Zatopimy Lizbonę po raz drugi
ADRIAN KONDASZEWSKI:
DECLAN GANLEY*:
Ludzie, którzy nawołują do głosowania za traktatem, kłamią na jego temat. Zamierzam się im przeciwstawić. Dodatkowym bodźcem było niedawne zaangażowanie się Komisji Europejskiej w walkę o Lizbonę w irlandzkim referendum. Czy wie pan, że ci ludzie przysłali nawet swoich biurokratów, by szerzyli unijną propagandę w irlandzkich szkołach? Dla mnie to obrzydliwe.
Przede wszystkim chcemy uświadomić Irlandczykom, że głosują za cały kontynent. Że oprócz nich nikt z 500 milionów mieszkańców Unii Europejskiej nie miał prawa wypowiedzieć się na temat traktatu i od nich zależy, co się dalej z nim stanie. Mówimy Irlandczykom, że głosując "za", oddają olbrzymią część swojej suwerenności do Brukseli, że zgadzają się na wybranego niedemokratycznie prezydenta UE i ministra spraw zagranicznych, którzy będą w naszym imieniu przemawiać na arenie międzynarodowej. Ostrzegamy, że Lizbona stworzy z UE superpaństwo z prawem unijnym nadrzędnym do prawa narodowego. Także, skoro sprzedajemy swój kraj, oddajemy władzę w ręce biurokratów, to powinniśmy przynajmniej dostać coś w zamian. A nie dostajemy nic!
Te dwie kwestie nie mają nic do rzeczy. Akurat w Galway, skąd startowałem do Parlamentu Europejskiego, zdobyłem najwięcej głosów. Jako zwykły obywatel mam prawo zaprotestować przeciwko traktatowi lizbońskiemu, mam prawo agitować za jego odrzuceniem. I to właśnie robię. Prawda nie wymaga przecież mandatu europosła.
(śmiech) Prawdę mówiąc, to nie mamy ani grosza i zamierzamy zbierać datki wśród ludzi. Liczę, że uda nam się zdobyć maksymalnie 200 tys. euro, ale równie dobrze możemy skończyć z zaledwie 50 tysiącami. Zaczęliśmy już rozwieszać billboardy, wykupiliśmy reklamy w prasie. Ale to nie będzie wielka kampania, bo też taka nie ma sensu. W kampanię na "tak" kasę pompuje Bruksela i nigdy im pod tym względem nie dorównamy.
Wbrew pozorom poprzednia kampania przed referendum była niewiele większa. Te niebotyczne sumy, które miałem na nią wydać, to wymysł moich przeciwników. Teraz skupimy się raczej na wolontariuszach opowiadających Irlandczykom o Lizbonie. Mamy ich kilka tysięcy. Powiemy Irlandczykom po prostu prawdę i to ich przekona.
Po pierwsze nie wierzę w sondaże. Poczekajmy do 2 października, wtedy pan zobaczy, że to ja mam rację. Sondaże to część kampanii na "tak". Tak samo jak straszenie Irlandczyków kryzysem, upadkiem państwa, bankructwem, od których uratować nas może tylko Unia i nowa konstytucja. Na tym właśnie opiera się rządowa kampania nawołująca do głosowania za Lizboną.
Nie. Ale słyszałem, że przyjeżdża do Dublina przed referendum. Ma nawoływać do głosowania na "tak".
Szanuję Lecha Wałęsę. Uważam, że to, co zrobił za komuny, było wielkie. Przeciwstawił się władzy, obalił system totalitarny, utworzył "Solidarność". A jego obecne działania i opinia o traktacie lizbońskim są jego prywatną sprawą.
@RY1@i02/2009/183/i02.2009.183.000.008a.101.jpg@RY2@
Rafiq Maqbool/AP
Irlandzki biznesmen Declan Ganley rozpoczął drugą kampanię przeciw Lizbonie
irlandzki biznesmen i polityk, lider ruchu Libertas, który prowadzi kampanię przeciw traktatowi lizbońskiemu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu