Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Nauki z libijskiej krwi

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Wojna domowa w Libii była dla UE zupełnym zaskoczeniem. To nauczka na przyszłość, by poważnie traktować pozornie nieprawdopodobne scenariusze. Choćby wybuch podobnej rewolty na Białorusi

W najbliższym sąsiedztwie Unii Europejskiej z dnia na dzień wybuchła wojna domowa, która zakłóciła dostawy gazu i ropy do Europy, podbijając ich ceny na światowych rynkach. Nieopodal ogarniętych starciami wybrzeży Trypolitanii i Cyrenajki biegnie główny szlak handlowy z Oceanu Indyjskiego przez Kanał Sueski do portów przeładunkowych w Neapolu i Marsylii. To odpowiednio 22 i 100 milionów ton towarów rocznie. Walki toczą się w gospodarczej oraz politycznej otulinie Unii.

Wspólnota nie była przygotowana na taki przebieg wypadków z dwóch powodów. Po pierwsze niemal zawiesiła wspólnotową politykę zagraniczną, koncentrując się na kryzysie strefy euro. Po drugie żadne przesłanki nie zapowiadały wojny. Masowe demonstracje uliczne, starcia na kamienie i pałki, strzelanie w tłum - tak, ale bitwy z użyciem przez obie strony czołgów, artylerii, broni przeciwlotniczej, rakiet, walki pozycyjne, szturmy miast?

W Libii nie było żadnych struktur opozycyjnych czy wręcz podziemnych, które mogłyby zorganizować rebeliancką armię. Powstała spontanicznie z ludowego zrywu i części wojsk rządowych, która przeszła na stronę powstania. Broń pochodzi z przejętych magazynów wojska i policji. W kraju tym ludność żyła we względnym dobrobycie w porównaniu z sąsiadami, do Libii płynął stały strumień pieniędzy z eksportu surowców energetycznych. Kraj został nawet włączony do europejskiego systemu zaopatrzenia gazowego poprzez rurociąg pod Morzem Śródziemnym do Włoch o przepustowości 11 miliardów metrów sześciennych, co zaspokajało między innymi 10 procent zapotrzebowania Włoch na gaz.

Libia przeszła bolesną drogę od konfrontacji z Zachodem do współpracy, zrezygnowała programu atomowego i ze wspierania terroryzmu. W zamian w 2003 roku ONZ zniosła nałożone na nią sankcje za zorganizowanie zamachu na samolot amerykańskich linii Pan Am. Obie strony nieźle zarabiały na współpracy. W ostatnich latach 90 procent dochodów rządu libijskiego i 50 procent PKB to pieniądze ze sprzedaży ropy i gazu. Sama ropa dawała Libii ponad 30 miliardów dolarów rocznie. Zachód zaś miał bezpieczne dostawy z pól położonych w swoim bezpośrednim sąsiedztwie. Kryzys libijski jest znacznie groźniejszy dla Europy niż dla USA. Unia - głównie Włochy i Francja - odbiera 85 procent libijskiej ropy. Amerykanie zaś kupują czarne złoto w Kanadzie, Zatoce Perskiej, Ameryce Południowej i zachodniej Afryce.

Tak ścisłe powiązania z Europą nie uchroniły jednak Kaddafiego przed wojną. Walki wybuchły wbrew wszelkim przesłankom, a nawet logice. Wystarczyła determinacja demonstrantów, by ukrócić zbrodnie reżimu. Przypadek ten dowodzi, że podobnie niekontrolowany przebieg może mieć także upadek innych dyktatur, i to niekoniecznie w Afryce i Azji, ale też w Europie. U granic Polski. Tymczasem Unia Europejska nie ma ani mechanizmów podejmowania szybkich decyzji w takich sytuacjach, ani wspólnotowych wojsk zdolnych do natychmiastowej akcji, ani wreszcie ogólnoeuropejskiego sztabu kryzysowego, który przygotowywałby scenariusze reagowania na zagrożenia.

Państwa Wspólnoty kilkakrotnie interweniowały w swojej otulinie, w większości wypadków było to jednak działanie oparte na strukturach decyzyjnych i wykonawczych NATO (czyli Amerykanach), a nie UE.

Siły europejskie zaangażowały się w Albanii, Bośni i Hercegowinie, Macedonii, Kosowie. Po bliższym przyjrzeniu się tym operacjom widać, że tylko w pierwszym przypadku było to działanie bezpośrednio zapobiegające rozprzestrzenianiu się chaosu. W pozostałych Europa albo stawała jako mniejszy aliant u boku USA, albo pomagała w utrzymaniu porządku, kiedy właściwy kryzys dawno już minął.

W 1997 roku siedmiotysięczne siły, głównie włoskie, wylądowały w ogarniętej chaosem Albanii. Po upadku piramid finansowych państwo przestało istnieć, rozpadła się armia, z magazynów zrabowano miliony sztuk karabinów, a nawet czołgi. Włochom groził zalew nielegalnych imigrantów i masowy przemyt broni, nie chciały więc czekać biernie na rozwój wypadków. Ich interwencja nie miała jednak autoryzacji Wspólnoty. Była obroną własnych interesów, choć na mocy rezolucji ONZ.

W Kosowie państwa europejskie początkowo podpisały się tylko pod decyzją prezydenta Clintona o ataku lotniczym na Serbię w ramach NATO, potem uczestniczyły w siłach Paktu okupujących tę serbską prowincję, a samodzielnie wystawiły tylko trwającą do dziś misję cywilną w sile 2800 ludzi. W Macedonii w 2001 roku znów to Sojusz Północnoatlantycki wysłał siły wymuszające zawieszenie broni w wojnie domowej między Albańczykami a rządem. Dopiero dwa lata później UE we współpracy z Paktem wystawiła siły stabilizujące w ramach operacji "Concordia". Obecnie Unia trzyma wojska w Bośni, prawie 1500 żołnierzy. Znów - pojawiły się tam długo po podpisaniu porozumienia pokojowego w Dayton. Pokój wymusiły oddziały NATO pod wodzą Amerykanów.

Także w wypadku Libii Unia nie ma ani żadnego zarządzania kryzysowego, ani sił gotowych do interwencji, choćby humanitarnej albo osłaniającej pola naftowe i gazowe, z których ochoczo korzysta. Napięcia w unijnej otulinie pokazują, że UE, choć chce uchodzić za gracza globalnego i wysyła misje wojskowe do Czadu, Konga i na wody somalijskie, nie potrafi zarządzać kryzysami u swoich bram. Zawsze jest wtórna, co najwyżej pilnuje ładu wywalczonego wcześniej przez NATO.

Dotąd "polska wieś spokojna", byliśmy daleko od punktów zapalnych na Bałkanach, a teraz w basenie Morza Śródziemnego. Licho jednak nie śpi, jak głosi przysłowie. Białoruś ma wszelkie parametry do wybuchu poważnego kryzysu politycznego, i to w najbliższych latach. Przykład Libii pokazuje, iż - wbrew wszelkim oznakom - może on mieć charakter zbrojny. Polskie MSZ zakładało zresztą przed ostatnimi wyborami prezydenckimi w tym kraju, że dojdzie do rozwiązań siłowych. Założenie nie potwierdziło się, ale było absolutnie słuszne. Może się sprawdzić podczas kolejnego przesilenia.

Białoruś tymczasem jest nie tylko naszym sąsiadem, lecz także państwem tranzytowym, przez które płynie 60 procent importowanego przez Polskę gazu. Niemcy nie dlatego tak parły do budowy Gazociągu Północnego, by nam dokuczyć, powodem była chłodna kalkulacja. Berlin uznał Białoruś, a nawet Ukrainę, za państwa zagrożone upadkiem. Pilną potrzebą było więc zbudowanie sieci przesyłowych surowców, które je omijają. Możemy być pewni: nic nie powstrzyma Niemców przed uruchomieniem tego gazociągu, obecne trasy tranzytowe są bowiem zbyt ryzykowne.

Niemcy mają więc przynajmniej gospodarczą odpowiedź na potencjalny chaos na Białorusi, a my? A Unia Europejska jako całość? Libijska krew może być nauczką także dla Europejczyków: najgorsze, choćby mało prawdopodobne, może się ziścić.

@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.186.0016.001.jpg@RY2@

Fot. AFP/East News

UE powinna zrewidować politykę zagraniczną. Przykład Libii pokazuje, że zbrojna rewolta może wybuchnąć w kraju rządzonym przez tyrana, któremu dawno udało się rozbić opozycję i który jest wiarygodnym partnerem handlowym Zachodu

@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.186.0016.002.jpg@RY2@

Andrzej Talaga

Andrzej Talaga

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.