Czas odzyskać Niemcy
Europa staje na głowie. Jeżeli Niemcy skutecznie wyprą się swojej roli lidera integracji europejskiej, to będziemy uczestnikami najbardziej zasadniczej zmiany politycznej w Europie od upadku komunizmu w 1989 roku. Nic nie będzie już takie, jak było. Ani Niemcy, ani Unia Europejska.
Niemcy zawsze znajdowały się w centrum wydarzeń, często taktownie nie eksponując wpływu na kierunek, w jakim rozwijała się UE, ale zawsze przemożny wpływ wywierając. Dziś Niemcy mają dość unijnego porządku, który ich zdaniem sprowadza się jedynie do zbiorowej jazdy na gapę finansowych wolnych jeźdźców za berlińską gotówkę.
Dawniej Europa była dobrem samym w sobie. Także dla Niemców. Dziś "nie-takie-same" już Niemcy zaczynają się przed nią bronić. Jak przypomina Ulrike Guerot z berlińskiego biura ECFR, integracja europejska miała być i była remedium na niemiecki nacjonalizm. Albo inaczej: jedynym "nacjonalizmem" dozwolonym w Niemczech było bycie Europejczykiem. Zjednoczenie Niemiec i integracja europejska stanowiły dwie strony tej samej monety. Niemcy nie istniały poza projektem europejskim. Znany socjolog Ulrich Beck mówił wręcz o fuzji interesu narodowego Niemiec oraz Europy, a Helmut Kohl dowodził, że to euro ostatecznie rozstrzygnie o nieodwracalności projektu europejskiego. Dziś nie jest to już tak pewne. Na burzę zbierało się od jakiegoś czasu. Niemcy nie są już tym, czym były w czasach słynnego sporu niemieckich historyków z lat osiemdziesiątych czy podczas szesnastu kanclerskich lat Helmuta Kohla, które po nim nastąpiły. Od pewnego czasu zaczęły przypominać raczej Wielką Brytanię, deklarując otwarcie swoje interesy i strzegąc ich w bardziej ostentacyjny sposób. Pierwszą salwę dał Gerhard Schroeder, który w swoim inauguracyjnym wystąpieniu w roli kanclerza Niemiec opowiedział się za polityką zagraniczną bez historycznych obciążeń. W grudniu 2008 roku kanclerz Merkel mówiła przed unijnym szczytem, że "żadna europejska decyzja nie zostanie podjęta przeciwko Niemcom". Oczywisty wydźwięk tych wypowiedzi zapowiadał dzisiejszy kryzys projektu europejskiego.
Powodów tego stanu rzeczy jest w Niemczech przynajmniej kilka. Niebagatelnym jest trwająca do dzisiaj erozja głównych sił politycznych i ich elektoratów, które tradycyjnie funkcjonowały w charakterze najsilniejszego wehikułu procesu integracji. Być może najwięcej spustoszenia zrobiła jednak utrata przekonania, że Niemcy ekonomicznie korzystają z procesu integracji, mimo iż ewidentnie w dalszym ciągu tak się dzieje. Na dodatek rozszerzenie skomplikowało europejską grę, a zmiana pokoleniowa doprowadziła do wykruszenia się elektoratu "coraz bliższej Europy".
Dzisiaj przez Niemcy przelewa się fala populizmu, którego ostrze skierowane jest przeciwko Europie, a zwłaszcza Grecji, z niewybrednymi bardzo często komentarzami. Nic dziwnego, że gdy Georgios Papandreu, grecki premier, podróżuje po Europie ,próbując poprawić notowania kraju u partnerów, napotyka wszędzie na głęboką empatię... W czasach gdy Jan Maria Rokita miał być premierem z Krakowa, Polska niemądrze umierać miała za Niceę, oponując przeciwko francusko-niemieckiej dominacji w UE. Dzisiaj wahadło wychyliło się w stronę przeciwną tak bardzo, że wielu w Europie chciałoby, aby Francuzi i Niemcy choć trochę ich zdominowali. Hiszpański analityk José Ignacio Torreblanca uważa, że Europa tylko czeka na to, aby Niemcy powiedzieli jej, co należy zrobić w obszarze zarządzania gospodarczego. Berlin mógłby stosunkowo łatwo przeprowadzić w UE nowe rozdanie. Musiałby tylko chcieć i wziąć za UE po raz kolejny odpowiedzialność.
Reakcja Niemiec jest nerwowa, bo są one pod ogromną presją w związku z nierównowagą na rachunkach bieżących państw członkowskich, która przez wielu ekonomistów uważana jest za główne źródło problemów strefy euro. Niemcy tak skutecznie ograniczały koszty pracy w poprzedniej dekadzie, zwiększając tym samym swoją konkurencyjność, że zostawiły niewiele przestrzeni do wzrostu innym, a zwłaszcza mniej zasobnym krajom Południa. Tnąc koszty, a jednocześnie żyjąc z eksportu, a nie konsumpcji, Niemcy sprawili, że reszta Europy znalazła się w podwójnym klinczu.
Berlin mówi co prawda, że zachował się zgodnie z regułami gry w strefie euro oraz zasadami Paktu Stabilności i Wzrostu, czyli konstytucji gospodarczej wspólnej waluty. Inni też mieli szansę, ich wina, że z niej nie skorzystali - dodaje w kuluarach. Rzeczywiście nikt, w tym Francuzi, nie był w stanie równie skutecznie regulować kosztów pracy, jak robią to Niemcy. Dzisiaj problem ma charakter polityczny, a Berlin toczy niemal samotną walkę.
Z punktu widzenia taktyki Niemcy stwierdziły ewidentnie, że najlepiej jest bronić się przez atak. Nie dają nikomu złudzeń, że łatwo oddadzą bastiony swojej ekonomicznej ortodoksji i zaczną wydawać pieniądze. Konsens w niemieckiej polityce w sprawie fiskalnego rygoru jest tak daleko posunięty, że w ubiegłym roku wprowadzono poprawkę do konstytucji wymagającą zbilansowania budżetu do roku 2016.
Wiele z tego, co kanclerz Merkel mówi ostatnio o Grecji, dopuszczając interwencję MFW, to zarówno zadośćuczynienie dla niemieckiej opinii publicznej, niechętnej ratowaniu kogokolwiek za niemiecką gotówkę, jak i próba kształtowania nieuniknionej debaty o pokryzysowym modelu makroekonomicznym dla Europy. W najgorszym wypadku może być tak, że Niemcy uznają, że nie są w stanie wygrać sporu ekonomicznego w tej debacie i asertywnie wybiorą po raz kolejny indywidualne tango jako jedyną opcję obrony własnego stanu posiadania.
Mimo dzisiejszych turbulencji UE musi zebrać się w sobie, aby utrzymać sterowność na scenie globalnej. Jak na ironię, jednym z najważniejszych dziś w Europie pytań jest to, w jaki sposób od nowa pozyskać Niemcy dla projektu integracyjnego.
W sprawach zarządzania makroekonomicznego kompromis będzie nieodzowny. Pewne jego elementy są już znane.
Nie ulega wątpliwości, że równie istotnym parametrem finansowej stabilności co deficyt budżetowy będzie równowaga na rachunkach bieżących państw członkowskich. W sprawie rygoru fiskalnego punkt ciężkości znajdzie się zapewne bliżej niemieckiej wersji finansowych oszczędności, ale z symbolicznymi przynajmniej gestami Berlina zwiększającymi popyt wewnętrzny.
Nieuchronny będzie także nowy polityczny kontrakt, w ramach którego Niemcy odzyskają utracone poczucie, że projekt integracji europejskiej jest w ich interesie.
Bardzo możliwe, że negocjacje nad unijnym budżetem, na którym tak bardzo nam zależy, przypadną dokładnie w samym środku prac nad skonstruowaniem takiego kontraktu. Na wszelki wypadek lepiej pomyśleć o tym z wyprzedzeniem.
@RY1@i02/2010/062/i02.2010.062.000.013a.001.jpg@RY2@
Fot. Materiały prasowe
Paweł Świeboda
Paweł Świeboda
dyrektor Instytutu Demos Europa
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu