkozy i Gordon Brown na szczycie liderów UE w Berlinie

AP

@RY1@i02/2009/225/i02.2009.225.000.008a.004.jpg@RY2@

Jean Quatremer

Corbis

Unii Europejskiej zabraknie charyzmatycznych przywódców

, a jej głosem na świecie nie będzie wybitny dyplomata. Taki przynajmniej wniosek można wyciągnąć po zakończonym wczoraj spotkaniu szefów dyplomacji państw UE w Brukseli. Tuż przed zaplanowanym na czwartek szczytem ministrowie rozjechali się bez uzgodnienia kandydatur na stanowiska powoływane przez traktat lizboński. były włoski premier i polityk, który ledwo mówi po angielsku. D’Alema dał się również poznać jako mistrz zakulisowych intryg, dzięki którym w 1998 r. w walce o premierostwo odsunął na boczny tor Romano Prodiego. , bez doświadczenia w sprawach międzynarodowych. Przywódcy dużych państw mają jednak nadzieję, że będzie potrafił równie sprawnie zarządzać brukselską biurokracją, jak radzi sobie z konfliktem między Walonami i Flamandami. - To nie jest moment chwały. Oferujemy światu ludzi, którzy albo nie mówią po angielsku, albo są nieznani - uważa b. minister ds. europejskich Wielkiej Brytanii Denis McShane. - Europa stanie się pośmiewiskiem, jeśli będą ją reprezentować tacy politycy - dodaje.

* od 1990 r. korespondent dziennika Liberation, ujawniona przez niego afera korupcyjna doprowadziła do upadku komisji Jacques’a Santera

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.