Amerykańskie wojsko przygotowuje się do bitwy z talibami o Kandahar
Ruszyły przygotowania do jednej z najważniejszych batalii wojny w Afganistanie.
Jak ujawniły amerykańskie media, komandosi US Army od kilku tygodni przeczesują w poszukiwaniu dowódców talibów ich największy bastion na południu kraju: Kandahar. To przygrywka przed zaplanowaną na czerwiec próbą podporządkowania tego miasta władzy rządu w Kabulu.
Amerykańscy wojskowi - choć nie chcą się wdawać w szczegóły prowadzonych obecnie działań - nie ukrywają, że ofensywa jest już przesądzona. Ruszy w czerwcu, tak by do pierwszych dni sierpnia - kiedy to rozpoczyna się ramadan, muzułmański miesiąc postu - sytuacja w przeszło milionowej metropolii została opanowana.
Tymczasem w dzielnicach okalających centrum miasta komandosi już polują na czołowych talibów. - Spora grupa komendantów przebywających w Kandaharze i jego okolicach została już schwytana lub zabita - twierdzi wysoki rangą amerykański wojskowy cytowany przez dziennik "The New York Times". Według innych źródeł w ostatnich tygodniach wyeliminowanych zostało około siedemdziesięciu wysokich rangą bojowników.
Nic więc dziwnego, że talibowie nie pozostają bezczynni. W ostatnich tygodniach przez Kandahar przetacza się fala przemocy, której celem są prorządowi lokalni politycy, umiarkowani liderzy religijni i cudzoziemcy. Jej ofiarą padł w nocy z niedzieli na poniedziałek Azizullah Jarmal, zastępca burmistrza. W poniedziałek szefowie misji ONZ zakazali dwustu swoim pracownikom w mieście wychodzić z domu. Każdy z nich może być następnym celem.
Amerykanie nie pozostawiają wątpliwości, że zanim przystąpią do ofensywy, chcą uzyskać psychologiczną przewagę. Tym można tłumaczyć ich otwartość: zapowiedź zmasowanej operacji w Kandaharze ma wystraszyć przynajmniej niektórych talibskich dowódców. Wiadomo już, że obecne siły NATO w mieście, sięgające 7800 żołnierzy, zostaną w ciągu najbliższych tygodni zwiększone do 11 200. Wspierać je będzie kilkunastotysięczny kontyngent armii afgańskiej.
Część ekspertów uważa, że planowane przez gen. Stanleya McChrystala działania będą przypominać operację gruntownego czyszczenia Bagdadu w 2007 roku. Inni jednak porównują amerykańskie plany z przeprowadzonym w lutym atakiem na miejscowość Mardża w prowincji Helmand. Problem w tym, że prawie trzy miesiące po wyrzuceniu talibów z Mardży odtrąbiony przez Amerykanów sukces trzeba byłoby uznać za co najmniej połowiczny. Strategia, którą chciano realizować w zdobytym bastionie talibów, opierała się na błyskawicznym przywróceniu porządku w mieście, zapewnieniu mieszkańcom dostępu do usług komunalnych i zaprowadzeniu rządów prawa.
Nieoficjalnie zarówno afgańscy, jak i amerykańscy przedstawiciele w prowincji Helmand przyznają, że nie udało się zrealizować tych celów. Jednocześnie niechęć lokalnej ludności - zarówno do nowej afgańskiej administracji, jak i cudzoziemskich żołnierzy - nieustannie rośnie.
- Podobnie może się stać w Kandaharze - przestrzega w rozmowie z "DGP" Daniel Korski, były brytyjski doradca rządu w Kabulu. - Amerykanie znacznie przeceniają możliwość przywrócenia skutecznych rządów w mieście po ewentualnym wyparciu z niego talibów - dodaje. Jego zdaniem nie jest to jednak powód, by zaniechać opanowania sytuacji w Kandaharze. - To drugie największe miasto w kraju, duchowa stolica talibów, klucz do opanowania sytuacji pod Hindukuszem i zakończenia tej wojny - podkreśla Korski. Bo kto włada Kandaharem, ma w Afganistanie ostatnie słowo.
@RY1@i02/2010/082/i02.2010.082.000.013a.001.jpg@RY2@
Fot. Fotolink
Patrol amerykańskich spadochroniarzy pod Kandaharem
Mariusz Janik
mariusz.janik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu