Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Białoruskie memento

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Białorusi grozi upadek albo wyprzedanie się Rosji. Polska nie jest przygotowana ani na jedno, ani na drugie, choć w obu wypadkach sytuacja na naszej wschodniej granicy radykalnie się pogorszy

Wizyta prezydenta Baracka Obamy przyćmiła wydarzenia na Wschodzie o kapitalnym znaczeniu dla Polski. Białoruś znalazła się na zakręcie, z którego może już nie wyjść jako niepodległe państwo. Wydarzenia potoczą się najpewniej według jednego z dwóch groźnych dla nas scenariuszy. Pierwszy to przejęcie kraju przez Rosję przy zachowaniu pozorów jego politycznej niezależności, drugi - rozpad Białorusi, który może oznaczać masową emigrację, nawet starcia zbrojne, a w konsekwencji - kto wie, rosyjską interwencję militarną. Brzmi nieprawdopodobnie? Tak samo jak jeszcze kilka miesięcy temu wybuch wojny domowej w Libii i ataki lotnicze NATO. Politycy muszą brać taką ewentualność pod uwagę i przygotowywać się na nią, ale nie wolno im rozważać jej publicznie, od tego są między innymi gazety.

Polska dyplomacja słusznie angażuje się w proces przemian w Afryce Północnej. Tunezja, Libia i Egipt bowiem to trzy różne modele upadku dyktatury, wobec każdego z nich Unia Europejska musi wypracować odmienne zasady postępowania. Przydadzą się w przyszłości, gdy przyjdzie nam mierzyć się z podobnymi problemami, np. na Białorusi. Pozostaje tylko pytanie, czy UE targana kryzysem zadłużeniowym strefy euro znajdzie dość sił i pieniędzy, by budować demokrację w Afryce Północnej, choć to jej miękkie podbrzusze, podobnie zresztą jak Ukraina i Białoruś. Pomimo trudnych czasów powinna, bowiem złe rozegranie polityki wobec tych regionów dziś to fatalne sąsiedztwo jutro.

W Afryce Północnej angażować się możemy, ale na Białorusi musimy, bo to, co się tam dzieje, ma dla nas żywotne znaczenie. Przez ostatnie dziesięciolecie, wbrew głosom krytycznym, nie próżnowaliśmy na Wschodzie. Potrafiliśmy nawet przekonać unijnych partnerów, że polityka wschodnia jest naszą specjalnością. Manewrujemy tam jednak w coraz gorszych warunkach. Na Białorusi sprawy mają się źle, a wkrótce może być jeszcze gorzej. Nie potrafiliśmy powstrzymać erozji tego państwa ani jego uzależniania się od Moskwy. Polska znalazła się w ślepym zaułku.

Zacznijmy od scenariusza numer dwa, czyli upadku Białorusi. W Europie mieliśmy już przykład kolapsu bez żadnej ingerencji zewnętrznej i napięć etnicznych. W 1997 roku wskutek problemów ekonomicznych zapadła się Albania, w starciach zginęło ponad tysiąc osób. Kraj podniósł się z kolan dopiero dzięki obcej interwencji zbrojnej, która przywróciła porządek. W Albanii kryzys wybuchł po zawaleniu się systemu piramid finansowych, co odebrało ludziom dorobek ich życia. Na Białorusi najpierw nieoficjalna, a potem oficjalna dewaluacja rubla zmniejszyła wartość oszczędności obywateli o połowę. Gdy dodamy do tego niedobory w dostawach głównych produktów konsumpcyjnych, spodziewane wyłączenia prądu oraz powszechne poczucie - także w armii - że reżim słabnie, można już mówić o momencie zapalnym.

Przykład Libii pokazuje z kolei, że wybuch wojny domowej jest możliwy w dyktaturach, gdzie wcześniej nie było ku temu niemal żadnych przesłanek. Nie ma w tej sprawie pewnych danych, ale sporo wskazuje na to, że pierwszy etap głosowania w wyborach prezydenckich na Białorusi w grudniu 2010 r. przeprowadzany między innymi w zamkniętych punktach głosowania, czyli na przykład jednostkach wojskowych, Łukaszenka przegrał. Dostał nie 90, ale 30 - 40 proc. głosów. Jeśli tak było, nie może być już pewny swojej armii. Tym bardziej że Kreml zaczął odbudowywać wpływy w białoruskich służbach i siłach zbrojnych. W momencie krytycznym jej podział na oddziały wierne dyktatorowi oraz buntowników wspieranych przez opozycję i Rosję jest co najmniej wyobrażalny.

Polska nie czyni żadnych przygotowań na wypadek najgorszego. Nie przewidujemy wzmocnienia granicy, gdyby załamały się białoruskie służby graniczne i runęła na nas rzesza uchodźców. Nie mamy planów przemieszczenia jednostek wojskowych na Wschód, gdyby na Białorusi wybuchły walki między zwolennikami i przeciwnikami Łukaszenki. Nie wiemy, co począć, gdyby w imię zapewnienia pokoju i stabilności wkroczyły tam oddziały rosyjskie ani gdyby jakiś oddział białoruski przeszedł zbrojnie polską granicę, szukając na przykład azylu. Nasza armia nie ćwiczy takich ruchów nawet na mapach i komputerach, o terenie nie wspominając. Nie wiemy, kto, gdzie i za co miałby budować obozy dla ewentualnych uchodźców. Nie konsultujemy żadnej z tych ewentualności z naszymi partnerami z UE. Zapewne uda się uniknąć realizacji najgorszego scenariusza, ale gdyby stało się inaczej, będziemy co najwyżej improwizować. Oby twórczo.

Bardziej prawdopodobny jest scenariusz pierwszy, czyli wykupienie Białorusi przez Moskwę. Oferta złożona Mińskowi nie zostawia złudzeń. W zamian za ponad 3 mld dol. kredytu Kreml oczekuje przekazania w rosyjskie ręce, w ramach prywatyzacji, kluczowych zakładów przemysłowych oraz sytemu transportu gazu. Strona rosyjska oficjalnie proponuje też Białorusi zrezygnowanie z narodowej waluty i przyjęcie rubla rosyjskiego. W dalszej kolejności pojawią się zapewne żądania scalenia sił zbrojnych obu krajów, obecnie połączone są tylko ich systemy obrony powietrznej.

Na przełomie wieków Łukaszenka stopniowo wyczyścił białoruską armię z prorosyjskich oficerów, zbudował niezależne od Rosji szkolnictwo wojskowe, co dało mu wyłączność na rządy na Białorusi, a jej samej suwerenność od Moskwy. Przed wyborami w grudniu 2010 r. reżim przyjął nawet nową koncepcję bezpieczeństwa narodowego, po raz pierwszy Rosja została potraktowana jako potencjalne zagrożenie. Koncepcja ostrzega przed "zmianą systemu politycznego w wyniku działań czynników zewnętrznych" (nieoficjalne popieranie przez Rosję kandydatury Niaklajeua na prezydenta), "próbami pozbawienia Białorusi charakteru państwa tranzytowego" (Gazociąg Północny). Za niezwykle ważną uznano w dokumencie dywersyfikację dostaw surowców (próby ominięcia Rosji poprzez kupowanie ropy z Wenezueli za pośrednictwem portów białoruskich i litewskich). Teraz wszystkie te koszmary zaczynają się ziszczać, a armia scalona systemowo z rosyjskimi siłami zbrojnymi z pewnością nie zechce stawić im czoła.

Białoruś Łukaszenki, choć niedemokratyczna, rządzona twardą ręką była jednak państwem suwerennym i realnym buforem pomiędzy Polską a Rosją. Na własną prośbę, wskutek błędnych kalkulacji, reżim pozbawił się pola manewru, przechodzi do obozu rosyjskiego. To strata nie tylko dla Białorusi, lecz także Polski. Kraj z ubezwłasnowolnioną gospodarką, armią spenetrowaną przez sąsiednie mocarstwo, pozbawiony pozycji terytorium tranzytowego nie będzie dla Polski żadnym partnerem, nawet gdyby w przyszłości wygrała w nim opozycja. Słaba i podzielona nie wyłoni przecież władzy, która cofnie prywatyzację, przeprowadzi czystki w wojsku i policji. Sama stała się wszak narzędziem rosyjskich wpływów i jest rozgrywana przez Moskwę do kontrowania Łukaszenki.

Polska nie wie, jak przeciwdziałać połknięciu Białorusi przez Moskwę. Wszystkie nasze dotychczasowe pomysły na ten kraj się nie sprawdziły. Najpierw było to wspieranie głównej siły opozycyjnej uosobionej przez Aleksandra Milinkiewicza i obrona Związku Polaków na Białorusi, potem zaś - dla odmiany - wciąganie reżimu do współpracy z Unią Europejską, co miało zaowocować stopniowym łagodzeniem jego polityki. I jedno, i drugie skończyło się porażką. Opozycja i sam Milinkiewicz okazali się bardziej malowanymi końmi niż rzeczywistą siłą zdolną zagrozić władzy, Łukaszenka zaś wolał postawić na represje niż kolaborację z UE.

Także obecne pomysły, czyli sankcje wobec ludzi reżimu połączone ze wspieraniem inicjatyw społeczeństwa obywatelskiego oraz okazywaniem solidarności narodowi białoruskiemu, nie wyglądają zachęcająco w obliczu wagi wyzwań. Może w długiej perspektywie mogłyby przynieść poprawę - w końcu UE nie ma żadnego lepszego planu - ale gdyby doszło do załamania na Białorusi, są daleko niewystarczające. Nie powstrzymają też ani na jotę rosyjskiego Drang nach Bielarus. Nad naszą polityką wschodnią wiszą ciemne chmury. Szczęście, gdy przejdą obok, jednak kiedy runie z nich ulewa, nie mamy gdzie się schować.

@RY1@i02/2011/102/i02.2011.102.186.0009.001.jpg@RY2@

Andrzej Talaga

Andrzej Talaga

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.