Afgańska rejterada
Zapomnieliśmy niemal o wojnie, ale ona pamięta o nas. Po śmierci dwóch polskich żołnierzy i ranieniu kilkunastu innych politycy PO - głównie Bronisław Komorowski - zaczęli mówić o wycofaniu się z Afganistanu, nawet jeśli całe NATO nie podejmie takiej decyzji. To konstatacja oczywistej prawdy - nie mamy pod Hindukuszem żadnych interesów, w dodatku wplątaliśmy się w wojnę partyzancką z częścią afgańskiego społeczeństwa. Nasi żołnierze giną tam po nic.
Lecimy śmigłowcami nad drogą A1 łączącą Kabul z Kandaharem, w dole pojedyncze ciężarówki, co kilkanaście kilometrów wojskowe kontrole i sznur czekających w kolejce pojazdów. Nagle błysk, z tej wysokości niewielki. Dym. Eksplodował improwizowany ładunek wybuchowy, główny zabójca w tej wojnie. Śmigłowce zataczają koła nad miejscem ataku, ale nie interweniują, nie ma do kogo strzelać, to samoczynna pułapka odpalana na sygnał radiowy. Tym razem wpadł w nią hummer afgańskiej armii, od kilku miesięcy rebelianci chętniej jednak polują na pojazdy NATO. Prezydent Hamid Karzaj chce pojednania z talibami, nazwał ich nawet publicznie braćmi, armia nie kwapi się zatem do starć z przyszłymi - kto wie - sojusznikami politycznymi głowy państwa.
Polskie wojsko stacjonuje w Ghazni właśnie po to, by utrzymać A1. Uniemożliwić partyzantom opanowanie lub zablokowanie drogi, wyeliminować grupy podkładające przydrożne ładunki. Nasze oddziały są w Afganistanie w większej liczbie od 2006 r., Ghazni przejęliśmy jesienią 2008 r. W siedmiu zmianach przez Afganistan przewinęło się kilka tysięcy żołnierzy, straciliśmy osiemnastu z nich. Wojna wciąż trwa, przemoc narasta. Bomby-pułapki nadal wybuchają i są coraz bardziej śmiercionośne. Właśnie jedna z nich zabiła w ostatnią sobotę kaprala Miłosza Górkę, raniła ośmiu innych żołnierzy i zniszczyła pancernego rosomaka. Partyzanci podłożyli ją na poboczu drogi A1. Trudno o lepszy dowód, że nie potrafimy zapobiec atakom na głównej arterii komunikacyjnej Afganistanu, a co dopiero na odludziach. Nie jest to zresztą wina Polaków, Amerykanie także nie radzą sobie z rebelią.
Podstawą polskiej operacji jest decyzja NATO podjęta na szczycie w Rydze w 2006 r. o przejęciu przez Pakt odpowiedzialności za bezpieczeństwo w całym Afganistanie.
Klasa polityczna zgodnie dowodziła, że wypełniamy zobowiązania sojusznicze, choć wcale ich nie mieliśmy. Wojna w Afganistanie nie jest objęta klauzulą artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego, który obliguje wszystkich do obrony jednego, gdyby został zaatakowany. Po 11 września NATO zaoferowało wprawdzie Ameryce zastosowanie tej formuły, ale Waszyngton odmówił.
MON opracowało w 2009 roku zasady naszego odwrotu z Afganistanu. Plan zakłada trzy etapy. Pierwszy to zwiększenie swobody operacyjnej, czyli - przekładając terminologię wojskową na język potoczny - zdominowanie militarne przeciwnika. Drugi - stabilizacja Ghazni, trzeci - przekazanie Afgańczykom odpowiedzialności za prowincję. Miałyby one być zrealizowane odpowiednio w 2010, 2012 i 2013 roku. Do 1 stycznia 2014 r. zwarte polskie oddziały powinny opuścić Afganistan. Kandydujący w wyborach prezydenckich marszałek Komorowski chciałby jednak, by stało się to rok wcześniej. Według strategii MON - kompatybilnej z planami NATO - opuścimy prowincję, kiedy afgańska armia, policja i administracja będą zdolne do przejęcia naszych obowiązków. Tymczasem założenie, iż stanie się to w 2013 r., było wielce optymistyczne, zaś rok 2012 brzmi jak żart. Marszałek musi wiedzieć, iż proponuje odwrót bez spełnienia tego warunku. Wycofalibyśmy się po sześciu latach prowadzenia wojny, nie osiągając celu. Trudno by było wówczas nazwać interwencję afgańską Wojska Polskiego sukcesem.
Rozbudowa afgańskiej armii oraz policji jest też jednym z dwóch głównych celów strategii Obamy w Afganistanie. Amerykanie zwiększyli liczbę szkoleniowców, pompują więcej pieniędzy na wzmocnienie wartości bojowej oddziałów afgańskich niż w poprzednich latach. Tymczasem z raportu International Crisis Group wynika, że sytuacja jest opłakana. Amerykanie wydali już na armię afgańską 10 miliardów dolarów, jednak wciąż nie jest ona zdolna - i długo nie będzie - do przejęcia odpowiedzialności za kraj. Większość żołnierzy ma elementarne wyszkolenie, siły zbrojne są przeżarte korupcją i podzielone na rywalizujące frakcje skupione wokół kilku dowódców, wskaźnik dezercji przekracza 15 procent. Nie inaczej jest z 3. Brygadą 203. Korpusu stacjonującą w polskim Ghazni. Żołnierze ci biją się dobrze, ale brygada jest skompletowana tylko w 70 proc. i nie prowadzi samodzielnie dużych operacji bojowych. Założenie, że w 2012 r. przejmie samodzielnie prowincję, jest mrzonką. Po odwrocie polskich oddziałów będą je musieli zastąpić Amerykanie.
Czy w takiej sytuacji warto się wycofywać? Holendrzy i Kanadyjczycy nie mają wątpliwości, choć prowincje Kandahar i Uruzgan, w których operowali, są równie niebezpieczne jak w początkach misji NATO. Rozwiązaniem problemu nie jest bowiem ani przedłużanie interwencji, ani zwiększanie kontyngentów, tylko stworzenie warunków do włączenia talibów do głównego nurtu politycznego, wręcz kontrolowane dopuszczenie ich do władzy. Siły NATO nie są rozwiązaniem, ale jedną z przyczyn problemu, generują opór, którego by nie było, gdyby nie ich obecność.
Armia afgańska nie przejmie kontroli nad krajem, ale jej słabość zmusi rząd do negocjacji, gdy nie będzie mógł się już opierać na natowskich bagnetach. Skuteczniejsze od zachodnich żołnierzy staną się pieniądze, za które można przepłacić zbrojną opozycję, skorumpować rząd, a przy okazji zbudować kilka szkół i dróg. Nawet Stanom Zjednoczonych chodzi wszak tylko o to, by z terytorium Afganistanu nie wyszło więcej uderzenie w Amerykę ani żaden inny kraj zachodni. Kto to zapewni - wszystko jedno, mogą być nawet obecni rebelianci.
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.000.0024.001.jpg@RY2@
Damian Kramski/Agencja Gazeta
W tym tygodniu w Afganistanie zginął osiemnasty polski żołnierz
Andrzej Talaga
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu