Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

G20 - koncert mocarstw

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Losy świata zależą dziś od kilku czołowych potęg, wpływy organizacji międzynarodowych maleją. Sypie się ład oparty na ONZ i ponadpaństwowym prawie. Decyduje gra mocarstw, a nie wielostronne traktaty

Odbywający się właśnie w Seulu szczyt krajów G20 nie wyrysuje wprawdzie na nowo politycznej mapy świata, ale to już drugi zjazd głów państw grupy, który zastępuje poprzednie czołowe forum najbogatszych, czyli G8. Dwudziestka nie debatuje na nim o zmianach klimatu, jak rok temu w Londynie, ale próbuje powstrzymać dużo bardziej realne zagrożenie - wybuch wojen walutowych. To już nie zapowiedź koncertu mocarstw regulującego sprawy globu, lecz jego część pierwsza.

W kolejnych latach wielcy coraz bardziej otwarcie i brutalnie będą rozgrywać między sobą sprawy globu kosztem słabszych, którzy przestaną być partnerami, a staną się wasalami. Taką uwerturę pisze sama natura polityki, której istotą jest starcie. Ład międzynarodowy oparty na dobrej woli jego uczestników, podparty prawem z wpisanymi w nie karami (sankcjami, a w ostateczności interwencją zbrojną), którego emanacją jest Organizacja Narodów Zjednoczonych, ma zasadnicze wady. Główna to logiczna sprzeczność między organizującą go zasadą a rzeczywistością. Nie narody bowiem, lecz państwa, stały się podmiotami owego ładu i z całą pewnością nie są one zjednoczone, ale kierują się własnymi interesami. Kolejna wada to brak skutecznego aparatu wykonawczego. Owszem, ONZ organizowała nawet liczne operacje militarne i stabilizacyjne, ale zawsze decyzje o wysłaniu wojsk podejmowały poszczególne kraje i to ich wola decydowała, czy misja w ogóle zostanie rozpoczęta. Już wiele lat temu państwom przestało się jednak chcieć, a raczej nie widzą interesu we wspieraniu ONZ. Dowodem atak na Irak i Afganistan, a także Serbię podczas konfliktu kosowskiego. Wszystkie odbyły się bez Narodów Zjednoczonych, organizacja mogła potem jedynie autoryzować interwencje podjęte za jej plecami. Zinstytucjonalizowany w ONZ (ale także OBWE) ład międzynarodowy miał sens, kiedy istniały dwa antagonistyczne bloki cywilizacyjne, był bowiem buforem między ich ambicjami. Po upadku ZSRR staczał się w nicość, dziś zaś wymaga nawet nie reformy, ale zastąpienia go skuteczniejszym narzędziem.

Wielce prawdopodobne, że będzie nim właśnie koncert mocarstw. Jego piewcą na arenie globalnej są Chiny wspierane przez Indie i Brazylię, na gruncie europejskim zaś Rosja. Jeszcze kilka lat temu Moskwa otwarcie promowała zastąpienie NATO i OBWE w roli gwaranta bezpieczeństwa na Starym Kontynencie stałymi konsultacjami największych państw: Rosji, Niemiec, Francji i Włoch. Teraz naprawia relacje z Zachodem, przezornie więc nie kontestuje organizacji międzynarodowych, ale istota jej poglądów na uprawianie polityki zagranicznej pozostała bez zmian. Wielcy mają decydować o losie mniejszych. Jedyna istotna korekta w podejściu Moskwy to - być może chwilowe - uznanie Unii Europejskiej za jednolitego gracza. Wcześniejsze próby uprawiania bilateralnej polityki z wielkimi państwami europejskimi kosztem Polski i państw bałtyckich nie powiodły się.

To, co Rosja próbuje narzucić Europie bez wielkich szans na powodzenie, udaje się coraz bardziej Chinom, Indiom i Brazylii w skali globu. Rośnie ich rola w Międzynarodowym Funduszu Walutowym oraz Banku Światowym, wszystkie te państwa budują sfery wpływów i na potęgę zbroją się, by uczynić swój głos silniejszym. Amerykańska administracja także rozumie już, że świat zdominowany przez jedno mocarstwo odszedł do lamusa. Prezydent Obama mówi o wielobiegunowości i współodpowiedzialności głównych graczy. Skoro tak, będą oni potrzebowali forum do uzgadniania stanowisk i pokojowego toczenia sporów. ONZ zupełnie nie nadaje się do tej roli, dlatego rośnie znaczenie G20.

Już sam skład i charakter tej grupy pokazuje, że jest ona bardzo jeszcze skromną, ale jednak platformą, gdzie mocarstwa rozegrają swój koncert. Po pierwsze w przeciwieństwie do ONZ i choćby UE nie ma żadnego stałego ciała, sekretariatu, przewodniczącego. Jej liderem jest po prostu jedno z państw, wymieniane po roku przez inne na zasadzie kadencji. Nie wyznacza sobie też określonych celów. ONZ na przykład miała dbać o pokój światowy. W G20 znalazły się wreszcie wcale nie najbogatsze państwa świata w kolejności od 1. do 20., ale najbardziej wpływowe w swoich regionach. Dlatego na liście członkowskiej mamy RPA, Australię, Argentynę, a nie znajdziemy tam Hiszpanii, Holandii, Belgii czy Wenezueli, które powinny trafić do klubu, gdyby brano jedynie pod uwagę PKB. Nawet Polska mogłaby do niego aspirować, wygląda bowiem na to, że zajmujemy dokładnie miejsce dwudzieste, choć nie wszystkie szacunki potwierdzają tę pozycję. Nasza rola w Europie nie predestynuje nas jednak do wzięcia udziału w globalnym koncercie.

G20 jest forum koncentrującym się przede wszystkim na gospodarce, ale to właśnie ona stała się obecnie głównym motorem rozwoju, ale i polem walki światowych potęg. Relacje handlowe między Ameryką a Chinami, kurs dolara, poziom deficytów na rachunku bieżącym, wreszcie pakiety stymulacyjne kształtują dziś w dużo większym stopniu globalny układ sił niż rozmieszczenie wojsk i wynik toczonych wojen. Jeśli nawet NATO będzie musiało opuścić Afganistan bez zwycięstwa, a talibowie w końcu opanują ten kraj, będzie to jedynie problem regionalny. Gdyby zaś Chiny zdecydowały się na masową wyprzedaż swoich rezerw walutowych lub Ameryka wprowadziła represyjne cła na chińskie towary, konsekwencje tych ruchów odczułby cały świat, w tym Polska.

Poprzedni koncert mocarstw ukształtowany po kongresie wiedeńskim w 1815 r. działał tylko w skali jednego kontynentu - Europy. Zakładał on, że czołowe państwa będą rozwiązywały spory poprzez rokowania, a nie wojny, zaś wynik negocjacji musi uwzględniać interesy obu stron sporu. W układzie tym nie było miejsca ani na mniejsze twory polityczne, ani narody czy społeczności lokalne. To wielcy decydowali o ich losie. Cios koncertowi zadały po pół wieku nie tyle różnice interesów, ile rozbieżności ideologiczne, głównie narastający w Europie nacjonalizm. Jednak sama idea została zakwestionowana dopiero przez prezydenta Wilsona, który po I wojnie światowej zaczął realizować koncept ładu międzynarodowego opartego na prawie i dobrej woli jego uczestników.

Najwyraźniej historia zatacza koło. Ów ład wprawdzie jeszcze nie umarł - wypada wszak od czasu do czasu powoływać się na jego zasady - ale coraz bardziej zastępuje go gra mocarstw. G20 ma szansę, by stać się forum, na którym ich interesy i cele będą uzgadniane i wzajemnie miarkowane. Można powiedzieć, że bez udziału Polski, ale nie do końca jest to prawda. Członkiem grupy stała się bowiem także Unia Europejska jako jedyny twór ponadpaństwowy. Im więcej Polski w UE i im silniejsza sama Unia, tym bardziej nasz głos będzie w G20 słyszany - może jako ciche pienie oboju w tle trąb i waltorni, ale zawsze.

@RY1@i02/2010/220/i02.2010.220.186.0016.001.jpg@RY2@

Fot. Forum

Odbywający się właśnie w Seulu szczyt krajów G20 to forum, na którym czołowe gospodarki świata próbują pogodzić swoje często sprzeczne interesy. W globalnej rozgrywce tylko one się liczą

@RY1@i02/2010/220/i02.2010.220.186.0016.002.jpg@RY2@

Największe potęgi G20

@RY1@i02/2010/220/i02.2010.220.186.0016.003.jpg@RY2@

Andrzej Talaga

Andrzej Talaga

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.