Chcemy słabego prezydenta UE
Polska jest w gronie państw, które będą dążyć do maksymalnego ograniczenia kompetencji nowego unijnego superurzędu
Polska nie chce, aby po wejściu w życie traktatu lizbońskiego pierwszym przewodniczącym Rady UE został Tony Blair albo inny polityk pochodzący z dużego kraju Unii Europejskiej. Warszawa obawia się, że brytyjski przywódca dzięki swojej pozycji stanie się de facto "prezydentem Europy". I będzie narzucał swoją wolę polskiemu premierowi i ministrom. Silnego tzw. prezydenta UE nie chcą również Holandia, Belgia, Luksemburg i szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso.
Oficjalne stanowisko w sprawie kompetencji, jakie powinien otrzymać nowy przewodniczący Rady UE, nasz rząd ma przekazać innym stolicom europejskim już w tym tygodniu. Warszawa chce mocno ograniczyć swobodę działania przewodniczącego, sprowadzając go w praktyce do roli szefa sekretariatu, który zajmuje się administrowaniem szczytami przywódców UE. - Z logiki politycznej wynika, że nadal ciężar przewodzenia Unii spoczywałby na państwie, które w danym momencie sprawuje prezydencję. Jeśli będą jakieś trudne sprawy w procesie przygotowań do Rady Europejskiej, to kompromis może wypracować wspólnie szef prezydencji rotacyjnej z przewodniczącym Rady UE. Ten drugi nie będzie przecież wydawał poleceń polskiemu ministrowi finansów czy spraw wewnętrznych - mówi nam minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz.
Do tej pory entuzjaści traktatu lizbońskiego, a wcześniej unijnej konstytucji, dowodzili, że powoływany na 2,5-letnią kadencję przewodniczący Rady UE nie tylko stanie się równym partnerem dla prezydenta USA czy Chin, ale zapewni także stabilność unijnym instytucjom, bo odsunie w cień system przewodzenia Unii przez zmieniające się co 6 miesięcy kolejne kraje. Wizję mało ambitnej funkcji przewodniczącego Rady Unii podzielają także Holandia, Belgia i Luksemburg oraz inne małe państwa UE. Obawiają się one, że "prezydent Europy" formatu Blaira konsultowałby się głównie z przywódcami największych państw Unii, spychając pozostałe na margines.
Marginalizacji boi się także przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. - Przepraszam bardzo, ale nie będzie prezydenta Europy. Będzie jedynie przewodniczący Rady UE. To rozróżnienie trzeba dobrze zrozumieć, bo inaczej dojdzie do niebezpiecznego przesunięcia władzy - ostrzegł w minionym tygodniu w Parlamencie Europejskim Barroso.
Charakter nowej funkcji w dużym stopniu zdeterminuje to, kto jako pierwszy będzie ją sprawował. - Polska nie popiera na tym etapie żadnego kandydata - zapewnia Dowgielewicz. Jak przyznaje nam proszący o zachowanie anonimowości wysoki rangą polski dyplomata, nasz kraj obawia się, że w razie nominacji Tony Blair będzie mógł próbować narzucić swoje zdanie innym przywódcom. Nie możemy też zapomnieć brytyjskim władzom, że we wrześniu nie poparły Włodzimierza Cimoszewicza na sekretarza generalnego Rady Europy, a samemu Blairowi, że jako premier robił wszystko, aby obciąć dotacje dla państw Europy Środkowej.
Blaira nie popierają też socjaliści wywodzący się z tej samej co on frakcji w europarlamencie. Pamiętają, jak entuzjastycznie poparł wojnę w Iraku.
Kto w zamian? Lista drugorzędnych polityków, jak prezydent Irlandii Mary Robinson, premier Luksemburga Jean-Claude Juncker czy jego holenderski kolega Jan Peter Balkenende, pozostaje długa. Z powodu problemów z ratyfikacją traktatu lizbońskiego w Czechach mało jest zresztą prawdopodobne, aby decyzja zapadła już na najbliższym szczycie UE pod koniec października.
@RY1@i02/2009/199/i02.2009.199.000.009a.001.jpg@RY2@
Faworyt wyścigu o stanowisko szefa Rady UE Tony Blair
Reuters/Forum
jedrzej.bielecki@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu