Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Vaclav Klaus ratuje twarz, forsując referendum w sprawie Lizbony

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Dziś trybunał konstytucyjny w Pradze ma rozpocząć debatę nad zgodnością eurotraktatu z czeską ustawą zasadniczą

Prezydent Czech nie ustaje w krucjacie przeciwko traktatowi lizbońskiemu. Teraz Vaclav Klaus uważa, że o jego wejściu w życie powinni przesądzić w referendum sami Czesi. Taką sugestię zawarł w liście do sędziów trybunału konstytucyjnego, który dziś zajmie się zbadaniem legalności traktatu.

Specjalny list Klausa do 15 sędziów, których wyrok przesądzi o dalszych losach europejskiej integracji, opisuje brytyjski dziennik The Times. Prezydent staje w nim po stronie 17 parlamentarzystów, którzy zaskarżyli Lizbonę jako niezgodną z czeską konstytucją. "Dwadzieścia lat po odzyskaniu demokracji musimy ponownie - tym razem dobrowolnie - zmierzyć się z problemem, czy zrzec się naszej suwerenności na rzecz unijnych instytucji. Orzeczenie sądu konstytucyjnego będzie miało fundamentalne znaczenie dla przyszłości naszego kraju" - napisał czeski prezydent.

Jego zdaniem sprawa jest na tyle poważna, że o Lizbonie nie powinni się wypowiadać sędziowie, ale cały naród. Vaclav Klaus sugeruje, że powinno zostać rozpisane referendum, w którym Czesi - podobnie jak niedawno Irlandczycy - wypowiedzieliby się na temat traktatu. Ma nawet argument za takim rozwiązaniem. W 2004 roku, gdy obywatele Czech godzili się na wejście do Unii Europejskiej, nie było mowy o tak daleko posuniętej integracji - nikt nawet nie zająknął się o szybkim utworzeniu stanowiska prezydenta UE czy szefa wspólnej dyplomacji. A skoro zmieniają się fundamenty Wspólnoty, konieczna jest nowa decyzja Czechów.

Jak Czesi przyjmują plan Klausa? - To nierealny pomysł, zresztą większość z nas jest za Lizboną. Klaus przegrałby referendum. To próba zachowania wizerunku nieprzejednanego wroga unijnej biurokracji oraz brukselskiego socjalizmu. Bo także na tym buduje swoją popularność. Zresztą najważniejsza rzecz, o którą mu chodziło, została załatwiona po naszej myśli - mówi nam politolog z praskiego uniwersytetu Jirzi Pochacek.

Gdy traktat w drugim referendum zaakceptowali Irlandczycy i gdy podpisał go Lech Kaczyński, eurosceptyczny Klaus pozostał sam na placu boju. To wtedy nieoczekiwanie zażądał opt-outu, czyli możliwości wyłączenia z przepisów Karty praw podstawowych. Argumentował, że na podstawie Karty potomkowie Niemców sudeckich będą mogli domagać się zwrotu majątków.

Opt-out wywalczyli Polacy i Brytyjczycy, ale przed finalnym spisaniem traktatu. Czeskie żądanie wymagałoby zatem zmiany treści eurokonstytucji, a co za tym idzie, ponownej jej ratyfikacji we wszystkich krajach "27". Szwedom, którzy do końca roku przewodzą pracom UE, udało się znaleźć wyjście z tej sytuacji. Żądanie Vaclava Klausa zostanie spełnione specjalnym aneksem, który będzie ratyfikowany przez Wspólnotę przy przyjmowaniu Chorwacji.

Sama Unia Europejska nie chce komentować najnowszego pomysłu Klausa. Powtarza, że liczy na to, iż czeski prezydent podpisze traktat, bo Wspólnota tylko na tym skorzysta. Podobnie uważa Pochacek. - Klaus krytykuje UE za to, że jest powolnym, zbiurokratyzowanym molochem. Lizbona może to zmienić i prezydent o tym wie. Ale gra o swoją pozycję - mówi.

Dlatego podpisanie traktatu to kwestia nieodległego czasu. Tak uważają też czescy bukmacherzy. Ci, którzy obstawiają, że Lizbona zostanie podpisana do końca roku, za jedną koronę mogą już wygrać tylko 1,7.

@RY1@i02/2009/210/i02.2009.210.000.009a.001.jpg@RY2@

Pod traktatem lizbońskim brakuje tylko podpisu Vaclava Klausa

Reuters Forum

Piotr Czarnowski

piotr.czarnowski@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.