Rosyjskie naciski ekonomiczne zbliżają dawnych wrogów
Do niedawna mocno skłócone Ukraina i Białoruś teraz mają zamiar sformować gospodarczy sojusz mający bronić obu państw przed zakusami Rosji.
Przedstawiciele Kijowa i Mińska zapewniają, że nie chodzi o zwykłe kontakty handlowe, a ukraiński prezydent Wiktor Juszczenko - jeszcze rok temu dyżurny chłopiec do bicia białoruskiej propagandy - dziś zaprasza Aleksandra Łukaszenkę do Kijowa. I to "w najszybszym możliwym terminie".
Cel: zaszkodzić Rosji
Oficjalne zaproszenie przekazał Łukaszence szef MSZ Ukrainy Petro Poroszenko, który w 2004 r. był jednym z głównych sponsorów pomarańczowej opozycji. Poroszenko gościł w Mińsku w poniedziałek. Wczoraj zaś na Białoruś poleciał wicepremier ds. gospodarczych Ołeksandr Turczynow. - Nie chodzi nam tylko o zwykły eksport i import, a o znacznie głębszą współpracę - komentował te wizyty szef białoruskiej dyplomacji Siarhiej Martynau.
Łukaszenka i Poroszenko prześcigali się we wzajemnych uprzejmościach. - Jestem zadowolony z przebiegu wizyty - mówił szef ukraińskiej dyplomacji. - Nie mogę odmówić (Juszczence - red.) uczciwości i otwartości - rewanżował się Łukaszenka. - Obu stronom nie tyle o porozumienie chodzi, ile o zaszkodzenie Rosji - komentował ukraiński analityk Witalij Portnikow.
To olbrzymia zmiana nastrojów, zwłaszcza w Mińsku. W czasie pomarańczowej rewolucji Łukaszenka obawiał się, że podobny scenariusz jest możliwy także na Białorusi. Dlatego Juszczenko stał się negatywnym bohaterem propagandy, która udowadniała, że kolorowe rewolucje nieuchronnie prowadzą do kryzysu. Prezydent Łukaszenka nazywał pomarańczowych liderów "bandytami działającymi pod płaszczykiem demokracji". Juszczenko z kolei obiecywał intensywne działania na rzecz "przywrócenia wolności na Białorusi".
Ważniejsza realpolitik
Sytuacja uległa zmianie w tym roku. Białoruś, odbudowując kontakty z Zachodem, zainteresowała się też południowym sąsiadem. - To zdrada pomarańczowych ideałów - oskarżał Juszczenkę białoruski opozycjonista Źmicier Bandarenka. Ale górę wzięła realpolitik, tym bardziej że oba państwa mają wspólne problemy z Moskwą. Rosjanie utrudniają białoruskim i ukraińskim przedsiębiorcom dostęp do własnego rynku, naciskając zarazem w sprawie podwyższania cen gazu czy własności sieci przesyłowych.
Już podczas ubiegłotygodniowego szczytu WNP w Kiszyniowie prezydenci Ukrainy i Białorusi jednym głosem krytykowali Rosję za protekcjonizm i niedostateczną pomoc antykryzysową (Moskwa nie zamierza m.in. przesłać Mińskowi obiecanego już kredytu w wysokości 0,5 mld dol.). Ich wystąpienia - wsparte przez delegacje tadżycką i azerską - stały się kolejnym symptomem kryzysu rosyjskiego przywództwa na obszarze postsowieckim.
- Oba państwa mają sobie naprawdę wiele do zaoferowania. Przede wszystkim własne rynki - mówi nam analityk białoruskiego Centrum Misesa Jarasłau Ramanczuk.
Ratunek przed kryzysem
Ukraina to obiecujący rynek zbytu dla białoruskich traktorów. Poroszenko ogłosił, że środki na zakup ciągników zostały już uwzględnione w przyszłorocznym budżecie. Białoruś może też liczyć na wznowienie dostaw prądu, co z kolei pozwoliłoby Mińskowi zarobić na jego tranzycie na Litwę.
W zamian Kijów chciałby wrócić do pomysłu uruchomienia na Białorusi montowni autobusów marki Bohdan (co ciekawe, kontrolę nad udziałami firmy Bohdan sprawuje... minister Poroszenko). Ukraina może też liczyć na kompromis w sprawie spłaty 150 mln dol. długu.
Konkretne umowy mają być podpisane już na początku listopada, gdy prezydent Łukaszenka przyjedzie do Kijowa.
@RY1@i02/2009/206/i02.2009.206.000.010a.001.jpg@RY2@
Wskaźniki ekonomiczne Białorusi, Ukrainy i UE
Michał Potocki
michal.potocki@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu