Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Brutalnie, cynicznie, zwycięsko

1 lipca 2018

Rosyjska dyplomacja pozostaje jedną z najskuteczniejszych na świecie. Jest taka nie tylko dzięki tworzącym ją ludziom. Bo tam, gdzie politycy nie dają rady, zastępują ich sanepid, Gazprom i media

Minęły już czasy, gdy Rosję określało się mianem Górnej Wolty z głowicami jądrowymi (to słowa przypisywane byłemu kanclerzowi RFN Helmutowi Schmidtowi). Bo czy można sobie wyobrazić, że prezydent Barack Obama zrewidował wojenne plany w wyniku sprzeciwu premiera Włoch Enrica Letty czy prezydent Brazylii Dilmy Rousseff? Pytanie retoryczne, niezależnie od tego, że Biały Dom poczynał sobie wobec Syrii kunktatorsko, obawiając się a to weta Kongresu, a to niechęci opinii publicznej, a to wreszcie powtórki scenariusza afgańsko-irackiego, w którym planowane krótkie uderzenie przeradza się w długoletnią operację lądową. Decydujący był konkretny moment, w którym szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow zaproponował plan pokojowy.

Oferta Ławrowa została ujawniona tuż po tym, jak amerykańskiemu sekretarzowi stanu Johnowi Kerryemu wymsknęło się zdanie, że nie wyobraża sobie odstąpienia od wojny, o ile Syria nie przekaże broni chemicznej wspólnocie międzynarodowej. A skoro tak, Syria niespodziewanie tak postawione ultimatum przyjęła. "Tak nieoczekiwanego i eleganckiego rozwoju sytuacji, w którym Rosja, bez jakichkolwiek wątpliwości, odegrała kluczową rolę, nie pamiętam od 20 lat" - napisał w tekście dla Centrum Analiz Politycznych w Moskwie jeden z najlepszych rosyjskich politologów Fiodor Łukjanow.

79 razy "nie"

Do tego momentu na pierwszy rzut oka wszystko szło tak jak zwykle. Rosja protestowała, używając tych samych argumentów, co przed zachodnimi uderzeniami na Libię, Irak czy Jugosławię. Pojawiały się słowa o gwałconej suwerenności, nieposzanowaniu integralności terytorialnej (w przypadku Jugosławii), groźbie wzmocnienia terroryzmu (kazus Libii i Syrii). Wreszcie bezprawności interwencji bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której to Radzie Bezpieczeństwa Moskwa dysponuje przecież prawem weta. W zamian Kreml umacniał tylko swój wizerunek sojusznika dyktatorów od Slobodana Miloszewicia po Muammara Kaddafiego.

Gdyby jednak dyplomacja rosyjska polegała wyłącznie na tego typu rutynowych pohukiwaniach, można by w ogóle nie zwracać na nią uwagi. Jest jednak inaczej. Twarde "niet" wobec wszelkich zachodnich propozycji postrzeganych jako sprzeczne z rosyjskimi interesami to stały element tamtejszej dyplomacji od wielu dekad. Scenariusz jest prosty: Rosja mówi "nie", Zachód proponuje coraz dalej idące kompromisy, które tylko utwierdzają Moskwę w poczuciu siły. Wówczas "nie" staje się jeszcze twardsze. W oczach rosyjskich negocjatorów, tak biznesowych, jak i politycznych, uległość partnera jest oznaką jego słabości, którą trzeba natychmiast wykorzystać.

Nic dziwnego, że kolejni szefowie sowieckiej, a potem rosyjskiej dyplomacji zdobywali sobie na Zachodzie przydomki "mister niet". Jako pierwszy w ten sposób był nazywany Andriej Gromyko, który szefował MSZ ZSRR przez długich 28 lat (1957-1985). Przydomek to zasługa 79-krotnego użycia weta na forum ONZ w ciągu pierwszej dekady ministrowania. Ale i późniejszej postawy, choćby pozorowania rozmów rozbrojeniowych ze Stanami Zjednoczonymi. Nowa Rosja również miała swoich "panów niet". Jelcynowscy ministrowie Andriej Kozyriew (1990-1996) i Igor Iwanow (1996-1998) z równym natężeniem podkreślali np. rosyjski sprzeciw wobec przystąpienia Polski i innych państw dawnego bloku wschodniego do NATO.

I to niezależnie od tego, że z punktu widzenia prawa międzynarodowego i elementarnej logiki rosyjski sprzeciw był pozbawiony sensu. Polska, Czechy czy Węgry to suwerenne państwa, Rosja członkiem sojuszu północnoatlantyckiego nie jest, jedyny głos w dyskusji powinni zabierać członkowie organizacji i kandydaci. Moskwa ugrała jednak swoje. Członkostwo w NATO pewnie i tak było nieuniknione, ale w zamian Kreml został dopuszczony do stałych konsultacji z sojuszem (w ramach Rady NATO-Rosja), a Zachód faktycznie zadeklarował, że na terenie nowych państw członkowskich nie zostaną rozmieszczone żadne natowskie instalacje wojskowe. Trudności w rozmowach o tarczy antyrakietowej w Polsce to częściowo efekt tamtej obietnicy.

Można powiedzieć, że w takim razie np. umiejscowienie amerykańskiej bazy na terenie Polski byłoby złamaniem danego słowa. I ten argument Rosjanie oczywiście podnosili. Tyle że Moskwa z definicji nie dotrzymuje zobowiązań, o ile tylko uzna to za korzystne dla swojej pozycji na arenie międzynarodowej. Kwintesencja Realpolitik. I nie trzeba nawet sięgać do 17 września 1939 r., gdy Sowieci, wkraczając do Polski, złamali co najmniej sześć podpisanych przez siebie umów międzynarodowych. Niektóre dokumenty stają się martwe praktycznie od razu po podpisaniu.

Najlepszym przykładem był wynegocjowany przez francuskiego prezydenta Nicolasa Sarkozyego rozejm kończący wojnę z Gruzją w 2008 r. W punkcie piątym dokumentu ówczesny prezydent Dmitrij Miedwiediew zobowiązał się do wycofania na linie zajmowane do momentu wybuchu konfliktu. Literalne rozumienie tego sformułowania zakładałoby przekazanie w gruzińskie ręce około 1/3 terenu Osetii Południowej, którą Tbilisi kontrolowało przed 8 sierpnia 2008 r. Nic takiego nie nastąpiło, rosyjskie siły się wycofały - a i to po pewnym czasie - jedynie z terenów tzw. Gruzji właściwej. Punkt piąty nigdy nie został zrealizowany, poza Gruzinami nikt właściwie nie protestował przeciwko jego łamaniu.

Nie warto zaczepiać

Warto zresztą na chwilę zatrzymać się przy wojnie w Gruzji. Dobrze ilustruje ona inną cechę rosyjskiej dyplomacji: niebywały wręcz cynizm. Nie ma się co na ten cynizm oburzać, nawet teoria stosunków międzynarodowych przewiduje, że w polityce zagranicznej informacja i dezinformacja, prawda i kłamstwo, dobra i zła wola funkcjonują na równych prawach. Rosjanie weszli do Osetii Południowej pod pretekstem obrony swoich obywateli. Rzeczywiście, aż 90 proc. mieszkańców zbuntowanej republiki miało w szufladach rosyjskie paszporty. Tyle że wcześniej te paszporty były przez Rosję na masową skalę rozdawane. Jakby tego było mało, Moskwa wpisała podobną praktykę do własnego prawa. W przyjętej w październiku 2009 r. ustawie o obronie założono, że siły zbrojne mogą zostać użyte do obrony własnych obywateli poza granicami Federacji Rosyjskiej, o ile zostaną oni zaatakowani zbrojnie.

Paszportyzacja spornych obszarów w sąsiedztwie to oczywiście tylko jedno z wielu pozadyplomatycznych narzędzi w arsenale Kremla. Niezwykle istotne jest urabianie opinii publicznej. Specjalny kilkudziesięcioosobowy dział rządowej "Rossijskiej Gaziety" co miesiąc przygotowuje specjalne dodatki do 19 wielkich gazet świata. Wkładki można znaleźć w niemieckiej "Sueddeutsche Zeitung", francuskim "Le Figaro" czy japońskim "Mainichi Shimbun". W sumie 10 mln dostosowanych do czytelniczych gustów w poszczególnych krajach egzemplarzy, z których każdy pokazuje Rosję i jej motywacje wyłącznie w dobrym świetle. Do tego telewizja Russia Today, stopniowo powtarzająca sukces katarskiej Al-Dżaziry, która jako pierwsza przełamała zachodni monopol na informację o zasięgu światowym.

W konfliktach z obcymi państwami Rosję wspierają też tzw. nieznani sprawcy, mający różne oblicza. Komputerowych hakerów, jak wówczas gdy estońskie urzędy zostały na kilka dni sparaliżowane atakiem po tym, jak w 2007 r. władze Tallina przeniosły z centrum stolicy pomnik ku czci Armii Czerwonej. Albo wręcz zwykłych gopników, jak po rosyjsku określa się dresiarzy. W 2005 r. w Moskwie w ciągu tygodnia pobito dwóch naszych dyplomatów, dziennikarza Pawła Reszkę oraz pracującego dla naszej ambasady rosyjskiego kierowcę. W odwecie za to, że wcześniej w warszawskim parku grupka chuliganów pobiła trzech Rosjan i Kazacha, dzieci pracujących w Polsce dyplomatów. Arytmetyka się zgadzała: trzy po jednej stronie, trzy po drugiej, zaś rosyjski kierowca dostał najwyraźniej jako Polak honoris causa, tak jak za Rosjanina honoris causa uznano młodego Kazacha. - Japonia nigdy nie zapomni stalowej pięści Władimira Putina - mówił ówczesnemu "Dziennikowi" w 2008 r. Chiharu Inaba, japoński znawca Rosji, podsumowując dwie kadencje rosyjskiego prezydenta. Paweł Reszka tę pięść dosłownie poczuł na własnej twarzy.

Podobnie jak somalijscy piraci, którzy w maju 2010 r. zaatakowali tankowiec "Moskowskij Uniwiersitiet". Rosyjscy komandosi odbili swoich, zaś porywacze mieli zostać wysadzeni na łódkę bez zapasów wody pitnej, jedzenia czy przyrządów nawigacyjnych i zostawieni na śmierć 550 km od brzegu. - Podejrzewam, że piraci zostali po prostu umieszczeni na łódce i rozstrzelani - mówił nam wówczas analityk piractwa Michaił Wojtienko z pisma "Morskoj Biulletień". - Nie mamy informacji, aby dobili oni do brzegów Somalii - przyznawał ambasador tego kraju w Moskwie Maxamed Maxamuud Xandule. Teoretycznie Rosjanie powinni postawić Somalijczyków przed sądem. Jednak woleli dać jasny sygnał somalijskim piratom: naszych statków atakować nie warto.

Rządowe bakterie

O tym, że wojna jest przedłużeniem polityki, pisał już pruski dowódca Carl von Clausewitz. Tego, że takim przedłużeniem równie dobrze może być rura z gazem, dowiedzieliśmy się dopiero od naszych sąsiadów. To, że Gazprom, rozdzielając zniżki na gaz przychylnym Rosji państwom, a karząc nieprzychylne podwyżkami, realizuje politykę zagraniczną Kremla, było jasne dla analityków od lat. Niedawno jednak wprost przyznał to sam Władimir Putin. - Gazprom przysłużył się umocnieniu pozycji naszego państwa na arenie międzynarodowej - mówił prezydent podczas zorganizowanego w lutym na Kremlu jubileuszu 20-lecia utworzenia koncernu.

Przykłady wykorzystywania gazu do karania sąsiadów można mnożyć. Wymieńmy tylko jeden, za to najbardziej znaczący. Po zwycięstwie pomarańczowej rewolucji i dojściu do władzy na Ukrainie Wiktora Juszczenki, co dla Putina było bez wątpienia największą klęską jego rządów, cena gazu została podniesiona z 50 dol. za 1 tys. m sześc. do 95 dol. w 2006 r. Gdy w 2010 r. pomarańczowy prezydent oddawał władzę rewolucyjnemu rywalowi, Ukraina płaciła za błękitne paliwo już 240 dol. Niepokornemu Kijowowi opłaca się dziś w ramach rewersu odkupywać rosyjski gaz od leżących o tysiąc kilometrów dalej Niemiec. Od tamtej pory znaczenie Gazpromu na świecie znacząco spadło. Nikt już nie myśli o koncernie jako pierwszym kandydacie do miana firmy o kapitalizacji rzędu 1 bln dol.

Gdzie jednak nie mogą gazownicy, tam zawsze można posłać sanepid. Jego szef, niezmordowany Giennadij Oniszczenko, ostatnio wykrył niebezpieczne substancje w mołdawskich winach i ukraińskich czekoladkach. Tak się przypadkowo składa, że decydują się losy podpisania przez oba państwa umów o wolnym handlu z Unią Europejską, które - o ile będą wdrażane - w 3/4 dostosują ich prawo do przepisów unijnych. Wcześniej, gdy tylko pojawiała się taka obiektywna konieczność polityczna, sanepid uderzał w producentów polskiego mięsa, łotewskich szprotów, gruzińskiej wody mineralnej czy białoruskiego mleka. Za każdym razem decyzja Oniszczenki oznaczała olbrzymie straty dla gospodarek wymienionych państw. Co najmniej raz przyczyniła się też do osiągnięcia politycznego sukcesu, jakim było wchłonięcie w 2010 r. Białorusi do uzgodnionej również z Kazachstanem unii celnej.

Oczywiście nawet najbardziej zmyślny plan nie miałby szans zadziałać, gdyby realizowali go dyletanci. Rosyjska dyplomacja uchodzi za jedną z najbardziej profesjonalnych służb zewnętrznych na świecie. Można traktować kuźnię ambasadorów, jaką jest Moskiewski Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych (MGIMO) za fabrykę szpiegów (co ma zresztą swoje uzasadnienie), ale w dziedzinie przygotowania kadr dla MSZ nie ma sobie równych. Widać to choćby po programie nauczania języków obcych. Studenci MGIMO uczą się nie tylko obowiązkowego angielskiego, lecz także któregoś z 45 innych języków. Wielu wybiera naukę trzech obcych mów, a prymusi - nawet czterech. Dla porównania studenci Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego uczęszczają na jeden lektorat języka obcego, i to jedynie przez pierwsze dwa lata nauki.

Studentom MGIMO sugeruje się, by poza językami zachodnimi wybierali też inne, bardziej egzotyczne. W ten sposób przygotowuje się kadry do pracy na obcych placówkach. Efekty widać w życiorysach najbardziej znanych absolwentów uczelni. Obecny szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow mówi m.in. po syngalesku (język urzędowy Sri Lanki). Niegdysiejszy szef MSZ Białorusi Siarhiej Martynau nauczył się suahili, rządzący przez 17 lat aż do 2010 r. rosyjską Kałmucją Kirsan Ilumżynow mówi po japońsku, a długoletni doradca rosyjskich prezydentów Siergiej Jastrżembski - m.in. po słowacku, portugalsku i włosku. Z takimi absolwentami można podbijać świat. W przenośni, a czasem jak najbardziej dosłownie.

Gdzie Gazprom nie da rady, tam zawsze można posłać sanepid. Jego szef, niezmordowany Giennadij Oniszczenko, wykrywał już niebezpieczne substancje w mołdawskich winach, ukraińskich czekoladkach, polskim mięsie, łotewskich szprotach, gruzińskiej wodzie mineralnej czy białoruskim mleku

@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.000001100.804.jpg@RY2@

ap

Michał Potocki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.