Polska za słabą dyplomacją Unii
Polska prowadziła od setek lat własną politykę zagraniczną i trudno, abyśmy z tego zrezygnowali - mówią polscy dyplomaci. Stawiamy więc na słabego ministra spraw zagranicznych UE, jeśli traktat lizboński wszedłby w życie
Polska nie chce silnego ministra spraw zagranicznych Unii. Jak się dowiedzieliśmy, w tym tygodniu polski rząd przedstawił reprezentantom krajów członkowskich stanowisko Warszawy w kwestii kompetencji przyszłego szefa europejskiej dyplomacji. Wynika z niego jedno: obawiamy się, że przyszły minister spraw zagranicznych będzie reprezentował wyłącznie interesy silnych krajów, z pominięciem mniejszych.
Stanowisko szefa unijnej dyplomacji wprowadza traktat lizboński, jednak jego przepisy nie precyzują, jak miałaby konkretnie wyglądać unijna służba dyplomatyczna i jakie kompetencje miałby otrzymać nowy, wspólnotowy minister spraw zagranicznych.
- Kraje Unii podzieliły się na dwa obozy: duże państwa chcą silnego ministra, bo wierzą, że będą mogły na niego wpływać. Małe odwrotnie: wolą ograniczyć znaczenie nowej funkcji, by móc nadal prowadzić własną politykę zagraniczną - mówi nam Marco Incerti, ekspert brukselskiego instytutu CEPS.
Polska zdecydowanie stanęła po tej drugiej stronie. Jako jedyna przedstawiła ambasadorom krajów "27" w Brukseli własne stanowisko na piśmie. I nie pozostawia tu wątpliwości: Warszawa chce ograniczyć swobodę działania nowego ministra przynajmniej na cztery sposoby.
Przede wszystkim zadania i strategia działania nowej służby dyplomatycznej będą w najbliższych latach określone przez rządy krajów, a nie Brukselę. To daje nam zdecydowany wpływ na kształt nowej instytucji, bo w sprawach zagranicznych państwa UE podejmują decyzje jednomyślnie. Poza tym szefowi dyplomacji UE nie podlegałyby unijne służby zajmujące się handlem międzynarodowym, pomocą rozwojową i rozszerzeniem Unii - czyli najsilniejsze instrumenty oddziaływania UE na świecie.
Kraje Unii mają zachować też bezpośredni wpływ na finansowanie wspólnej dyplomacji. Zamiast ze wspólnego budżetu UE nowy minister otrzymywałaby pieniądze ze specjalnej linii kredytowej, ustanawianej tylko na określony czas, którą można by w każdej chwili zmienić.
Z kolei dyplomaci unijnego korpusu mają być oddelegowani do służby tylko na określony czas, przypuszczalnie od 3 do 6 lat. System rotacji ma gwarantować, że kluczowych pozycji nie zawłaszczą Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy. Dodatkowo zapewni, że unijni dyplomaci będą uwzględniać stanowiska rodzimych rządów, bo w przyszłości to od nich zależeć będzie ich dalsza kariera. Połowa personelu europejskiej służby ma, wedle polskiego stanowiska, wywodzić się bowiem z MSZ krajów członkowskich, reszta z unijnych instytucji.
Polskie stanowisko nie wszystkim jednak się podoba. Antonio Misseroli, prezes brukselskiego European Policy Center, otwarcie ostrzega, że gdyby wszystkie kraje Unii tak twardo ogłaszały swoje stanowiska, kompromisu w europejskiej polityce nigdy nie udałoby się osiągnąć.
Jędrzej Bielecki
jedrzej.bielecki@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu