Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Ameryka żegna się z Kabulem

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Prezydent Obama ogłosił kalendarz odwrotu z Afganistanu. Nie zakończy to wojny, ale z czasem przestanie być ona naszym problemem

Wracają. 10 tys. w tym roku w dwóch rotacjach, 20 tys. w przyszłym, reszta armii do końca 2014. Prezydent Obama ujawnił plan redukcji sił w Afganistanie. Są szybsze i liczbowo większe, niż sugerowali wojskowi, w tym szef połączonych sztabów admirał Mike Mullen i dowódca afgańskich wojsk USA i NATO, legendarny gen. David Petraeus. Generałowie wiedzą, iż sporo zostało jeszcze tam do zrobienia, a do zwycięstwa wciąż bardzo daleko, jednak politycy już nie chcą wygrać wojny, wystarczy im, że nie pozostawią Afganistanu w całkowitym chaosie i zablokują antyzachodnim radykałom powrót do władzy w Kabulu.

Przypomnijmy pierwotne cele ataku na Afganistan: rozbicie Al-Kaidy, wyeliminowanie wspierających ją talibów, budowa demokratycznego i sprawnego państwa afgańskiego. Pod takimi hasłami jesienią 2001 roku Amerykanie ruszyli do walki. Pięć lat później, kiedy odpowiedzialność za operację przejął pakt NATO, jego ówczesny sekretarz generalny Jaap de Hoop Scheffer wciąż mówił z entuzjazmem o budowie państwa afgańskiego, choć już było wiadomo, że sprawy idą w złym kierunku. Dziś te szczytne założenia budzą tylko uśmiech. W kwaterze głównej ISAF (afgańskie siły NATO) w Kabulu tzw. state building stało się całkowicie passe. W modzie jest teraz transition - przekazanie odpowiedzialności za bezpieczeństwo siłom afgańskim. Najlepiej we współpracy i porozumieniu z dotychczasowym przeciwnikiem. Mówią o nim tak generałowie, jak i macedońscy żołnierze strzegący bram bazy. Nie wiadomo zresztą, czemu od lat zmonopolizowali to zajęcie.

W roku 2011, po dziesięciu latach wojny, talibowie są ciągle realnym zagrożeniem. Al-Kaida, mimo ciężkich strat, wciąż działa. Nie tylko w Pakistanie na terytoriach pogranicznych, lecz także w Afganistanie. Jesienią ubiegłego roku założyła nawet obozy na odludziach w prowincjach Kunar, Nuristan i Nangarhar. Państwo afgańskie nie jest ani demokratyczne, ani stabilne. Październikowe wybory parlamentarne były farsą. Skądinąd w prowincji Ghazni, za którą odpowiadają Polacy, doszło - obok Kandaharu - do największych oszustw przy urnie. Władza rządu i prezydenta Karzaja zaś poza największymi miastami jest iluzoryczna. Tak wygląda realizacja celów wojny. Podatnik, głównie amerykański, płaci na nią obecnie ponad 3 ml dol. tygodniowo.

Skoro celem batalii nie jest już budowanie demokratycznego Afganistanu tylko przekazanie odpowiedzialności jego armii, zmieniła się też taktyka działania. Od ubiegłego roku siły NATO zaprzestały okupowania słabo zaludnionych dystryktów i skoncentrowały się na obronie terenów o gestej populacji. Zamiast toczyć bitwy z rebeliantami, uderzają przy użyciu sił specjalnych i lotnictwa w ich dowódców, magazyny, linie zaopatrzenia. Chodzi już nie o pokonanie wroga, ale osłabienie go na tyle, by nie storpedował transition oraz - to już niejawna część planu - by stracił wiarę we własne zwycięstwo i zasiadł do rokowań.

Kluczem do sukcesu jest zatem tempo budowy armii afgańskiej i jej efektywność. Do niedawna było z tym źle. 15 proc. żołnierzy dezerterowało, wojsko nie potrafiło prowadzić ognia do celów, których nie widziało, nie umiało używać nowoczesnej łączności, a w związku z tym nie wiedziało, jak np. wezwać wsparcie lotnicze. Ponad 80 proc. żołnierzy było analfabetami, nie rozumieli rozkazów wydanych na piśmie. W ubiegłym roku Amerykanie wprowadzili rewolucję w szkoleniu. Zanim afgańscy rekruci pójdą w bój, muszą nauczyć się czytać i pisać, powstała szkoła artylerii, zwiększono liczbę zespołów trenujących. Także polski kontyngent nastawia się obecnie bardziej na szkolenia sił lokalnych niż walkę. Czasu jest niewiele, armia Afganistanu musi stanąć na nogi w ciągu najbliższych dwóch i pół roku. Podczas zeszłorocznego szczytu w Lizbonie NATO ogłosiło bowiem, że kończy interwencję wraz z upłynięciem 2014 roku. Jednak to nie sprawna armia jest kluczem do stabilizacji, ale szerokie porozumienie polityczne i włączenie rebeliantów do rządzenia krajem.

Amerykanie nie chcą popełnić błędów Sowietów z końca lat 80., a byli tego bardzo blisko. Po dziewięciu latach wojny partyzanckiej Kreml także porzucił pierwotne cele interwencji - skomunizowanie Afganistanu i chciał już tylko, by sprzyjający mu reżim utrzymał kontrolę nad największymi miastami oraz szlakami komunikacyjnymi oraz uniemożliwił mudżahedinom atakowanie terytorium ZSRR. Armia okupująca Afganistan liczyła wówczas mniej więcej tyle samo żołnierzy, co NATO-wskie siły okupacyjne, ok. 120 tys. Pod koniec wojny zintensyfikowała ataki na powstańców, by ich maksymalnie osłabić przed odwrotem. Sowieci zbudowali też armię afgańską, dużo liczniejszą, lepiej wyposażoną i wyszkoloną niż obecne wojsko prezydenta Karzaja. Kreml zaniedbał jednak całkowicie proces polityczny, nie próbował rokować z mudżahedinami. Komunistyczny reżim w Kabulu upadł, ponieważ dogorywający Związek Sowiecki wstrzymał pomoc finansową, co ważniejsze jednak, część sił rządowych (gen. Dostum) samowolnie dogadała się z mudżahedinami o podziale władzy.

Teraz ma być inaczej. Po pierwsze - Amerykanie nie wycofają sie całkowicie z Afganistanu, przygotowują już pięć baz, z których będą operować po roku 2014. Na wypadek, gdyby odrodziła się Al-Kaida, załamał rząd albo doszło do ingerencji Teheranu - jedna z owych placówek jest zlokalizowana w prowincji Herat przy granicy z Iranem. Będą w nich stacjonowały siły specjalne, lotnictwo i CIA. Po drugie - nie zamierzają zaprzestać finansowania władz w Kabulu i ich armii, teraz dostaje ona ok. 3 mld dol. rocznie. W przyszłości trzeba będzie zapewne dołożyć kolejne kilka miliardów, ale to i tak śmiesznie mało w porównaniu z obecnymi kosztami wojny. Po trzecie wreszcie - Stany Zjednoczone prowadzą zakulisowe rokowania z przywódcami talibów, chcą nawet oddać im władzę w prowincjach wschodnich i południowych, a także dopuścić do współrządzenia Kabulem w zamian za uznanie konstytucji oraz częściowe rozbrojenie (mogą zachować broń lekką). Na razie rebelianci odrzucają ofertę.

Czy wszystko to oznacza, że konflikt skończy się po 2014 roku? Bynajmniej. Zmieni się jego charakter, stanie się tania, i przestanie być strategicznym wyzwaniem dla NATO. Zejdzie z pierwszych stron gazet, przerodzi się w szereg lokalnych potyczek i rajdów. Jeśli za początek wojny afgańskiej uznać wybuch powstania przeciwko komunistom jesienią 1978 roku - od tego czasu w kraju ciągle trwają starcia przy zmieniającym się wrogu, trwa ona już 33 lata. Trzy czwarte populacji Afganistanu nie zna świata bez walk, w niektórych rodzinach walczy już trzecie pokolenie. Bez przerwy. Naiwnością byłoby przekonanie, że tym razem nadchodzi koniec rozlewu krwi, skoro wciąż stoją naprzeciw siebie zantagonizowane obozy, interesy całych wspólnot etnicznych i religijnych są sprzeczne, a nawet w najśmielszych planach tak rząd w Kabulu, jak i Amerykanie nie przewidują rozbrojenia Afgańczyków. Zabijanie będzie trwać, Obama chce tylko zmniejszyć jego intensywność i wyciągnąć z tego bagna amerykańskich chłopców. Afganistan pokazuje, że wojna może być stanem naturalnym, a nie aberracją.

@RY1@i02/2011/121/i02.2011.121.186.0012.001.jpg@RY2@

Fot. Andrzej Talaga

Dziewięć lat temu Ameryka najechała Afganistan, by rozbić Al-Kaidę oraz wspierających ją talibów i zaprowadzić w kraju demokratyczne rządy. Do dziś żaden z tych celów nie został w pełni zrealizowany

@RY1@i02/2011/121/i02.2011.121.186.0012.002.jpg@RY2@

Andrzej Talaga

Andrzej Talaga

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.