Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Nie zwyciężymy talibów. Możemy ich tylko przekupić

Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Mija rok, odkąd polscy żołnierze zaprowadzają porządek w afgańskiej prowincji Ghazni. Dziś dalej w niej do pokoju niż kiedykolwiek wcześniej

Rok temu Polska przejęła odpowiedzialność za bezpieczeństwo w prowincji Ghazni, dziś dalej w niej do pokoju niż kiedykolwiek wcześniej.

Równo ustawione szeregi wojska, czarne beryle na piersiach, podium z koślawym orłem wyciętym z blachy. Na krzesełkach oficjele: minister obrony RP w polowym mundurze, Amerykanie, otyły generał ze sztabu afgańskiej armii w wypchanym zielonkawym uniformie. Uroczyście, choć po żołniersku: prosto i surowo. Tak rok temu zaczynała się polska przygoda z Ghazni. Nagle powietrze przecięło kilka serii. Gdzieś opodal. Zapowiedź, że nie będzie łatwo. Kto strzelał, do kogo? W Afganistanie na takie pytania nie ma prostych odpowiedzi.

Amerykanie chwalili, Afgańczycy pokładali nadzieję, Polacy zapewniali o dobrych intencjach. I robili to, co kochamy najbardziej, oddawali cześć symbolom. Minister Klich złożył kwiaty pod tablicą honorową Jacka Winklera, który w latach 80. walczył w Afganistanie z Sowietami. Nie w Ghazni wprawdzie, a u komendanta Masuda w Pandższirze, ale ważny jest gest. Na okrasę przemówienia. Dowódca Task Force White Eagle, polskiej pięści w Ghazni, pułkownik Rajmund Andrzejczak: - Jesteśmy tu z najlepszymi ludźmi, jakich mój kraj mógł zaoferować. Razem wypełnimy każdą misję.

Szef amerykańskiego Regionalnego Dowództwa Wschód, któremu podlegają Polacy, generał Jeffrey Schloesser: - Trzy narody (Polacy, Afgańczycy i Amerykanie - red.), trzy mundury, ale jedno wspólne zadanie. Pokonamy przeciwnika, jeśli zaprzyjaźnimy się z ludnością Ghazni. Minister obrony RP Bogdan Klich: - Tu żyją wolni ludzie, którzy chcą mieszkać w bezpiecznej prowincji. Rzeczywistość przerosła obietnice, a nawet wyobraźnię przemawiających. Po roku sytuacja przedstawia się następująco: nie wypełniliśmy misji, trzy narody nie pokonały przeciwnika, wolni ludzie nadal żyją i umierają w niebezpiecznej prowincji.

Jesień 2009. Z meczetu Abu Hanifa w stolicy prowincji zostaje uprowadzony znany z protalibskich i antyamerykańskich poglądów radykalny kleryk Szams ad-Din. Kilka dni po porwaniu na przedmieściach miasta Ghazni miejscowi odnajdują jego zmasakrowane ciało. Podobno za uprowadzeniem i morderstwem stoi prorządowa milicja, która w Ghazni odwala brudną robotę na zlecenie zagranicznych wojsk, czyli Polaków.

"Agenci wywiadu w barbarzyński sposób zabili imama i kaznodzieję meczetu Abu Hanify - Szams ad-Dina. Był odważnym człowiekiem, który nie bał się głosić prawdy o krzywdach i potępiał okupację. Agenci wywiadu grozili mu wiele razy za jego śmiałe i odważne kazania" - komentowały portale internetowe.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Informacje rozchodziły się z domu do domu pocztą pantoflową. W stolicy prowincji wybuchły gwałtowne demonstracje. Nikt nie pytał, jaka jest prawda, nie żądał dowodów potwierdzających winę zachodnich wojsk czy osłanianych przez nie lokalnych władz. Nie o to zresztą chodziło. Rok po przejęciu przez naszych żołnierzy kontroli nad prowincją Pasztuni z Ghazni demonstrowali sprzeciw wobec okupanta i marionetkowych władz. Mord był tylko zapalnikiem.

Zapewnienia wojskowych speców od propagandy o miłości Afgańczyków do nas za odbudowane szkoły, wykopane studnie, rozdane koce i zeszyty można włożyć między bajki. Ghazni nie chce Polaków.

Nasz CH-47 chinook kładzie się na bok. Krąży. Dobra maszyna, dwa wirniki, może zabrać kilkunastu żołnierzy desantu albo zaopatrzenie i amunicję dla niewielkiego oddziału. W Afganistanie to jedyny śmigłowiec transportowy z prawdziwego zdarzenia. Strzegą nas trzy karabiny maszynowe - dwa po bokach i jeden z tyłu. Amerykański strzelec pokładowy niemal wypada za tylną burtę. Palec na cynglu, wypatruje.

Pod nami eksplozja. Powstańcy znów wysadzili konwój na drodze A-1 łączącej Kabul z południem kraju. Polacy przejęli Ghazni, aby jej bronić, a nie pozwolić rebeliantom powstrzymać życiodajny ruch. W dzień droga pompuje towary i ludzi w obu kierunkach, choć z trudnością. W nocy zamiera, władzę nad A-1 przejmują talibowie. Wąska struga asfaltu bez poboczy. Kiedy jedzie się nią z konwojem afgańskich służb specjalnych, widać rany zadane przez wojnę. Wraki spalonych ciężarówek, wyrwy po bombach, a w kilku miejscach bure plamy. - To od krwi, świeżej - tłumaczą agenci. Co kilkanaście kilometrów wojskowe punkty kontrolne. Mundurowi sprawdzają dokumenty, szukają broni. Przed nimi długie kolejki ciężarówek i zdezelowanych aut osobowych. Ze śmigłowca nie widać wyrw, krwawych plam, ludzkich twarzy. Wojna na kilkuset metrach nad ziemią jest czystym pięknem. A-1 to ledwie wąski pasek czerni na burych przestrzeniach. A na niej ruchome punkty. Pojedyncze pojazdy, korki przy punktach kontrolnych. Na prawo i lewo od niej nie ma nic - pustka.

Ghazni to mozaika burych gór i równin poprzeplatanych rzadkimi pasmami zieleni, w tej nieokreśloności form przyciągają oko równe prostokąty zabudowań. Pasztuńskie zagrody, minifortece, w których ludzie żyją razem z owcami i kozami. Nie w opustoszałych górach, ale właśnie tu bije serce rebelii. Bez wsparcia kiszłaków zamkniętych w czystych geometrycznych formach talibowie nie byliby w stanie szachować naszych wojsk. Generał Schloesser miał rację, gdy mówił o zwycięstwie. Wciąż jest możliwe, ale tylko wtedy, gdy pozyskamy tych ludzi dwieście metrów pod chinookiem. Na razie nie udało się to ani nam, ani Amerykanom.

Sajed Mahmud al-Gailani - wnuk jednego z głównych architektów Afganistanu po obaleniu talibów w 2001 r., przywódcy antysowieckiej rebelii z lat 80., sufity i rojalisty pira Ahmeda Gailaniego - spokojnie popija herbatę. Poseł niższej izby parlamentu - Wolesi Dżirgi, uważany za jednego z najbardziej perspektywicznych polityków w kraju. Dobrze wykształcony, z brytyjskimi manierami, opowiada spokojnym głosem. Ghazni w jego relacji nie jest miejscem, gdzie da się żyć, zarabiać, zakładać rodzinę. Rządzą nim trzy siły: skorumpowany do szpiku kości gubernator Usman Usmani oraz jego dwór, talibowie i... strach. Gdzieś, ledwie w rogu tego obrazu, pojawia się wojsko polskie, które zasadniczo "robi dobrą robotę, ale jest go stanowczo za mało".

Gailani na własnej skórze przekonał się, że Polacy nie zapanowali nad Ghazni. - Podczas podróży do Kabulu drogą A-1 wpadliśmy w zasadzkę - opowiada. - Osłaniały nas polskie oddziały. Nie radziły sobie. Co najmniej godzinę odpierały atak. Ratunek przyszedł z powietrza: bomby zrzucone przez amerykańskie F-16. Talibowie mogą czekać na posła nie tylko na drodze, ale i w mieście. - Zorganizowanie zamachu pod moim biurem to żaden problem - mówi. - W każdym innym miejscu również. Ghazni, a przynajmniej jego część zamieszkana przez Pasztunów, to jądro ciemności. Gailani przyjeżdża tam coraz rzadziej. Woli bezpieczniejszy Kabul.

Polska baza Giro w dystrykcie o tej samej nazwie, ledwie kilka zabudowań, brama, parking dla odpornych na improwizowane ładunki wybuchowe MRAP-ów i stanowisko ciężkiego karabinu maszynowego. W dzień wieje nudą. W nocy niedaleko Jednostki Wojskowej Giro - jak szumnie nazwali bazę Polacy - szlakami z Pakistanu przedzierają się rebelianci.

Próżno szukać tu żołnierzy, którzy wierzą w sens tej wojny. - Powiedzieć, że nas tu potrzebują, byłoby grubą przesadą. Czasami simiki (CIMIC - Civil military co-operation, współpraca cywilno-wojskową) zawożą pomoc do wioski niedaleko stąd. W nocy przychodzą talibowie i wszystko palą - opowiadał nam jeden z żołnierzy. - Szuszwole (w żargonie wojskowym określenie Afgańczyków) nie powiedzą, że ktoś u nich był i ich zastraszał. Może się boją. Na pewno nam nie wierzą. Polakom nie mówią nic, za to talibom spowiadają się ze wszystkiego, co wiedzą o nas. Zresztą nie tylko oni. Donoszą nawet policjanci, którzy oficjalnie pracują dla rządu. Nie wiem, po co tu jesteśmy - dodaje.

Podoficer pełniący służbę na bramie w Giro: - Popatrz tam: szkoła. Wybudowano ją za zagraniczne dolary. Nowiutka, niezniszczona. Jest tylko jeden problem: nie ma chętnych, by w niej uczyć. Wszystkich dotychczasowych nauczycieli zabijali talibowie. Szkoła stoi pusta. Na takie opowieści można trafić niemal w każdej bazie w Ghazni. Kilka kilometrów, a niekiedy kilkaset metrów od bram nie ma już państwa afgańskiego. Jest talibski Islamski Emirat Afganistanu.

Nie jest łatwo wyciągnąć z doskonale orientującego się w tematyce afgańskiej oficera Dowództwa Operacyjnego, z kim my właściwie walczymy w Ghazni. Nie, żeby nie wiedział. Chodzi bardziej o zagmatwanie sprawy. - Na północy prowincji można natrafić na ludzi z ugrupowania Gulbuddina Hekmatiara, na południowym wschodzie syna Dżallaludina Hakkaniego - Siradżuddina. Jest też trochę Al-Kaidy i zwykłych kryminalistów - mówi. Ale to nie koniec komplikacji. - Najważniejszym przeciwnikiem dla nas są oddziały podlegające pod dowództwo w Pakistanie.

Ani Hekmatiar (mimo że jego ojciec Ghulam Kader pochodzi właśnie z Ghazni), ani Hakkani nie traktują Ghazni jako swojego celu strategicznego. Prowincja jest ważna dla żyjącego na pograniczu afgańsko-pakistańskim plemienia Mehsudów, które jest trzonem walczącego z rządem pakistańskim Ruchu Talibów Pakistanu. Jego informacje potwierdzają ujawniane przez media zeznania aresztowanych komendantów polowych niższego i średniego szczebla z Ghazni. Dowodzący rebelią w dystrykcie Andar - niejaki Rahmatullah, który wpadł w ręce Amerykanów - zeznał, że sprzęt i broń płynęły szerokim strumieniem z pakistańskiego obozu szkoleniowego w Miram Szah. Dla Polaków to złe informacje. Oznaczają, że walczymy z doskonale zorganizowaną i zabezpieczoną logistycznie partyzantką, a nie chłopskim pospolitym ruszeniem. Na pocieszenie pozostaje informacja podana 20 października przez afgańską prasę. Według jej relacji rządowym siłom specjalnym udało się aresztować głównodowodzącego rebelią w Ghazni mułłę Abdul Samada.

Generał Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych, który zbuntował się przeciwko ministrowi obrony, twierdzi, że Ghazni można kontrolować, jedynie gdy pośle się tam sześć tysięcy żołnierzy, a nie dwa jak obecnie. Rząd woli tymczasem nie powiększać kontyngentu, a jeśli - to nieznacznie. Ani sześć, ani nawet dziesięć tysięcy nie da jednak rady. Polscy żołnierze nie są bowiem w Ghazni rozwiązaniem problemu, lecz jego częścią. Rebelia narasta, bo ma cel i napędzające ją paliwo - nas. W Afganistanie im więcej zachodnich żołnierzy, tym większy opór. Pokazuje to przykład Helmandu. W 2005 roku było tam kilkuset Brytyjczyków i przemoc w umiarkowanej skali, dziś w prowincji tej stoi już dwadzieścia tysięcy wojsk Jej Królewskiej Mości i amerykańskich, a walki przybrały skalę powstania powszechnego, jak oceniają sami Anglicy.

NATO nie poskromi Afganistanu siłą, nigdy nie będzie miało dość wojsk, by obsadzić miasta, drogi, górskie przełęcze i pogranicze z Pakistanem, a bez tego rebelianci mogą swobodnie hulać po kraju. Talibowie i ich sojusznicy nie złożą też broni, wojna jest dla nich bowiem nie tylko środkiem do odzyskania władzy, ale sposobem życia. Karmi trzecie pokolenie Afgańczyków, odkąd wybuchła w 1979 roku jako powszechne powstanie przeciwko komunistom. Zmieniają się obce wojska, mundury, starzejących się komendantów zastępują młode talenty. Walczysz, masz sens w życiu i co najważniejsze - pieniądze na utrzymanie rodziny.

Polski wywiad i kontrwywiad robią dobrą robotę, tropiąc rebelianckich przywódców w Ghazni. Popełniamy jednak błąd, aresztując ich i przekazując policji. Powinniśmy zaprosić partyzantów do rokowań, rzucić na stół ostateczny argument - dolary. Amerykanie nie wygrali wojny w 2001 roku, rozbijając talibów, ale przekupując ich dowódców polowych. Dlaczego dziś taktyka ta nie miałaby okazać się równie owocna? Historia pokazuje, że afgańskiej partyzantki nie można pokonać, ale można ją kupić.

@RY1@i02/2009/213/i02.2009.213.186.0006.001.jpg@RY2@

Im więcej zachodnich żołnierzy trafia do Afganistanu, tym bardziej rośnie opór jego mieszkańców

Andrzej Talaga

@RY1@i02/2009/213/i02.2009.213.186.0006.002.jpg@RY2@

Główna polska baza w Ghazni. Trudno tu znaleźć żołnierza, który szczerze wierzyłby w sens tej wojny

Andrzej Talaga

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.