Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Europa trwoni pieniądze

Ten tekst przeczytasz w 10 minut

NATO mogłoby utrzymać swoją zdolność bojową mimo cięć, gdyby Stary Kontynent zdecydował się na wspólną armię oraz zrezygnował z utrzymywania narodowych przemysłów zbrojeniowych

Skoro Europa nie inwestuje we własne bezpieczeństwo, to na ile my, Amerykanie, powinniśmy pomagać Europejczykom? - mówi Kurt Volker, ambasador USA przy NATO za czasów Georgea W. Busha. Ameryka ma dziś ogromny problem z Europą, jeżeli chodzi o wydatki na bezpieczeństwo. Kwestia ta nie będzie jednak omawiana podczas piątkowego szczytu NATO w Lizbonie, choć głębokie redukcje w europejskich budżetach obronnych stanowią największe zagrożenie dla przyszłości Paktu. W nadchodzących dekadach te cięcia zredukują potencjał militarny - a zatem i globalną rolę - Europy jako takiej.

Na przestrzeni ostatniej dekady rozbieżność pomiędzy amerykańskimi i europejskimi wydatkami na obronę pogłębiała się z każdym rokiem. Od 2001 roku budżet Pentagonu wzrósł o ponad dwie trzecie, z 403 mld dol. do 708 mld dol. w tym roku. Tyle nie wydaje żaden kraj na świecie. Dla odmiany według waszyngtońskiego Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) wydatki na obronę w Europie po uwzględnieniu inflacji spadały o prawie 2 proc. każdego roku w okresie od 2001 do 2009 roku, do 218 mld euro (295 mld dol.).

Clara Marina ODonnell, ekspertka od spraw obronności w Centre for European Reform, mówi, że europejskie cięcia są tak głębokie, że szczyt NATO będzie wyglądał jak surrealistyczna sztuka. Zauważa, że nowa koncepcja strategiczna NATO wyznaczy nowe cele Sojuszowi, jeżeli chodzi o cyberwojnę, obronę rakietową i terroryzm, a tymczasem w Europie środki na walkę z tymi zagrożeniami są cięte na potęgę.

Jednak to, co naprawdę martwi amerykańskich i natowskich urzędników, to nie ile europejskie rządy wydają, ale jak. W 2008 roku wydatki na obronę starego kontynentu były wciąż pięć razy większe niż Chin i osiem razy większe niż Rosji. Jednak europejscy ministrowie obrony rozdysponowują pieniądze bez wzajemnych konsultacji, co prowadzi do powielania się wydatków.

- To niewiarygodne, że w XXI wieku każdy kraj w Europie uważa, że musi mieć własne czołgi i transportery opancerzone - mówi Guy Ben-Ari, który właśnie zakończył raport o europejskich wydatkach na obronność dla CSIS. Lub jak zapytała grupa byłych europejskich ministrów obrony i wysokich rangą wojskowych w niedawnej analizie dla Fundacji Konrada Adenauera: "Dlaczego wciąż dla wszystkich ważne jest, by być w stanie robić wszystko, i dlaczego nie ma specjalizacji ról zarówno w Sojuszu, jak i w Unii Europejskiej?".

- Ta sytuacja jest celowo utrzymywana, bo rządy w Europie wykorzystują wydatki na obronność jako metodę zapewnienia kontraktów narodowym koncernom - mówi Ben-Ari. UE ma 21 stoczni wojskowych, podczas gdy USA mają trzy. Europejczycy mają 89 różnych programów zbrojeniowych, USA 27. Europa ma 11 programów budowy czołgów, USA mają zaledwie dwa.

Trzeba przyznać, że rządy zaczynają reagować na te obawy. Od dawna zdają sobie sprawę, że muszą zacieśnić współpracę. Przez ostatnią dekadę UE próbowała rozwijać europejską politykę bezpieczeństwa i obronności, łącząc siły przy okazji różnych nadzwyczajnych operacji. Dużym sukcesem okazała się mobilizacja unijnych sił morskich do walki z piractwem w Rogu Afryki.

W Europie nie brakuje inicjatyw ze strony państw, które widzą potrzebę współpracy. Wielka Brytania i Francja, dwie duże potęgi militarne w Europie, podpisały w tym miesiącu traktat, dzięki któremu ich lotniskowce i dwie brygady będą działały wspólnie. Kraje te nawiążą również współpracę, jeżeli chodzi o arsenały nuklearne. Te decyzje, nie do pomyślenia kilka lat temu, pokazują determinację obu rządów, by zaoszczędzić pieniądze.

Niemcy także dokonują ważnych reform. Kraj ten długo był krytykowany za statyczny model obronny, pasujący raczej do zimnej wojny, i nierozwijanie potencjału ekspedycyjnego. Firma McKinsey podała w tym roku, że wprawdzie niemieckie siły zbrojne liczą 220 tys. ludzi, ale zaledwie 37 tys. żołnierzy - 17 proc. - jest przeszkolonych. Jednak Karl-Theodor zu Guttenberg, niemiecki minister obrony, jest bliski zakończenia politycznie trudnej reformy Bundeswehry, likwidacji poboru i zapewnienia krajowi bardziej profesjonalnych sił zbrojnych. Kraje skandynawskie także blisko współpracują przy tworzeniu wspólnych oddziałów.

W USA pojawiają się obawy, że reformatorski zapał wygaśnie. James Townsend, jeden z najwyższych rangą urzędników Pentagonu ds. Europy, mówi, że europejska obrona nie może być zorganizowana jak składkowa kolacja. Nie można pozwolić ludziom, by przynosili to, co chcą, w zależności od zasobności portfela. Musi być jakaś lista zapisów, wtedy będziemy mieli coś, co w razie potrzeby będzie miało sens.

Amerykańscy decydenci i analitycy mówią, że kluczowe jest, by Europa poprawiła koordynację możliwości obronnych, tak by kontynent mógł wykorzystać swój potencjał. Coraz częściej jednak dołączają do tego kolejne ostrzeżenie - że wraz z upływem czasu Europa coraz bardziej będzie zmuszona działać razem, ponieważ nie może liczyć, że USA będą pilnowały jej podwórka.

Takie ostrzeżenia odzwierciedlają rosnącą świadomość, że USA zmieniają swoją optykę świata. Właśnie zakończona 10- -dniowa podróż Obamy po Azji pokazuje, że administracja coraz bardziej koncentruje się na tym kierunku.

Dwa wydarzenia mogą w szczególności wykopać rów pomiędzy USA i Europą. Po pierwsze, niektórzy amerykańscy politycy uważają, że presja budżetowa skłoni administrację do zmniejszenia o połowę brygad bojowych stacjonujących w Europie, z czterech do dwóch - co oznaczałoby dramatyczną redukcję amerykańskich sił na kontynencie. Rządowe biuro księgowe ostrzegło, że utrzymanie wszystkich czterech brygad w Europie będzie w ciągu 10 lat kosztowało do dwóch miliardów dolarów. Drugą kwestią, która może zatrząść sojuszem, jest rosnąca irytacja Amerykanów, że unijne rządy nie tylko obniżają wydatki na obronność, ale jednocześnie próbują zawierać porozumienia wojskowe z Rosją i Chinami, co Waszyngton uważa za sprzeczne z interesami sojuszu.

- Francja próbuje sprzedawać okręty klasy Mistral do Rosji. Znajduje się też wśród krajów, które próbują złagodzić embargo na eksport broni do Chin. - mówi Ian Brzezinski z think-tanku Rada Atlantycka. Efekt będzie taki, że USA nie będą chciały pełnić roli globalnego policjanta, kiedy Europa zawiera umowy dwustronne.

Gdy liderzy NATO przygotowują się do szczytu, wysocy rangą urzędnicy w kwaterze Sojuszu pozostają przekonani, że przy wszystkich wyzwaniach relacje transatlantyckie pozostają mocne. Jednak eksperci uważają, że europejski system militarny osiągnął punkt zwrotny i liderzy kontynentu muszą podjąć decyzję. - Jeżeli nie dostrzeżemy potrzeby zmiany kursu, będzie to oznaczało, że Europa daje sygnał światu, iż wycofuje się z gry - mówi Ben-Ari z CSIS.

@RY1@i02/2010/225/i02.2010.225.186.0015.001.jpg@RY2@

Fot. PA/Medium

Europejskie państwa NATO wydają coraz mniej pieniędzy na obronność. Jeśli ten stan się utrzyma, kontynent da znać światu, że wycofuje się z gry

TŁUM. TK

© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved

James Blitz

Daniel Dombey

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.