Ukraina obniża loty
Istotą politycznej wielkości Wiktora Juszczenki jest to, że jako przywódca Ukrainy rzucił wyzwanie losowi swojego kraju.
Dlatego jego przegrana i odejście nie jest zwyczajną demokratyczną przegraną i odejściem. Oznacza raczej zamknięcie okresu, w którym nasz wschodni sąsiad dramatycznie i pewnie ponad własne siły próbował wyrwać się z obręczy swojego przeznaczenia. Porażka Juszczenki ma w sobie coś z niegdysiejszej klęski Semena Petlury, albowiem - choć podjęte w kompletnie różnych czasach i okolicznościach - obie te próby miały taki sam sens. W oparciu o Europę, a przede wszystkim Polskę, trwale wyprowadzić kraj z zaklętego kręgu rozdarcia między Imperium Rosyjskim i Zachodem, które na dłuższą metę nieuchronnie prowadziło do rozbioru ziem ukraińskich i upadku państwowości.
Dobrze pamiętam długą rozmowę z Juszczenką u końca 2001 roku. Usunięty dopiero co ze stanowiska premiera spodziewał się wkrótce wygrać wybory na czele cudem stworzonej koalicji niezliczonej ilości skłóconych partyjek. Nikt nie spodziewał się wtedy pomarańczowej rewolucji, która nadejść miała dopiero za trzy lata, w rezultacie skrajnych niegodziwości reżimu Kuczmy. Juszczenko opowiadał, jak po wygranych wyborach spróbuje zdobyć akceptację wschodnich klanów oligarchicznych i samego Kuczmy, aby móc odzyskać utraconą władzę. Bo - tłumaczył mi - mam tylko jeden cel: dać Ukrainie rząd zdeterminowanych "zapadników", gdyż tylko taka władza może wyrwać kraj z marazmu. Od tamtego czasu minęła niemal dekada, a historia Ukrainy zatoczyła na nowo dawne koło. Ale Juszczenko nie zmienił zasad. W ostatnim prezydenckim wystąpieniu we Lwowie mówił, iż: "nie jesteśmy chochłami ani małorusami i zawsze mamy przed sobą drogę europejską", a "koalicji Tymoszenko i Janukowycza" zarzucał "powrót do bagnistej przeszłości".
Dlaczego przegrał? Przede wszystkim, bo nie potrafił realnie zapanować nad krajem. Jego przekleństwem stał się pomarańczowy sojusz z Julią Tymoszenko, zawarty jeszcze na zrewoltowanym Kreszczatyku. Tymoszenko ani na chwilę nie zaakceptowała jego przywództwa, a na dodatek okazała się politykiem "nowego typu", dla którego marketing i osobista popularność idą daleko przed jakimikolwiek celami państwowymi. Przez pięć lat była złym cieniem Juszczenki, oddając się w zasadzie tylko jednej sprawie: upadkowi prezydenta. Juszczenko ani nie umiał się jej definitywnie pozbyć (bo brakowało mu wtedy większości), ani nie miał najmniejszej nawet szansy na współpracę. Polityka ukraińska stawała się coraz bardziej chaotyczna, aż w 2008 r. spadł na kompletnie nieodporną i niezreformowaną gospodarkę światowy kryzys. Prezydent formalnie panujący, ale pozbawiony przez rząd realnych instrumentów władzy robił coraz bardziej wrażenie bezsilnego i zdezorientowanego dziecka we mgle.
Ale kwadraturę koła przypominał także główny geopolityczny plan Juszczenki. W 2005 roku, w którym obejmował władzę, minął już czas, w którym UE otwierała się na Wschód. Zamykająca się i pogrążona w sześcioletnim kryzysie traktatowym Unia oraz NATO zaabsorbowane azjatycką "wojną z terroryzmem" - to nie byli żadni partnerzy dla wielkich planów Juszczenki. W krytycznej chwili, gdy zainwestował na Ukrainie cały swój autorytet w sukces zachodniej integracji, Zachód grzecznie, acz stanowczo powiedział mu: nie! Chyba zresztą nie mógł uczynić inaczej, gdyż jak dyplomatycznie wyraził to w Kijowie Barroso: "Często odnosimy wrażenie, że w sprawie reform za słowami nie idą czyny". W jakiejś mierze wyjątkiem okazała się Polska, choć i u nas rządzący i z natury minimalistyczny obóz Tuska już dawno również zwątpili w wartość wielkich wizji Wiktora Juszczenki.
Inaczej niż sto lat temu z Petlurą - odejście Juszczenki nie kończy gry o przyszłość Ukrainy. Jedno jest dzisiaj tylko pewne: jego cele zostały postawione zbyt ambitnie i w zupełnej dysproporcji do posiadanych środków. Przez najbliższe lata Ukraina będzie bić się o niższe stawki, a jej długofalowa przyszłość pozostanie na razie wielkim znakiem zapytania wyrysowanym w prawym dolnym rogu politycznej mapy Europy.
@RY1@i02/2010/014/i02.2010.014.000.014b.001.jpg@RY2@
Jan Rokita
Fot. Piotr Gęsicki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu