Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Lobbyści przejmują Brukselę

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Instytucje unijne to raj dla 15 tys. specjalistów od przekonywania

Daniel Gueguen jest weteranem brukselskich lobbystów. Dla bojowników o przejrzystość systemu jest przeciwnikiem w walce. A dla korzystających z jego usług firm jest po prostu fachowcem, który ma dar przekonywania. Gueguen założył nawet coś na wzór akademii lobbingu - European Training Institute. I jak sam się przyznaje, jest autorem stwierdzenia, że Bruksela to raj dla absolwentów jego szkoły.

Ten raj przegonił Waszyngton i stał się światową stolicą lobbingu. Liczące zaledwie milion mieszkańców miasto, w którym swoje siedziby mają najważniejsze unijne instytucje, w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat zamieniło się w mekkę dla specjalistów od przekonywania eurokratów. Jak piszą autorzy wydanej właśnie książki "Bursting Brussels Bubble", w 1985 r. działało tu 654 lobbystów. Dziś jest ich co najmniej 15 tysięcy. W 2009 r. w Waszyngtonie zarejestrowanych było ich o tysiąc mniej.

Europejscy kreatorzy przepisów są jednak w znacznie lepszej sytuacji niż ich amerykańscy koledzy. Nie ma regulacji, które krępowałyby ich działanie. Autorzy "Bursting Brussels Bubble" przekonują, że nawet za najbardziej postępowymi inicjatywami Brukseli kryje się armia specjalistów od wywierania wpływu. Trudno się dziwić. Niemal 30 proc. przepisów obowiązujących w państwach "27" ma swój początek w Brukseli.

W rozmowie z "DGP" Gueguen podaje, że według jego szacunków w UE pracuje nawet 20 tys. lobbystów, których on nazywa "osobami pracującymi na rzecz spraw Unii Europejskiej". I przy tym określeniu woli pozostać.

W czerwcu 2008 r. Komisja Europejska w ramach inicjatywy na rzecz przejrzystości utworzyła rejestr grup interesu. Rzecz w tym, że jest on dobrowolny. Jak dotąd wpisało się do niego 2771 organizacji. - Rejestr zawiera tylko podstawowe informacje, a lobbysta nie musi dokładnie określać, na jaką dyrektywę czy projekt legislacyjny chce wpłynąć - komentuje w rozmowie z "DGP" badający temat William Dinan z Uniwersytetu w Glasgow. To nie wszystko. Jak powiedział w rozmowie z "DGP" Paul de Clerk, jeden z autorów "Bursting Brussels Bubble", grupy interesu mogą podać w rejestrze, że lobbując na rzecz swojego klienta, wydały w ciągu miesiąca sumę między tysiącem euro a... milionem. Przy takim zapisie ustalenie, ile naprawdę kosztowało lansowanie danego przepisu, jest niemal niemożliwe. Jak jest w USA? - Lobbyści mają obowiązek rejestracji w Kongresie. Muszą wypełnić odpowiednie formularze, wskazać swojego klienta, sprawę, na rzecz której pracują, i sumę, jaką dysponują - mówi "DGP" Brian Darling z Heritage Foundation, niegdyś partner jednej z waszyngtońskich firm lobbingowych. Biorąc pod uwagę wymagania, którym musi sprostać lobbysta działający w Brukseli, praca w Waszyngtonie to droga przez mękę.

Efekty działania lobbystów w UE bywają zabawne. Jak mówi w rozmowie z "DGP" przedstawiciel Komisji Europejskiej, zdarza się, że deputowani działający w unijnym parlamencie, którzy na co dzień nie mają pojęcia np. o polityce energetycznej Wspólnoty, po kontaktach z doradcami wypowiadają się jak fachowcy z wielkich koncernów energetycznych. - Pamiętam doskonale posiedzenie jednej z komisji parlamentarnych. Poseł, którego nikt nie kojarzył z tematem energetyki, wygłosił ekspercki wykład na temat roli Gazpromu w Europie. Trudno było ukryć zdziwienie - mówi w rozmowie z "DGP".

Takie sytuacje stają się coraz częstsze. Cała Komisja Europejska zatrudnia 25 tys. pracowników, z czego jedną trzecią stanowią sekretarze i tłumacze. Żeby wypełnić luki w niedoborze ekspertów, korzysta się z pomocy ponad tysiąca tzw. grup eksperckich. Ich głównym zadaniem jest dostarczenie niezależnych ekspertyz i wskazówek. Oficjalnie członkowie powoływanych przez Komisję grup eksperckich działają nieodpłatnie. Autorzy "Bursting Brussels Bubble" przekonują, że tak naprawdę płaci im wielki biznes.

- Jeśli popatrzy się na skład grup eksperckich ds. finansów czy bankowości, to łatwo wskazać doradców związanych z np. z Barclays czy Paribas - mówi w rozmowie z "DGP" Paul de Clerk.

Dodaje, że w ostatnich latach jedną z bardziej spektakularnych akcji lobbystów było "infiltrowanie" grupy eksperckiej ds. biopaliw. Próbując zmniejszyć zależność UE od paliw importowanych, a także przeciwdziałając globalnemu ociepleniu, w 2003 r. Komisja przyjęła dyrektywę o promocji biopaliw. Półtora roku temu zdecydowano o zwiększeniu ich wykorzystania w transporcie do 10 proc. w 2020 r. Przepisy lansowali eksperci związani z producentami biopaliw.

To jednak nic w porównaniu z tym, co działo się przy pracach nad dyrektywą REACH. Rok 2007 był kluczowy dla unijnych przepisów dotyczących przemysłu chemicznego. Batalia zaczęła się jednak prawie dziesięć lat wcześniej. W 1998 roku Komitet Ministrów UE postanowił uregulować kwestię około 100 tys. związków chemicznych stosowanych w Europie przez przemysł chemiczny. Według obowiązującego wówczas prawa firmy mogły produkować, importować i sprzedawać chemikalia bez dostarczania jakichkolwiek danych odnośnie do skutków ich stosowania. To na instytucjach rządowych spoczywał ciężar badania różnych środków chemicznych i ewentualnego zakazu ich stosowania, gdy na jaw wychodziła ich szkodliwość.

W 2001 r. Komisja Europejska zaproponowała, by chemię wziąć pod kontrolę. To producenci i importerzy mieli dostarczać informacji na temat właściwości stosowanych przez nich substancji. I w razie konieczności zastępować niebezpieczne chemikalia mniej szkodliwymi odpowiednikami. Tworzenie projektu REACH (Rejestracja, Ewaluacja i Autoryzacja Związków Chemicznych) stało się areną najsilniejszej ofensywy lobbingowej w historii UE. Początkiem brukselskiego lobbingu w takim kształcie, w jakim działa również dziś.

Lobbyści przekonywali, że propozycje Komisji zabiją przemysł chemiczny w Europie i doprowadzą do wzrostu bezrobocia. Zdaniem, zajmującego się badaniem zjawiska lobbingu Jorgo Rissa kłamali. Riss podaje przykład firmy Arthur D. Little, która opracowała na zlecenie Niemieckiego Stowarzyszenia Przemysłu studium o kosztach społecznych dyrektywy. Jej efektem miało być

2-milionowe bezrobocie w Niemczech. Media podchwyciły temat. Przez pewien czas nie schodził z czołówek gazet. Rok po opublikowaniu studium niemiecka rada nadzorcza ds. środowiska wykazała, że analiza zawierała błędy metodologiczne.

Głównymi siłami w walce z projektem Komisji były firmy Bayer i BASF. Niemieckie giganty przemysłu chemicznego opłacały polityków. A ci recytowali stanowisko koncernów w sprawie dyrektywy. W 2003 r. Niemieckie Stowarzyszenie Chemiczne przekazało na rzecz partii politycznych granty. CDU - CSU otrzymały łącznie 150 tys. euro, FDP 50 tys., a SPD 40 tys. euro.

Swój udział w operacji przeciw REACH mieli też unijni urzędnicy. Uchodzący za aktywnego przeciwnika dyrektywy w pierwotnym kształcie Jean-Paul Mingasson przez ponad 20 lat pracował w Komisji Europejskiej. W latach 2002 - 2004 był dyrektorem generalnym departamentu przedsiębiorczości i przemysłu. W czasie prac nad dyrektywą zmienił jednak zdanie. Został doradcą w Europejskiej Radzie Przemysłu Chemicznego (CEFIC). Innym przykładem jest Uta Jensen-Korte, która zanim zaczęła pracę w departamencie przedsiębiorczości i przemysłu KE, w jednostce zajmującej się REACH, przez długie lata pracowała w Bayerze i jako lobbystka działała na rzecz Europejskiej Rady Przemysłu Chemicznego (CEFIC).

- BASF miał po prostu swojego człowieka w Komisji, który brał udział w pracach legislacyjnych nad dyrektywą - mówi w rozmowie z "DGP" Riss.

Efekt operacji lobbingowej jest następujący: zgodnie z przeforsowanym prawem przemysł chemiczny jest zobowiązany dostarczać podstawowe informacje o wszystkich produktach chemicznych wprowadzanych na rynek w ilościach większych niż tona rocznie. Zamiast objęcia regulacją 100 tys. związków chemicznych, tak jak planowano pierwotnie, przepisy REACH odnoszą się jedynie do 30 tys. wykorzystywanych na rynku chemikaliów.

Zdaniem rozmówców "DGP" lobbing na trwałe wpisał się w krajobraz Brukseli. I trudno liczyć na to, że z dnia na dzień ktoś zaproponuje rozwiązania, które go uregulują. Tak będzie do momentu, gdy przy okazji forsowania unijnych przepisów nie wypłyną działania, które ewidentnie łamią prawo. Tylko wielka afera z udziałem lobbystów może doprowadzić do uregulowania działalności osób "pracujących na rzecz spraw Unii Europejskiej".

@RY1@i02/2010/112/i02.2010.112.000.0017.001.jpg@RY2@

Fot. Materiały prasowe

W trakcie prac nad prawem dot. szkodliwości związków chemicznych lobbyści firm Bayer i BASF twierdzili, że to zabije przemysł chemiczny

Marta Kucharska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.