Zachód przeznaczy pół miliarda dolarów na przekupienie talibów
W Londynie szefowie dyplomacji krajów zachodnich uznali, że wojna w Afganistanie znalazła się w krytycznym punkcie
Pół miliarda dolarów chcą przeznaczyć państwa zachodnie na przekupienie talibów. Na wczorajszej konferencji w Londynie Zachód dał Hamidowi Karzajowi zielone światło dla jego planu osłabienia rebelii i zmuszenia bojowników do negocjacji pokojowych.
Eksperci oceniają, że nawet 12,5 tys. talibów może porzucić walkę i wrócić do swoich wiosek, jeżeli zostaną dobrze opłaceni. Do złożenia broni mogą ich przekonać nie tylko pieniądze, ale również nadania ziemi oraz presja lokalnych starszyzn plemiennych, które dzięki udziałowi w programie mogłyby liczyć na specjalne fundusze rozwojowe dla całych wiosek.
To najważniejszy z pomysłów, jakie pojawiły się na wczorajszym spotkaniu w Londynie. Zachodni przywódcy twierdzą, że najwyższy czas, by po ponad 8 latach wojny odwrócić bieg spraw w Afganistanie - jak ujął to brytyjski premier Gordon Brown. W 2009 r. ofiarą walk z talibami padło m.in. 520 zachodnich żołnierzy. To aż 76 proc. więcej niż rok wcześniej. Armia talibów liczy dziś 25 tys. ludzi i jak się szacuje, w połowie są to tzw. talibowie za dziesięć dolarów: bojownicy, którzy walczą za niewielki żołd, głównie dlatego że nie mają innej możliwości zdobycia pieniędzy. Oni nie uczestniczą w rebelii ze względów ideologicznych czy religijnych.
Fundusz na przekupienie bojowników będzie miał prawdopodobnie formę pięcioletniego programu z budżetem 100 mln dol. rocznie. Szczegóły nie są na razie znane, choć już teraz wiadomo, że większość pieniędzy wyłożą Niemcy. - Przeznaczymy na te działania 70 mln dol. - zadeklarowała przed konferencją kanclerz Angela Merkel.
Zachód może teraz wykorzystać doświadczenia wyniesione z Iraku. Tam, w sunnickiej prowincji Anbar, w oparciu o struktury plemienne stworzono milicje składające się z byłych rebeliantów, którzy za 300 dol. miesięcznie zgodzili się pilnować spokoju i zwalczać Al-Kaidę we własnej okolicy. Dwa lata temu liczebność milicji nazywanej Synami Iraku przekroczyła w sumie 100 tys. ludzi, co oznacza wydatek rzędu 300 tys. dol. miesięcznie i około 4 mln dol. rocznie.
- W Afganistanie sytuacja jest jednak odmienna: wyniszczone kilkoma dekadami wojen struktury plemienne są znacznie słabsze, a rządowa administracja do cna skorumpowana - mówi nam Christopher Cushing, ekspert ds. bezpieczeństwa z Uniwersytetu Bradford. - To powoduje, że pieniądze na całą operację muszą być znacznie większe. Pół miliarda raczej nie wystarczy - dodaje. Na dodatek Zachód musi znaleźć sposób, by potężny fundusz nie rozpłynął się w kieszeniach lokalnych urzędników.
Pierwszy krok uczynili amerykańscy dowódcy. Jak ogłoszono wczoraj, starszyzna 400-tysięcznego plemienia Szinwari z okolic Dżalalabadu zgodziła się wesprzeć rząd, zwalczać rebeliantów i palić domy tych, którzy udzielają talibom schronienia. Każda rodzina ma dodatkowo oddelegować do służby w specjalnie tworzonej milicji plemiennej jednego mężczyznę w wieku poborowym. Z kolei w ramach porozumienia starszyzna Szinwari otrzyma od Amerykanów milion dolarów z przeznaczeniem na projekty rozwojowe. Co nie bez znaczenia - pieniądze zostaną wypłacone starszyźnie bezpośrednio, z pominięciem rządu w Kabulu i jego lokalnych przedstawicieli. Do nich zaufania nie ma żadna ze stron porozumienia.
@RY1@i02/2010/020/i02.2010.020.000.009a.001.jpg@RY2@
Prezydent Afganistanu Hamid Karzaj w Londynie, 28 stycznia br.
Fot. AFP
Mariusz Janik
mariusz.janik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu