Niemcy bez prezydenta. Przez Afganistan
Niemcy zostały bez prezydenta - Horst Koehler niespodziewanie ustąpił wczoraj ze stanowiska. Powodem była zmasowana krytyka, jaka spadła na niego po wypowiedzi na temat udziału Bundeswehry w zagranicznych operacjach.
67-letni Koehler w wywiadzie udzielonym 22 maja publicznemu Deutschlandradio oświadczył, że wysyłane za granicę oddziały Bundeswehry powinny dbać również o ochronę niemieckiej gospodarki. - W nadzwyczajnych wypadkach interwencja wojskowa jest konieczna dla wzmocnienia naszych interesów ekonomicznych, np. poprzez zabezpieczenie szlaków handlowych czy zapobieżenie regionalnym niestabilnościom, które mogą mieć ogromny negatywny wpływ na nasz handel, wzrost bezrobocia czy spadek dochodów - powiedział.
Te słowa wystarczyły, by w kraju rozpętała się polityczna burza. Powszechnie odczytano je jako tłumaczenie niemieckiej obecności w Afganistanie. Spora część polityków oraz obywateli RFN wciąż nie może się pogodzić z wysłaniem 4,5 tys. żołnierzy pod Hindukusz. Po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej niemieckie oddziały zostały rzucone do walki, i to na dodatek poza granicami kraju. Jak dotychczas w bojach z talibami zginęło 47 Niemców.
Rzecznik Koehlera tłumaczył później, że prezydent mówił m.in. o walce z piratami na wodach Zatoki Adeńskiej, a nie miał "na myśli działań w Afganistanie". Jednak krytyka nie ustępowała. - Pomówienie, jakobym opowiadał się za sprzecznym z konstytucją użyciem Bundeswehry do zabezpieczania niemieckich interesów gospodarczych, nie ma jakichkolwiek podstaw. Świadczy to o braku niezbędnego respektu wobec najwyższego urzędu w państwie - powiedział Koehler, gdy ogłaszał wczoraj ustąpienie na specjalnej konferencji w Berlinie.
Dymisja prezydenta, pierwsza w powojennej historii Niemiec, komplikuje sytuację, w jakiej znalazł się rząd Angeli Merkel. Wywodzący się z CDU Koehler rok temu został głosami chadecko-liberlanej koalicji wybrany na drugą kadencję. Zaledwie przed kilkunastoma dniami podpisał ustawę, na mocy której Niemcy dołożyły się do wartego 750 mld euro funduszu pomocy dla przeżywających kłopoty krajów strefy euro. A nie było to rozwiązanie powszechnie popierane przez niemieckich polityków i społeczeństwo, które ma dość płacenia za błędy i życie ponad stan Greków, Hiszpanów czy Portugalczyków. Spodziewano się nawet, że z powodu sprzeciwu Berlina plan ratowania wspólnej europejskiej waluty może runąć.
Merkel już zresztą płaci za zgodę na pomoc Eurolandowi - z tego powodu przegrała niedawne wybory w Nadrenii Północnej-Westfalii. Na dodatek poparcie dla niej w sondażach cały czas maleje. Teraz można się spodziewać kolejnego tąpnięcia i jeszcze bardziej zdecydowanych żądań wycofania niemieckich żołnierzy z Afganistanu.
Odmienne spojrzenie na dymisję prezydenta rzuca Hugo Mueller-Vogg, współautor wydanej w 2005 r. biografii Koehlera. - To wyjątkowo delikatny polityk. Gdy obejmował stanowisko, naprawdę wierzył w to, że będzie mógł w kraju coś zmienić. Ale później przekonał się, że jego funkcja jest czysto ceremonialna - mówi.
Ostatnio Koehler, uznany ekonomista i były szef MFW, chciał się wyrwać z konstytucyjnych okowów. Choć w niemieckim systemie politycznym prezydent pełni głównie funkcje reprezentacyjne, wyrażał zaniepokojenie rozmiarami kryzysu finansów publicznych kraju. Jego głos został jednak zignorowany.
Do czasu wyboru nowego prezydenta - co musi nastąpić przed 30 czerwca - obowiązki głowy państwa będzie pełnił przewodniczący wyższej izby parlamentu, Bundesratu, Jens Boehrnsen z SPD.
Piotr Czarnowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu