Izrael wojuje z Ameryką
Specjalny wysłannik prezydenta Baracka Obamy na Bliski Wschód odwołał wczoraj swoją wizytę w Jerozolimie. To wynik dyplomatycznego afrontu, jakim było ogłoszenie przez izraelski rząd programu budowy nowych osiedli w Jerozolimie podczas wizyty wiceprezydenta USA. W efekcie konflikt może spowodować zerwanie jednego z najtrwalszych sojuszy ostatniego półwiecza.
- Stosunki Izraela z USA znalazły się w najpoważniejszym kryzysie od 35 lat - oznajmił ambasador Izraela w Waszyngtonie Michael Oren na spotkaniu z podległymi sobie konsulami. To wynik serii dyplomatycznych afrontów, jakich nie szczędzili sobie ostatnio politycy z Jerozolimy i Waszyngtonu. Wygląda na to, że premier Beniamin Netanjahu wkrótce będzie musiał wybrać między rozbudową żydowskich osiedli we wschodniej Jerozolimie, a wsparciem USA.
Spór zaczął się w zeszłym tygodniu, gdy do Izraela przyjechał wiceprezydent USA Joe Biden. Jednocześnie rząd ogłosił program wybudowania 1600 nowych domów dla żydowskich osadników w zdominowanej przez Arabów wschodniej części Jerozolimy. Posunięcie to oburzyło nie tylko Palestyńczyków, ale też Biały Dom, który przez ostatni rok usilnie starał się zablokować budowę nowych osiedli na terytoriach palestyńskich i wznowić negocjacje pokojowe.
Sekretarz stanu USA Hillary Clinton otwarcie nazwała oświadczenie Netanjahu obrazą wiceprezydenta, a ambasador Izraela w USA Michael Oren został wezwany do Departamentu Stanu i otrzymał wyjątkowo ostrą reprymendę.
Netanjahu przed Knessetem jasno określił, że poza ubolewaniem z powodu spięcia rząd nie ma zamiaru odstąpić od swoich planów. Eksperci nie mają wątpliwości: mając do wyboru nastąpienie na odcisk prawicowo-religijnym radykałom z koalicji rządowej lub spór z USA, premier wybrał to drugie.
Bibi wiele jednak ryzykuje. Izraelczycy byli dotąd jedynym niekwestionowanym sojusznikiem USA na Bliskim Wschodzie i poprzez swoje lobby wpływowym graczem w Waszyngtonie. W zamian byli największym odbiorcą amerykańskiej pomocy - gospodarczej, a w ostatnich latach wojskowej. Podpisane w 2007 r. 10-letnie porozumienie o współpracy wojskowej zagwarantowało Jerozolimie wsparcie rzędu średnio 3 mld dol. rocznie: w 2008 r. Amerykanie przekazali Izraelowi pomoc rzędu 2,55 mld dol. i suma ta ma co roku rosnąć o kolejne 150 mln. Co więcej, w przeciwieństwie do innych 25 proc. tych pieniędzy Izrael może wydać na własne projekty militarne.
Jerozolima może też liczyć na 3 mld dol. dostępne w postaci gwarancji pożyczkowych. To znaczący środek nacisku, który administracja Baracka Obamy zawsze ma w zanadrzu. Na początku lat 90. tej finansowej broni użył przeciwko Izraelowi prezydent George Bush i jego sekretarz stanu James Baker - odmawiając gwarancji pożyczkowych rzędu 800 mln dol., próbowali zmusić prawicowy rząd Icchaka Szamira i jego partii Likud do podjęcia rozmów z Palestyńczykami. Gabinet Szamira w końcu upadł, a lewica podjęła przerwane negocjacje.
Teoretycznie Biały Dom może spróbować tej samej sztuki, tym bardziej że wiarygodność finansowa Izraela opiera się na amerykańskich gwarancjach, a USA są odbiorcą około 40 proc. izraelskiego eksportu. - Tutaj pierwsze skrzypce gra Kongres - mówi nam Eugene Rogan, dyrektor studiów bliskowschodnich na uniwersytecie w Oksfordzie. - Amerykańscy przyjaciele Izraela w obu izbach nie dopuszczą do tego, by Obama dobrał się do tych pieniędzy - podkreśla.
Jego zdaniem USA będą raczej wycofywać się z poparcia dla Izraela w ONZ i innych organizacjach międzynarodowych. To byłby równie poważny cios, zwłaszcza teraz, gdy po wojnie w Strefie Gazy oraz zamachu w Dubaju atmosfera wokół Izraela gęstnieje z dnia na dzień.
mariusz.janik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu