Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Współcześni Europejczyc y pomylili słabość z cnotą

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Polska powinna brać przykład z Ameryki: budować siłę gospodarczą i nie żałować pieniędzy na armię. Nie liczcie na to, że ktoś wyśle swoje dzieci, żeby za was umierały. Z pewnością nie będą to moje dzieci - mówi "DGP" George Friedman, szef jednego z największych amerykańskich ośrodków analitycznych

Nie stawiałbym tak sprawy. Siła gospodarcza i militarna są ze sobą związane. Imperium Brytyjskie było jednocześnie fenomenem wojskowym i gospodarczym. Siła ekonomiczna buduje potęgę militarną, ta zaś gwarantuje rozwój gospodarki. Nie można ich rozdzielić. Jeśli spytasz Amerykanina, czy to wyłącznie ekonomia czyni jego kraj silnym - nie zgodzi się. Podobnie Chińczyk czy Rosjanin.

Niekoniecznie. Europejska siła militarna ukształtowała gospodarkę XIX wieku, brytyjska marynarka wojenna stworzyła wręcz wzory zachowań ekonomicznych. Depresja gospodarcza w latach 20. i 30. była rezultatem I wojny światowej. Z kolei potęga gospodarcza USA ma swój początek w II drugiej wojnie światowej. To znak - jak powiedziałby Marks - dialektycznego związku jednego z drugim.

Jeśli zrozumiecie, że jesteście po prostu siłą regionalną, a raczej zbiorem sił regionalnych, i nie definiujecie już systemu międzynarodowego, nie jest najgorzej. Jednak Stary Kontynent cały czas żyje w przeświadczeniu, że znalazł klucz do rozwiązania wszystkich konfliktów. Europejczycy nie grają już pierwszych skrzypiec, ale ciągle uważają, iż mogą mówić, jak inni powinni grać. Z amerykańskiego punktu widzenia to arogancja nieusprawiedliwiona niczym, co miało miejsce w historii. W Europie wciąż i wciąż pojawia się przekonanie, że wasze aktualne instytucje są wieczne. Tak mówiłby Francuz w XVIII w., Anglik w XIX w. czy Niemiec w XX w. Zawsze macie rozwiązania na tysiąc lat. I nigdy tyle nie trwają.

Trudno powiedzieć, czym w ogóle jest Unia Europejska. To twór w ruchu. Widać jednak zasadniczy rozdźwięk między elitą a masami. Ta pierwsza zawsze była znacznie bardzie entuzjastyczna, jeśli chodzi o UE. Masy zrozumiały, że może kapitał nie ma ojczyzny, ale one mają. Tu mieszkają, tu jedzą i tu płacą podatki. Przeciętny Europejczyk od dawna podejrzewał, że w końcu przyjdzie mu zapłacić solidny rachunek za cały ten projekt. Teraz poznaliście cenę zjednoczenia kontynentu. Zbiega się to z utratą władzy przez elitę.

Jeszcze na początku nowego stulecia finansowa i polityczna elita miała wiarygodność, która pozwalała podejmować decyzje, a społeczeństwa jej ufały. Po 2008 r., w którym rozpoczął się kryzys, ta wiarygodność została zakwestionowana. Zadano pytanie, czy oni w ogóle wiedzą, co robią. Teraz elity znalazły rozwiązanie problemów - to wy, mieszkańcy państw UE, powinniście ponieść koszty ich decyzji. Nie wiemy jeszcze, jak europejskie masy zareagują na rachunek, bo też nie wiadomo, czym ma on dokładnie być. Raczej nie dojdzie do masowych protestów, ale kilka rządów może upaść.

Tak naprawdę nigdy nie było denacjonalizacji polityki w Europie. UE jest tworem, który liczy ledwie 18 lat, i nigdy jej nie kontestowano. Miarą państwa i każdego bytu politycznego jest kryzys, a nie rozwój. Tak zwana renacjonalizacja to efekt tego, że elity - na przykład rząd niemiecki - straciły pole manewru. Teraz muszą podejmować decyzje, mając w tyle głowy nie tylko to, co jest dobre dla Europy, ale jak same mają przetrwać. UE została zbudowana na koncepcie odkupienia Europy z jej historii. Ale ona wróciła. Pytanie tylko, czy europejskie instytucje potrafią sobie z nią poradzić.

Mogą podołać wyzwaniu, ale tylko dla siebie samych, opinia publiczna pozostanie na uboczu i przestanie przejmować się zjednoczoną Europą. Trudno obecnie uwierzyć, że tendencje nacjonalistyczne - nie faszystowskie, bo nie należy mylić tych dwóch pojęć - nie wezmą góry. Zwycięża myślenie: jestem Grekiem, więc to, co dotyczy mnie i moich rodaków, jest ważniejsze niż to, czy niemieccy bankierzy dostaną z powrotem swoje pieniądze.

Otóż to, bo Europa to kontynent, a nie jeden kraj. UE jest niezwykłym eksperymentem - narody, które przez stulecia toczyły walki, porozumiały się i w konsekwencji odrzuciły wojnę. Ale Europejczycy mylą słabość z cnotą: po prostu nie macie dość siły, by iść w bój. W ciągu XX wieku wydarzyła się naprawdę ważna rzecz: to upadek europejskiego potencjału. Na początku ubiegłego stulecia Europa dominowała nad światem, pod jego koniec nie było ani jednego mocarstwa ze Starego Kontynentu w skali globalnej. Wasz kontynent jeszcze nie przetrawił znaczenia tej transformacji. W europejskim umyśle UE jest konstrukcją dającą Europie pozycję równą Ameryce, ale bez ceny, jaką USA płacą za siłę militarną.

Mam dwoje dzieci w wojsku. Proszę mi powiedzieć: dlaczego miałbym wysyłać je na wojnę za Europejczyków? No, chyba że leżałoby to w interesie mojego kraju.

Problem Europejczyków polega na tym, że nie mogą porzucić iluzji, iż Amerykanie nie mają wyboru i muszą ich chronić. Nie rozumieją, jak są postrzegani w USA. Mówisz w towarzystwie "Francja" i wszyscy zaczynają się śmiać. Europejczycy stale przypominają nam, byśmy dbali o swoją reputację na Starym Kontynencie. Za to w ogóle nie interesują się swoim wizerunkiem w Waszyngtonie. Stary Kontynent oczekuje amerykańskiego parasola ochronnego, powinno więc interesować go, czy Ameryka w ogóle bierze was pod uwagę - szukamy partnera, który wraz z nami poniesie brzemię zapewnienia bezpieczeństwa. Jest zasadnicze niezrozumienie w tej materii po obu stronach Atlantyku. Obama stał się popularny w Europie, ponieważ miał być prezydentem, który o nic nie prosi. W Stanach był popularny, ponieważ przekonywał: nie jestem jak Bush, mogę poprosić Europejczyków o coś i oni to zrobią. Podczas pierwszych spotkań z Niemcami okazało się, że Obama zamierza jednak o coś prosić (zwiększenie wydatków na obronę - red.), ale oni nie mają zamiaru mu tego dać. Amerykanie zadają więc sobie bardzo poważne pytanie: jaki jest sens bycia w NATO?

NATO już nie działa. Z naszego punktu widzenia jest nam potrzebne tylko po to, by wysyłać do jego struktur dyplomatów drugiej kategorii. Jeśli nie jesteś wybitny, jedziesz do Europy.

NATO jest instytucją opartą na zasadzie konsensusu, w której każdy z członków może zablokować każdą akcję i zawsze znajdzie się ktoś, kto to zrobi. Pakt przestał być funkcjonalnym sojuszem militarnym. Jego struktura działała tylko w sytuacji, gdy istniał jeden, konkretny przeciwnik i tylko jedna opcja militarna. A tak w ogóle nie można mieć sojuszu militarnego z krajami, które nie mają armii. Europejczycy nawet coraz częściej myślą, że nie potrzebują naszego wsparcia, bo żyją w świecie bez zagrożeń, a postawę Ameryki uważają za prymitywną. Tymczasem koniec zimnej wojny otworzył przed Stanami Zjednoczonymi nowe możliwości: Europa to jedno, ale musimy też brać pod uwagę świat islamu czy Chiny. Także wewnątrz Unii sytuacja się zmienia, rośnie rola relacji bilateralnych. Kapitalną sprawą dla przyszłości Europy są relacje Niemiec i Rosji, które budują sojusz dwustronny.

Niemcy tak określą swoją rolę w Europie, jak będzie to im wygodne.

Przywództwo to jedno, a co z nim zrobią - drugie. Jeśli chcecie zrozumieć, czym mogłaby być niemiecka dominacja, musielibyście pod nią żyć. Europejczycy uwielbiają zresztą używać takich terminów jak "przywództwo" bez definiowania, czym właściwie jest i do czego prowadzi. Będę szczery, powątpiewam w europejskie zdolności do prawidłowego rozpoznania rzeczywistości. Niemcy zrozumieli, jaka jest cena za UE, i nie są z tego rachunku zadowoleni. To pierwszy kryzys Unii i po raz pierwszy sama formuła Wspólnoty okazuje się problemem. Niemcy z pewnością chcą w niej pozostać, ale rozwijają też relacje z Rosją. Nie trzeba wcale podpisywać traktatów, by budować sojusz.

Niemcy są częścią Europy i chcieliby, żeby stała się ona częścią relacji niemiecko-rosyjskich. Podobnie zresztą myślą o NATO. Berlin pragnie pozostać w Pakcie, ale namawia Sojusz, by budował dobre relacje z Moskwą. Amerykanie pytają jednak, co to dokładnie oznacza. Czy Rosjanie mieliby uczestniczyć w podejmowaniu decyzji i w operacjach NATO? Czy będą mieli dostęp do amerykańskich technologii wojskowych?

Jak na razie odpowiedź brzmi: nie. Chodzi o współpracę, nie zaś dopuszczanie Rosjan do tajemnic NATO.

Czy ta kooperacja jest niezbędna? Po latach uprawiania dyplomacji z Niemcami poznaliśmy ich styl. Kiedy mówią "współpraca", oznacza to współdziałanie w czymś bardzo konkretnym.

Niemcy mają strategiczny problem z energią, a Moskwa gwarantuje im dostawy surowców energetycznych. Berlin pyta: "Dlaczego mialibyśmy się obawiać Rosjan? Oni mają energię, my jej potrzebujemy, z kolei my mamy technologię, które możemy im sprzedać; Rosja ma także wykształconą, tanią siłę roboczą, my nie chcemy już więcej Turków". Obie gospodarki są komplementarne. Relacje z Rosją stają się dla Niemiec suplementem do członkostwa w UE i w jakimś stopniu alternatywą wobec Unii. Moskwa kładzie na stół jeszcze jeden, dodatkowy atut - siłę militarną. Zarówno Niemcy, jak i Rosjanie chcą zbalansować Amerykę, bo czują, że Stany Zjednoczone są niebezpieczne, nieprzewidywalne.

Berlin chciałby zachować wszystko, co miał dotychczas, i zyskać coś dodatkowego. Z naszego punktu widzenia dalsze utrzymywanie baz US Army w Niemczech będzie zależało od tego, czy Ameryka będzie miała pełne prawo ich użycia. Jeśli Berlin będzie usiłował je ograniczać - zabierzemy wojska. Jesteśmy zresztą w momencie przedefiniowywania relacji z Berlinem. W świecie postzimnowojennym sprawy rozgrywały się w prostszy sposób niż obecnie. Tak było do roku 2008, do rosyjskiej inwazji na Gruzję i wybuchu kryzysu. Oba te wydarzenia dotknęły NATO, UE, system finansowy oraz system militarny. Wtedy też Rosja wróciła do historii. Niemcy zawsze postrzegali stosunki z nią przez pryzmat ekonomii, bo to ogromne zasoby surowców energetycznych, które mogą napędzić najpotężniejszą gospodarkę w Europie. Nie ma bardziej racjonalnych powodów do sojuszu.

Siłę militarną ocenia się w prosty sposób - według misji, jakie ma do wypełnienia, i potencjału sąsiadów. Rosja nie będzie przeciwnikiem Francji i Wielkiej Brytanii, ale może mierzyć się z Ukrainą czy Gruzją. Rosjanie nie są jednak długofalowo zainteresowani rozwijaniem siły militarnej, chcą otwarcia na Zachód, by czerpać z tego profity gospodarcze i zmodernizować się.

Moskwa nigdy nie miała efektywnego systemu prawnego, ale okupowała Polskę. O tym powinniście myśleć, a nie o demokratycznych zmianach w Rosji. Intencje przywódców nie są ważne, bo się zmieniają. Dla Polski istotne jest to, że znaleźliście się między Niemcami, niepewnymi co do swojego wyzwania europejskiego i zasady równości w UE, a Rosją.

Uwierzyliście, że Rosja ostatecznie upadła w latach 90., a Niemcy ukształtowały system europejski, w którym zagrożenia militarne zostały unicestwione, gdzie wszystkie narody żyją w równości. Sprawy mają się jednak inaczej.

Owszem, ale Niemcy mogą zawsze powiedzieć - już nie chcemy grać dalej w tę grę. Postawa ta dotyczy zresztą mniej rządu niemieckiego, a bardziej opinii publicznej, ale trzeba pamiętać, że władze postępują tak, jak sobie życzy społeczeństwo. Niemcy są naturalnym mocarstwem europejskim, zaś w obecnym systemie unijnymi pozostają równe Grecji. Jeśli Unia Europejska przejdzie bezpiecznie przez kryzys, jeśli ludzie będą mieli poczucie, że także oni, a nie tylko politycy, uczestniczą w jej kształtowaniu, społeczeństwo w Niemczech zapewne da jej swój głos. W innym wypadku nie jestem już tego taki pewny. Jeśli powiemy Niemcom: zajmijcie się unijną gospodarką, weźcie odpowiedzialność za nią, niemiecka opinia publiczna zacznie się zachowywać tak jak amerykańska w sprawach bezpieczeństwa wobec Europejczyków. Zapyta: a jakie mamy korzyści z tego systemu?

Europa zawsze była kontynentem koalicji i tak będzie w przyszłości. Ale nie są one stabilne, ciągle się zmieniają, w efekcie nie może wykształcić się w miarę stały wzorzec zarządzania.

Waszym zasadniczym problemem jest położenie między dwoma wrogami, którzy w dodatku są nastawieni do siebie przyjaźnie. Rozmawiają ponad waszymi głowami i postrzegają Polskę jako problem w rozpoczęciu naprawdę poważnych rokowań. Zasadnicze pytanie brzmi: jakie ryzyko jesteście gotowi podjąć? Polska powinna przede wszystkim zdobyć realną siłę, ekonomiczną, polityczną i militarną. Z tak trudnym położeniem musicie zaakceptować podstawową prawdę - nie wiecie, co przyniesie wam przyszłość. Można oczywiście zakładać, że tym razem będzie lepiej, nie powrócą demony przeszłości. Może jednak warto zada sobie pytanie: dlaczego wcześniej Polska zawsze kończyła źle. Odpowiedź brzmi: bo zawsze miała nadzieję, że idzie lepsze. Bezpieczniej jest zakładać, że będzie źle, a nie dobrze. Obecnie macie relatywnie silną pozycje w Europie z powodu stanu waszej gospodarki, choć sami nie bardzo w to wierzycie. Staliście się małym mocarstwem regionalnym. Powinniście to wykorzystać, by uczynić Polskę bardziej kłopotliwą niż byłaby warta jako łup. Charles de Gaulle zapytany, dlaczego chce budować francuską siłę nuklearną, odpowiedział: dzięki niej wprawdzie nie wygramy z Sowietami, ale możemy ich trzymać na dystans.

Obie rzeczy plus dobre dwustronne relacje z USA.

A co nam w zamian zaoferowaliście?

To właśnie takie rozmowy powinny się toczyć. Potrzebujemy waszej znaczącej siły militarnej.

Jeśli nie chcecie budować przeciwwagi dla Rosji, nie róbcie tego. To wasz wybór. Możecie kolejny raz założyć, że tym razem wszystko będzie w porządku. Ale to ryzykowne. Budujcie własną siłę zbrojną, którą możemy w razie potrzeby wesprzeć, a nie wojsko, które Amerykanie muszą dopiero wymyślić. Ale to kosztuje, o tym też powinniście pamiętać. Kolejna sprawa - jesteście w grupie państw, które mają podobne interesy i spoglądają z niepokojem w stronę Rosji i Niemiec. Ciągną się one od Szwecji poprzez kraje bałtyckie aż po Bałkany. Powalczcie o przywództwo w tej grupie. Ameryka zawsze miała siły wojskowe większe, niż potrzebowała, ponieważ chcemy być przygotowani na wyzwania przyszłości, których jeszcze nie znamy i nie możemy ich przewidzieć. Europejczycy arbitralnie zdecydowali jednak, że nie będzie już więcej problemów. Może w wypadku Hiszpanii to słuszna postawa, ale wy jesteście Polską, leżycie w zupełnie innym miejscu Europy. Dobrze znacie swoją historię. Macie suwerenność ledwie od 21 lat, chyba zapomnieliście, jak jest cenna i jak ją traciliście.

Wiecie, jaka jest wasza postawa? Liczycie na to, że ktoś, gdzieś tam wyśle swoje dzieci, żeby za was umierały. Z pewnością nie będą to moje dzieci.

@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.186.0010.001.jpg@RY2@

Fot. PAP/EPA

George Friedman, założyciel amerykańskiego ośrodka analitycznego Stratfor. Pracował w US Army War Collage i RAND Corporation

@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.186.0010.002.jpg@RY2@

Fot. U.S. Navy

Friedman: Ameryka zawsze utrzymuje armię wiekszą, niż tego potrzebuje Dzięki temu nic nas nie może zaskoczyć i jesteśmy przygotowani na zagrożenia, których jeszcze teraz nie możemy przewidzieć

Z Georgeem Friedmanem rozmawia Andrzej Talaga

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.