Karzaj wypuszcza talibów
Pierwsza grupa talibów została wypuszczona z amerykańskiego więzienia w bazie Bagram oraz z afgańskich aresztów.
Czternastu bojowników odzyskało wolność na mocy porozumienia pokojowego z władzami w Kabulu, jakie forsuje prezydent Hamid Karzaj. Jednocześnie jednak w południowym Afganistanie talibowie polują na urzędników, nawet niższego szczebla, próbując zdezorganizować odtwarzanie stabilnych władz.
Jak ujawnił wczoraj jeden z zastępców afgańskiego prokuratora generalnego, wypuszczenie czternastu bojowników, w tym dwóch niedoszłych zamachowców-samobójców, ma być konsekwencją czerwcowej dżirgi - zgromadzenia liderów plemiennych i państwowych - podczas której zaakceptowano proponowany przez prezydenta plan pojednania z co bardziej umiarkowanymi liderami rebelii. Można się spodziewać, że to dopiero początek: plan Karzaja zakłada, że prokuratorzy ponownie przyjrzą się wszystkim osobom aresztowanym za udział w rebelii.
Talibowie nie ograniczają jednak kampanii przemocy, zwłaszcza w południowych prowincjach kraju, przez które przetacza się fala zabójstw urzędników niskiego szczebla, pracowników organizacji humanitarnych i wszystkich innych Afgańczyków podejrzewanych o współpracę z wrogiem. Talibom chodzi przede wszystkim o sparaliżowanie funkcjonowania lokalnej - przynajmniej formalnie podlegającej władzom w Kabulu - administracji.
Od marca tylko w samym Kandaharze dokonano co najmniej jedenastu zabójstw lokalnych urzędników. Ofiarą zamachowców padł np. urzędnik odpowiedzialny za rozwój rolnictwa i hodowli bydła w prowincji Mohammed Hassan Wolsi, brat jednego z parlamentarzystów Hadżdżi Abdul Haj czy ochroniarz brata afgańskiego prezydenta. Zamachowcy strzelają jednak też do osób zatrudnionych w organizacjach pozarządowych i humanitarnych, szeregowych policjantów i pracowników służb bezpieczeństwa oraz osób uznawanych za konfidentów. Najbardziej drastyczny przypadek zdarzył się w wiosce Herati, gdzie rebelianci wykonali egzekucję na 7-letnim chłopcu, który - według nich - donosił rządowi o ich działaniach.
W ten sposób skutecznie udaje się odstraszyć chętnych do podjęcia pracy w administracji. Stoicki spokój zachowują jedynie najwyżsi rangą. - Gdy nadejdzie czas, by umrzeć, nikt mnie nie uratuje - stwierdził w jednym z wywiadów burmistrz Kandaharu Ghulam Hajder Hamidi. Ale i on przyznaje, że od kilku miesięcy rekrutacja pracowników do podległych mu biur idzie jak po grudzie. Wielu rezygnuje po pierwszym telefonie z pogróżkami.
- Ostatnią rzeczą, jakiej chcą talibowie, jest postęp. Zależy on od tego, czy lokalnej administracji uda się poprawić poziom życia ludności. Kto wspiera więc modernizację, staje się celem - mówi "DGP" Philip Wilkinson, były doradca afgańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Jego zdaniem jedyne, co można w tej sytuacji zrobić, to zapewnić urzędnikom wszystkich szczebli w miarę możliwości szczelny parasol sił ISAF: skupić ich w większych miastach czy w lepiej strzeżonych dzielnicach.
Wilkinson ostrzega też, że fala zabójstw może skomplikować mającą się zacząć w najbliższych tygodniach operację sił międzynarodowych w Kandaharze. Jej pierwsza faza - militarna - ma polegać na oczyszczeniu miasta ze stronników talibów i zaprowadzeniu rządów prawa. Faza druga opiera się przede wszystkim na zbudowaniu silnej i zdolnej do sprawowania rządów administracji. Akcja talibów nie tylko może skomplikować realizację operacji w Kandaharze, ale też dalece opóźnić całkowite wycofanie się zachodnich wojsk spod Hindukuszu. - Nasza strategia wyjścia opiera się niemal wyłącznie na tym, czy Afgańczycy będą w stanie sami rządzić swoim krajem - podkreśla Wilkinson.
@RY1@i02/2010/119/i02.2010.119.183.012c.001.jpg@RY2@
Fot. AFP/East News
Uwolnienie czternastu bojowników ma być konsekwencją czerwcowej dżirgi
Mariusz Janik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu