Dziennik Gazeta Prawana logo

Car Futbolu z Ukrainy

28 czerwca 2018

Szef nie może być miękki - mawia Hryhorij Surkis. To prezesowi piłkarskiej federacji naszego wschodniego sąsiada zawdzięczamy prawo zorganizowania mistrzostw Europy

Kijów go kocha, rządzący szanują jako charakternego rywala. Hryhorij Surkis, car ukraińskiego futbolu i ojciec Euro 2012, nie będzie się ubiegał o czwartą kadencję szefa Federacji Futbolu Ukrainy (FFU). Nie musi. I tak wszedł już do annałów historii niebiesko-żółtego sportu.

Jego biografia jest typowa dla większości ukraińskich oligarchów: wiele w niej szczęścia, odpowiednich znajomości i godnej podziwu elastyczności. Urodzony w Odessie w 1949 r., w niezbyt bogatej, żydowskiej rodzinie wojskowego lekarza Rachila (zmienił imię na Mychajło) i jego żony, sprzedawczyni Rimmy. Miłość do piłki nożnej to sprawa genetyczna: jego dziadek był komentatorem sportowym. Młody Hrysza poznał futbol także od drugiej strony: stał na bramce w wojskowym klubie w Odessie, a potem grywał nawet w drużynie rezerw kijowskiego Dynama, podówczas dumy i chluby połowy ZSRR.

W okolicach przełomu ustrojowego Surkis znalazł się w odpowiednim miejscu: jako urzędnik kijowskiego przedsiębiorstwa robót komunalnych działał na styku polityki i kiełkującego biznesu. - Udało mi się spotkać ludzi, dzięki którym coś zarobiłem - opowiadał Surkis rosyjskiemu "Sport-Ekspriessowi". Jego pierwszym patronem był Wałentyn Zhurski, który przez całe lata 80. stał na czele kijowskiego miśkwykonkomu, czyli władz miejskich. Dzięki kontaktom Zhurskiego i własnym krewnym żyjącym w USA 43-letni Hryhorij sprywatyzował komunalny sektor remontowy Kijowa. Pierwsze pieniądze zarobił na sprowadzanych urządzeniach sanitarnych, utworzył za nie firmę inwestycyjną o nieco pretensjonalnej nazwie Ometa XXI Stolittia, po czym zwrócił się w stronę biznesu naftowego.

Mózg klanu kijowskiego

Formalnie założycielami Omety było siedem osób, wśród nich Hryhorij, jego młodszy brat Ihor, który obecnie jest dyrektorem Dynama Kijów, świeżo upieczony emeryt Zhurski, a także Wiktor Medwedczuk, na początku lat 2000. szara eminencja na dworze prezydenta Łeonida Kuczmy. Tak powstał klan kijowski, jedna z najważniejszych grup oligarchicznych niepodległej Ukrainy. Jak pisze Heorhij Kasjanow w książce "Ukrajina 1991 - 2007: narysy nowitnioji istoriji", potęga kijowian opierała się na kilku filarach. Sektor biznesowy tworzyły trzy banki inwestycyjne, szereg firm zarejestrowanych w rajach podatkowych, zakłady metalurgiczne, hotele i cukrownie. O stronę polityczną dbała specjalnie utworzona Socjaldemokratyczna Partia Ukrainy (Zjednoczona). Perłą w koronie imperium było zaś Dynamo Kijów, na którego czele stanął osobiście Hryhorij Surkis.

O przykładowym schemacie prowadzenia biznesu opowiadał w rozmowie z "Antienną" Jurij Buzduhan, który stał na czele socjaldemokratów, zanim partia została przejęta przez kijowian. Biznesmeni kupowali benzynę od kontrolowanych rafinerii za 30 - 40 kopiejek za litr. Paliwo było sprzedawane niespecjalnie dbającym o księgowość kołchozom za ponad hrywnę. Kołchozy płaciły cukrem, który z kolei był sprzedawany w Rosji. Od Rosjan Ukraińcy otrzymywali ropę, sprzedawaną potem rafineriom w zamian za tańszą benzynę. Zysk miał wynosić 800 proc. W krótkim czasie bracia Surkisowie i Medwedczuk trafili do grona najbogatszych Ukraińców. Są na niej do dziś; magazyn "Fokus" wycenia majątek obu braci na 483 mln dol., co daje im 32. miejsce w kraju. Surkis zapewnia, że grupa kijowska to jedyni uczciwi milionerzy w kraju. - Medwedczuk kiedyś powiedział: "Będziemy płacić podatki". I deklarowaliśmy nasze dochody - opowiadał Hryhorij "Sport-Ekspriessowi".

Biznes dla Surkisa to jednak jedynie dodatek. - Jeśli zapytacie mnie, bez czego nie mogę żyć, odpowiem: bez rodziny i futbolu - mówił rosyjskim dziennikarzom.

Prawdziwy oligarcha

Jako szef Dynama Kijów podbijał serca mieszkańców stolicy: w czasach jego rządów (1993 - 2002) drużyna tylko raz nie zdobyła tytułu mistrza Ukrainy. Po 2002 r. klub został zresztą w rodzinie; Hryhorij przekazał panowanie bratu, który szefuje mu do dziś. W międzyczasie Surkisom udało się ustabilizować finanse klubu, sprowadzić z Kuwejtu legendarnego Wałerija Łobanowskiego w charakterze trenera i wyszkolić kilka gwiazd. To Surkisowi Andrij Szewczenko, najlepszy piłkarz niepodległej Ukrainy, zawdzięcza karierę i transfer do Milanu. To za jego czasów do drużyny dołączyli napastnik Serhij Rebrow (później trafił do Tottenhamu) czy bramkarz Ołeksandr Szowkowski (jego i Szewczenkę zobaczymy także na Euro 2012), bez których trudno sobie wyobrazić ukraińską piłkę.

I nikomu nie przeszkadzało, że Surkis, stojący na czele Dynama, jest jednocześnie szefem Zawodowej Ligi Piłkarskiej (organizującej rozgrywki trzech najwyższych lig) i wiceprezydentem FFU (a w 2000 r. po rezygnacji z funkcji w lidze został szefem krajowej federacji). Wbrew pozorom to bardzo odpowiedzialne funkcje. Ukraińska piłka (o czym pisaliśmy w magazynie przed dwoma tygodniami) jest strukturą czysto oligarchiczną. Wszystkie kluby grające w zakończonym niedawno sezonie na najwyższym szczeblu rozgrywkowym należą do oligarchów, polityków lub w najgorszym przypadku silnych lokalnie biznesmenów. Pogodzenie interesów wszystkich tych grup wymaga dużej elastyczności, a jednocześnie sprzyja tworzeniu wrogów. Zwłaszcza gdy ambicje sportowe przeplatają się ze sprzecznymi interesami finansowymi i politycznymi.

Szorstka, męska przyjaźń łączy Surkisa z najbogatszym Ukraińcem, pierwszym patronem politycznym obecnego prezydenta Wiktora Janukowycza Rinatem Achmetowem oraz charkowianinem Ołeksandrem Jarosławskim, który z własnej kieszeni sfinansował znaczną część miejskiej infrastruktury na Euro 2012. Przykład? W grudniu 2011 r. Surkis doznał kontuzji nogi podczas pokazowego meczu z okazji 20. rocznicy powstania FFU. Achmetow złożył mu wówczas następujące życzenia: - Gdy ja złamałem nogę, moja drużyna (Szachtar Donieck - red.) wygrywała wszystkie mecze. Gdy się wyleczyłem, zaczęliśmy przegrywać. Dlatego życzę mu, by zdrowiał powoli i do końca Euro 2012 chodził o lasce - powiedział. Ot, taka sobie szpileczka.

Idea wymyślona na trzeźwo

Na czas Euro rywale się jednak połączyli. Surkis z Jarosławskim ręka w rękę harowali przy organizacji mistrzostw, które zresztą były autorskim pomysłem Hryhorija Mychajłowycza. - Jestem w Kijowie i Grisza Surkis mówi: "Adam, a co ty byś powiedział na to, jakbyśmy spróbowali wystartować o prawo organizacji mistrzostw Europy?" - opowiadał DGP przed dwoma laty Adam Olkowicz, wiceprezes PZPN. Pytam go: "Piłeś?". A wtedy powiedział mi: "No co ty? Nie!". Odpowiadam: "Ja to przyjmuję, ale muszę porozmawiać z Miszą" (Listkiewiczem, ówczesnym szefem PZPN - red.). Przychodzę po powrocie do Listkiewicza i mówię mu, że Grisza rzucił taką ideę. "Adam, to jest science fiction" - taka była jego pierwsza reakcja. Ja mówię: "No dobra, może się tak wydawać, ale co mamy do stracenia?". Potem Michał rzucił coś w stylu: "Dobra, jak przyniosłeś taką wieść, to się tym zajmij" - dodawał Olkowicz.

Surkis również się tym zajął: to jego lobbingowi Polska i Ukraina zawdzięczają pokonanie najsilniejszej, włoskiej kandydatury. Część ekspertów twierdzi, że pomysł z organizacją Euro był ucieczką do przodu. Surkis miał się w ten sposób zabezpieczyć przed atakami rządu Julii Tymoszenko, która - delikatnie mówiąc - nie darzyła go sympatią. Relacje Surkisa z politykami to oddzielny rozdział. Oligarcha zazwyczaj stawiał na złego konia, przegrywał, po czym błyskawicznie znajdował wspólny język z nową władzą. Nawet w wyborach szefa UEFA w 2007 r. popierał Lennarta Johanssona przeciwko Michelowi Platiniemu.

W 1994 r. zaangażował się w kampanię reelekcyjną prezydenta Łeonida Krawczuka, który dość niespodziewanie przegrał z Kuczmą. Krawczuk sprzyjał interesom "wspaniałej siódemki", a w biurach klanu zainstalowano nawet telefony łączące bezpośrednio z administracją prezydenta, a Surkis został jego doradcą. Gdy Kuczma wygrał wybory, nad firmami "siódemki" zawisły czarne chmury w postaci licznych kontroli i prokuratury. To wtedy pojawił się (zrealizowany po dwóch latach) pomysł przejęcia partii socjaldemokratycznej i zdobycia zaufania nowego szefa państwa. Udało się; jak niesie plotka, kluczowe rozmowy prowadzono w loży VIP stadionu stołecznego Dynama. Po kilku latach przyjaciel Surkisa Wiktor Medwedczuk został nawet szarą eminencją u Kuczmy. Zdaniem wielu komentatorów to właśnie on stał za fałszowaniem wyników wyborów w 2004 r., co doprowadziło do pomarańczowej rewolucji.

Ucieczka do przodu

Po zwycięstwie Wiktora Juszczenki Surkis znów znalazł się bez politycznego patrona. Aby nie spanikować i nie uciec z kraju, jak wielu jego kolegów, potrzebny był silny charakter. Być może Surkisowi pomogło hobby - kulturystyka. - Jeśli mam czas, sześć razy w tygodniu chodzę na siłownię. Podczas jednego treningu przerzucam od siedmiu do 15 ton metalu. Szef nie może być miękki - mówił w jednym z wywiadów.

Pomarańczowi mieli powody, by mu zaszkodzić. Klan kijowski cztery lata wcześniej należał do pomysłodawców szukania haków na młodych i ambitnych polityków. Kijowianie byli też silnie skonfliktowani z konkurencyjnym klanem dniepropietrowskim, którego czołową przedstawicielką była wówczas Julia Tymoszenko. Żelazna Julia jako wicepremier w latach 1999 - 2001 próbowała likwidować barterowe transakcje w branży energetycznej, na których dorabiali się kijowianie. O tym, jak silne buzowały między nimi emocje, świadczy zdarzenie zaczerpnięte z cytowanej już książki Kasjanowa. W 2000 r. podczas bójki w parlamencie między obozem władzy a opozycją Ihor Surkis uderzył łokciem w kręgosłup Tymoszenko. Ta zrewanżowała się przebiciem szpilką buta Surkisa, zaś jej ówczesny zastępca Stepan Chmara splunął dzisiejszemu dyrektorowi Dynama w twarz.

Na takiej glebie trudno było budować relacje po pomarańczowej rewolucji. I tu w sukurs przyszła organizacja Euro. Pomarańczowe władze były łase na wszelkie dowody uznania na Zachodzie, a zatem pomysł współorganizacji Euro ze świeżo upieczonym członkiem UE trafił do ich przekonania. Już wtedy wokół pomarańczowych zaczął się kręcić Medwedczuk. Wspólnie z Surkisem przekonali premier Tymoszenko, by na wicepremiera odpowiedzialnego za organizację Euro powołać Iwana Wasiunyka. Wasiunyk, wcześniej utożsamiany z zezującym w stronę Janukowycza Juszczenką, stał się gwarantem spokojnego snu Surkisa. Obu panów połączył wspólny cel (Euro), wróg (UEFA, bezustannie pospieszająca Ukraińców), a jak chcą nieprzyjaciele Surkisa, także jego lizusostwo (Jewhen Czerwonenko mówił "Ukrajinśkiej Prawdzie", że Surkis śpiewał Wasiunykowi hymny pochwalne. Ma on jednak powody, żeby nie lubić kijowskiego biznesmena, skoro sam został pozbawiony wpływu na organizację, a agencja ds. Euro, którą kierował, została wówczas rozwiązana).

W przededniu wyborów prezydenckich 2010 r. Surkis grał już na obu fortepianach. - Mój głos jest jak tajne konto w banku. Nie podałbym publicznie szyfru, tak samo nikomu nie zdradzę, na kogo głosowałem. Dla nas najważniejsze jest to, że dwójka kandydatów - Julia Tymoszenko i Wiktor Janukowycz - niejednokrotnie zapewniała nas o pełnym poparciu dla idei Euro 2012 na Ukrainie - mówił Surkis w rozmowie z DGP tuż po oddaniu głosu w lokalu ukraińskiej ambasady w Warszawie.

Gdy Tymoszenko przegrała wybory w 2010 r., wicepremierem odpowiedzialnym za Euro w ekipie Janukowycza został Borys Kołesnikow, blisko związany z Szachtarem Donieck, największym rywalem kijowskiego Dynama. Grupa doniecka tradycyjnie rywalizowała z kijowianami na polu ekonomicznym. Także tym razem początkowo szło między nimi na noże. Kołesnikow otwarcie atakował Surkisa. - Mistrzostwa przygotuje nam UEFA. FFU od 10 lat nie umie rozegrać ligi bez skandalu. Więc o jakim przygotowaniu Euro tu mówimy? - mówił gazecie "Siegodnia". Wicepremier oskarżał też Surkisa o konflikt interesów, groził procesami. Zapowiadało się, że Donieck zamierza przejąć kontrolę nad ukraińską piłką poprzez usunięcie rywali ze stolicy. Ostatecznie jednak sprawa przycichła, prawdopodobnie nie bez kuluarowych nacisków Platiniego.

Kołesnikow nie wziął zarzutów z sufitu; ukraińskie rozgrywki ligowe nie należą do najczystszych. Do ostatniego skandalu doszło przed kilkunastoma dniami: los sprawił, że o awans do Premjer-Lihy w bezpośrednim meczu walczyły FK Sewastopol i Metałurh Zaporoże. Wygrali ci pierwsi 2:1 (remis dawał awans zaporożanom) - po drugim golu strzelonym ręką, co natychmiast wywołało falę oskarżeń. W skandale korupcyjne było zamieszane także Dynamo. Jeden z byłych piłkarzy oskarżył klub o sprzedanie meczu charkowskiemu Metalistowi. Za próbę podkupienia sędziego Antonio Lopeza Nieto kijowianie zostali usunięci z Ligi Mistrzów w 1995 r. Surkis twierdzi dziś, że ta afera była zemstą byłych właścicieli Dynama, którzy mieli skłonić Hiszpana do postawienia zarzutów.

Jak interpretować niedawną zapowiedź Surkisa, że po Euro rezygnuje z ubiegania się o reelekcję na fotel szefa FFU? - W życiu każdego człowieka przychodzi moment, w którym trzeba odpocząć. Mam się czym zajmować, a kalendarz mam zapisany co do minuty, więc nie widzę większego problemu - tłumaczył car futbolu. A może po prostu wychodzi z założenia, że ze sceny trzeba zejść niepokonanym, bo niepokonanych nikt się czepiać nie będzie. Zwłaszcza gdy jego następcą zostanie ktoś bliższy donieckiemu Szachtarowi. Święty spokój za pokojowe oddanie władzy? Odpowiedź poznamy we wrześniu.

@RY1@i02/2012/110/i02.2012.110.18600080m.803.jpg@RY2@

Gdy mam czas, to nawet sześć razy w tygodniu chodzę na siłownię. Podczas jednego treningu przerzucam od 7 do 15 ton metalu - mówi Hryhorij Surkis

Michał Potocki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.