Bogata Unia chce oszczędzać
WYDATKI UE nie będą wzrastać w takim tempie, jak chciałyby państwa najwięcej dostające ze wspólnej kasy
Przeprowadzona wczoraj procedura pojednawcza między Parlamentem a Radą UE w sprawie budżetu Unii na przyszły rok to zapowiedź tego, jak będzie wyglądała batalia o wydatki Wspólnoty na lata 2014 - 2020. Rysujące się scenariusze nie są niestety korzystne dla Polski.
Unia podzieliła się tradycyjnie na dwa obozy: starą Europę - zwolenników ograniczania wydatków (w tym na fundusze spójności) - i nową Europę plus walczący o wzmocnienie swojej władzy Parlament Europejski, opowiadający się za wzrostem wydatków lub poszukiwaniem nowych źródeł finansowania budżetu.
Przeciw zwiększaniu wydatków są: Wielka Brytania, Szwecja, Holandia, Dania i Finlandia. Za kompromisem z parlamentem opowiadały się natomiast kraje, które otrzymują najwięcej od Unii: Polska i większość nowych państw członkowskich Unii (bez Łotwy i Słowenii).
Traktat lizboński przyznaje Parlamentowi Europejskiemu na równi z Radą UE prawo do współdecydowania o tym, jak ma być wykorzystany budżet Unii. Jednak walka o budżet na przyszły rok to niemal kapitulacja parlamentu. - Deputowani niemal całkowicie wycofali się ze swoich postulatów budżetowych - mówi "DGP" Hugo Brady z londyńskiego Center for European Reform.
Posłowie początkowo domagali się zwiększenia wydatków w 2011 roku o 6,1 proc. Wobec sprzeciwu Rady UE zaakceptowali postulat Wielkiej Brytanii i jej sojuszników ograniczenia podwyżki do 2,91 proc. Państwa płatnicy odmówiły też rozmów na temat drugiego postulatu parlamentu: ustalenia już teraz zasad współpracy między Radą UE i deputowanymi w sprawie wydatków Brukseli w latach 2014 - 2020.
PE zrezygnował też z domagania się większych wydatków na inwestycje w nowe technologie (m.in. eksperymentalny reaktor atomowy ITER we Francji), badania kosmiczne i transport.
Wizja działania UE na bazie prowizorium budżetowego to scenariusz korzystny dla płatników netto. Bo zakłada wydatki na poziomie z roku ubiegłego i wyklucza ich wzrost. Pokazuje, że jeśli biedniejsze państwa Unii będą forsowały zbyt daleko idące postulaty, mogą się przeliczyć i stracić więcej, niż idąc na kompromis. Unia z prowizorium budżetowym miała do czynienia już raz w 1986 roku, w czasie rządów Margaret Thatcher.
@RY1@i02/2010/222/i02.2010.222.183.009a.001.jpg@RY2@
Budżet UE
Jędrzej Bielecki
jedrzej.bielecki@infor.pl
@RY1@i02/2010/222/i02.2010.222.183.009a.002.jpg@RY2@
Marco Incerti, Centrum Europejskich Analiz Politycznych w Brukseli
Tak, ale tylko do pewnego momentu. Przed negocjacjami nad budżetem 2014 - 2020 zaczyna zarysowywać się niebezpieczny podział. Niemal wszystkie kraje starej Unii stają się płatnikami netto, podczas gdy niemal wszystkie kraje nowej Unii pozostają beneficjentami netto. To zapowiada bardzo ostre zwarcie, z którego biedniejsze państwa mogą wyjść poszkodowane, bo ich wpływy polityczne są mniejsze. W tym kontekście europarlament może okazać się ich sojusznikiem. O ile jednak nie przeszarżuje w swoich postulatach. W razie braku porozumienia między Radą UE a parlamentem zostaje prowizorium. A one jest korzystne dla płatników netto, bo oznacza mniejsze wydatki.
To wynika nie z jakiejś szczególnej przyjaźni wobec nowych krajów Unii. Jest raczej pochodną dążenia parlamentu do uzyskania większej władzy. Na tym tle dochodzi więc do pewnych paradoksów. Klub liberałów w europarlamencie pod kierunkiem Guya Verhofstadta chce jak największego budżetu, podczas gdy ci sami liberałowie w rządach poszczególnych państw domagają się jak największych cięć w wydatkach Brukseli.
Rozmawiał Jędrzej Bielecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu