Koniec świata, jaki znamy, czyli powolny upadek USA
Czas prezydentury Baracka Obamy to szybka erozja pozycji Stanów Zjednoczonych jako mocarstwa. Czy Pekin przejmie od Waszyngtonu rolę gwaranta dalszego rozwoju?
Większość dziennikarskiej kariery spędziłem na opisywaniu świata, w którym następowała poprawa. Pracowałem w Londynie podczas thatcherowskiego boomu połowy lat 80., potem obserwowałem rozszerzanie się demokracji na całym świecie: od Ameryki Łacińskiej po Azję Południowo-Wschodnią. Pierwszy raz odwiedziłem Moskwę w czasach Gorbaczowa, gdy sowiecki koszmar zmierzał ku końcowi. Byłem na Madison Square Garden, kiedy ludzie w 1992 roku śpiewali Billowi Clintonowi "Don’t Stop Thinking About Tomorrow". Następne pięć lat spędziłem w Azji i byłem świadkiem, jak szybki wzrost gospodarczy przekłada się na życie zwykłych ludzi od Bangkoku po Bangalur. Od 2001 roku przebywałem w Brukseli i śledziłem ponowne zjednoczenie Europy, gdy takie kraje jak Polska i Czechy dołączały do grona wolnych i dostatnich narodów. Byłem w Londynie, kiedy w maju 1997 roku Tony Blair wygrał wybory pod hasłem, które wydawało się oddawać ducha czasów: "Może być tylko lepiej".
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.