Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Gibraltarska opera mydlana

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 25 minut

Dwie dawne potęgi kolonialne kłócą się o malutki cypel na peryferiach Europy. Bardziej z powodu nieokiełznanej dumy niż realnego znaczenia tego skrawka ziemi

O ba państwa są monarchiami. W obu rządzą konserwatyści. Oba należą do UE i NATO. Dla Wielkiej Brytanii Hiszpania jest ósmym partnerem handlowym, Albion jest także największym inwestorem zagranicznym w Hiszpanii. Setki tysięcy turystów z Anglii, Walii i Szkocji spędzają co roku wakacje na Costa del Sol, Majorce czy Ibizie, zajadając się paellą i popijąc rioję. Co zamożniejsi kupują tam domy, by umilić sobie emeryturę w śródziemnomorskim słońcu. Z kolei na Wyspach zarejestrowanych jest 450 hiszpańskich firm. Nad Tamizą aktywnie działają banki, koncerny energetyczne, spółki budowlane, a Zara sprzedaje tony ciuchów w swoich 65 sklepach.

Wydawałoby się, że rządom w Londynie i Madrycie powinno zależeć na jak najlepszych relacjach. Tylko że w stosunkach międzynarodowych występuje jeszcze jeden element, często niedoceniany, choć odgrywający ogromną rolę - szczególnie w przypadku dawnych potęg kolonialnych. Tym elementem jest duma. I to właśnie z powodu dumy Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz Królestwo Hiszpanii od czasu do czasu toczą wojenkę o pewną skałę. Na szczęście to wojna tylko na słowa, bez udziału myśliwców, fregat czy haubic. Ale i tak budzi ona wielkie emocje.

Betonowa prowokacja

6,8 km kw. 31 tys. mieszkańców. Gibraltar jest ledwie spłachetkiem ziemi. Jednak niemal co roku trafia na czołówki gazet w obu krajach z racji jakiegoś drobnego incydentu, zazwyczaj rozdmuchiwanego do rangi wrogiego, zbrojnego aktu. Wraca jak bumerang czy raczej jak bohater 756. odcinka telewizyjnej opery mydlanej.

Cóż, duma rządzi się swoimi prawami. Tym razem poszło o betonowe bloki wrzucane przez Brytyjczyków do Zatoki Gibraltarskiej. Przyznajmy, brzmi to groteskowo. Należałoby oczekiwać raczej nalotu bezzałogowych dronów, ataku hakerów na serwery rządu w Madrycie czy gradu precyzyjnych pocisków ziemia-ziemia. Ale Londyn rozpoczął najnowszą batalię o Gibraltar za pomocą kloców z betonu. To jeszcze jeden dowód na to, że Wielka Brytania i Hiszpania toczą z sobą wojnę z wieku XVIII, a nie XXI. Aż dziw bierze, że nie użyto katapult i kotłów z wrzącą smołą, ale 70 betonowych bloków tworzących coś w rodzaju sztucznej rafy. Według władz Gibraltaru ma ona przyciągnąć ławice ryb i dzięki temu pomóc w połowach lokalnym rybakom. Według Hiszpanów to perfidna próba odcięcia od łowisk kutrów z pobliskiego portu w Algeciras (11 km w linii prostej od Gibraltaru, po drugiej stronie zatoki).

Premier Mariano Rajoy nie mógł pozostawić tego "wrogiego, zbrojnego aktu" bez odpowiedzi. Betonowe bloki wymagały ostrej i jednoznacznej reakcji. Hiszpański rząd ogłosił, że rozważa wprowadzenie specjalnej opłaty wjazdowej dla wszystkich osób przekraczających granicę hiszpańsko-gibraltarską, w wysokości 50 euro. Na razie karne myto jest w fazie projektu, lecz hiszpańscy celnicy już zaczęli utrudniać życie turystom, biznesmenom i zwykłym mieszkańcom, poddając ich skrupulatnym kontrolom. Na początku sierpnia niektórzy musieli odczekać w kolejce i w 30-stopniowym upale aż cztery godziny.

Już wcześniej Hiszpania stosowała podobne sankcje. W 1969 r., czyli jeszcze za rządów generała Francisca Franco, granica została zamknięta na cztery spusty: Madryt zaprotestował w ten sposób przeciwko zapisowi w nowo przyjętej konstytucji Gibraltaru, wedle której "rząd Jej Królewskiej Mości nigdy nie zgodzi się na przejście tego zamorskiego terytorium pod jurysdykcję innego państwa, wbrew woli samych mieszkańców". Granica została ponownie otwarta dopiero w 1982 r., ale tylko dla ruchu pieszego. Trzy lata później - również dla samochodów. Z kolei loty pasażerskie między Hiszpanią a Gibraltarem wznowiono dopiero w roku 2006.

Gibraltar trafił w ręce Brytyjczyków 300 lat temu, w konsekwencji trwającej przez 12 lat wojny sukcesyjnej o tron Hiszpanii. Anglicy wsparli w niej jednego z pretendentów - arcyksięcia Karola. W tego typu rozgrywkach interwencje ościennych mocarstw były na porządku dziennym - każdy chciał ugrać coś dla siebie i poszerzyć własną strefę wpływów na geopolitycznej mapie Europy.

Oczy i uszy aliantów

Jednym z epizodów wojny było oblężenie Gibraltaru przez angielską flotę dowodzoną przez admirała Georgea Rookea. Miał on zdobyć skałę dla arcyksięcia Karola, gdy jednak na początku sierpnia 1704 r. wkroczył do portu i opanował fortecę, nad cyplem załopotał sztandar z krzyżem św. Jerzego. Admirał postanowił oddać swój łup w prezencie królowej Annie Stuart. Przez kolejne dziewięć lat Hiszpanie próbowali odbić Gibraltar - bezskutecznie. Wreszcie w 1713 r. król Filip V skapitulował i podpisał traktat z Utrechtu, na mocy którego na zawsze zrzekał się praw do Gibraltaru. Co wcale nie zniechęciło Hiszpanów do starań o odzyskanie skały - w najbardziej krwawej wojnie, w latach 1779-1783, zginęło ponad 5 tys. Hiszpanów i blisko 2 tys. żołnierzy brytyjskich.

Podczas II wojny światowej Gibraltar był jedną z najważniejszych baz aliantów. Dzięki niej Anglicy monitorowali statki handlowe i okręty wojenne, wpływające i wypływające z Morza Śródziemnego. W listopadzie 1942 r. generał Dwight Eisenhower ustanowił w Gibraltarze swoją kwaterę i kierował stamtąd desantem wojsk sojuszniczych w północnej Afryce. Nic dziwnego, że skała była celem nieustannych bombardowań samolotów włoskich (startujących z Sardynii) oraz lotnictwa francuskiego reżimu Vichy.

Niemcy nosili się z zamiarem dokonania inwazji na Gibraltar drogą lądową, Hitler miał omawiać takie rozwiązanie podczas spotkania z generałem Franco w Hendaye na granicy hiszpańsko-francuskiej w październiku 1940 r. Ostatecznie operacja "Felix" nie doszła do skutku: Franco nie przystąpił do wojny po stronie Osi i nie zgodził się na przemarsz wojsk niemieckich przez terytorium Hiszpanii. Ponadto obawiał się, że w ramach retorsji Brytyjczycy mogliby zaatakować Wyspy Kanaryjskie.

Jeszcze podczas zimnej wojny Gibraltar był ważnym punktem strategicznym, potem jednak, wraz z upadkiem Związku Sowieckiego oraz gwałtownym rozwojem techniki, przede wszystkim satelitarnej, jego militarne znaczenie zmalało. Gibraltar stał się głównie centrum turystycznym, a także - dzięki korzystnemu systemowi podatkowemu - finansowym. O ile w 2006 r. swoją siedzibę miało tutaj 20 różnych funduszy inwestycyjnych, o tyle dziś jest ich już 150. Do 2009 r. Gibraltar figurował na czarnej liście rajów podatkowych OECD, ale w ciągu kilku lat spełnił wszystkie kryteria wymagane przez tę organizację i został wykreślony z zestawienia.

Sprzeczka postkolonialna

Nadal jednak uchodzi za miejsce, w którym robi się interesy w bardziej przyjaznej atmosferze niż gdzie indziej. Dlatego też w jednym z niedawnych wywiadów minister spraw zagranicznych Hiszpanii José Manuel García-Margallo obwieścił, że odpowiednie służby jego kraju przyjrzą się deklaracjom podatkowym i kontom ok. 6 tys. obywateli Gibraltaru, którzy posiadają nieruchomości na terytorium Hiszpanii. Słowem: agenci skarbówki przetrzepią ich od stóp do głów, a jeśli natrafią na jakieś nieprawidłowości - a natrafią bez wątpienia - srogo ukarzą.

Na te pogróżki zareagował premier Gibraltaru Fabian Picardo. Powiedział, że spodziewałby się takich słów raczej po Kim Dzong Unie, przywódcy Korei Północnej, a nie po ministrze zaprzyjaźnionego państwa Unii Europejskiej. "Ciekawe, co o opłacie wjazdowej pomyśli 10 tys. Hiszpanów, którzy codziennie przyjeżdżają tutaj do pracy" - dodał. Zastępca Picardo Joseph García (zbieżność nazwisk z szefem hiszpańskiej dyplomacji zupełnie przypadkowa) także wyraził swoje oburzenie i stwierdził, że jego administracja zacznie dokumentować przypadki łamania praw obywatelskich przez hiszpańskich urzędników oraz zbierać skargi od ludzi przetrzymywanych bez przyczyny na granicy, by następnie skierować sprawę do europejskich trybunałów.

Do kłótni włączyli się nawet hiszpańscy ekolodzy, którzy domagali się od premiera Rajoya, by ten zwrócił uwagę Brytyjczyków na szkody wyrządzone środowisku. Jedna z organizacji przypomniała, że rząd Gibraltaru nie tylko zaśmieca Morze Śródziemne betonem, lecz także odprowadza ze swojego portu - prosto do wody - niewyobrażalne ilości trujących, płynnych odpadów.

Napięcie rosło, aż wreszcie obaj premierzy uznali, że konieczna jest rozmowa na najwyższym szczeblu. Chwycili więc za słuchawki i 7 sierpnia rano odbyli 10-minutową pogawędkę. Uprzejmą, ale niezbyt kordialną. Rajoy był nastawiony nieco bardziej ugodowo i obiecał, że kontrole na granicy zostaną złagodzone. Jednocześnie przekonywał swojego brytyjskiego odpowiednika, że wielokilometrowe kolejki nie wynikały ze złośliwości hiszpańskich policjantów i celników, lecz z tego, że walczą oni heroicznie z nielegalnym przemytem różnych towarów z i do Gibraltaru. David Cameron podkreślał ze swojej strony, że "konflikt nie powinien negatywnie wpływać na stosunki Londynu i Madrytu", ale stwierdził stanowczo, że jego rząd nie zamierza zmieniać swojego stanowiska w kwestii autonomii Gibraltaru i prawnego charakteru przybrzeżnego akwenu. W tłumaczeniu na język potoczny Cameron zasugerował Rajoyowi, żeby się od Gibraltaru, delikatnie mówiąc, odczepił.

Szarpanina o skały

W tym samym czasie wojna trwała także na łamach gazet i na portalach internetowych. W Hiszpanii zdecydowana większość mediów wsparła Rajoya. Oprócz "El País", największej i najbardziej wpływowej gazety Półwyspu Iberyjskiego, o antyfrankistowskim rodowodzie, która tak bardzo nienawidzi prawicy, że nawet w sprawie Gibraltaru poparcie dla Rajoya nie przeszło jej przez gardło. Na Wyspach sytuacja była identyczna - poważne gazety publikowały wstępniaki, w których wyśmiewano wymachującego szabelką Rajoya, a tabloidy, jak to mają w zwyczaju, uderzały w tony patriotyczno-churchillowskie. Jednak także tutaj pojawił się wyjątek: Mary Dejevsky, publicystka dziennika "The Independent", wyraziła zrozumienie dla hiszpańskich pretensji, przypominając, kto tym razem rozpoczął dyplomatyczną przepychankę i kto komu chciał zaszkodzić.

Niemniej polityczne elity Londynu przemawiały jednym głosem. Nie sposób było znaleźć nikogo, kto miałby odwagę wykrztusić z siebie dobre słowo o Rajoyu. Nawoływanie do ustępstw wobec Hiszpanii (o oddaniu Gibraltaru nie wspominając) można by porównać do apeli o rezygnację z funta. Każdy, kto pozwoliłby sobie na taki wyskok, popełniłby spektakularne harakiri.

Dlatego np. deputowany torysów Andrew Rosindell wybrał przeciwny kierunek. W tekście zamieszczonym na partyjnym portalu Conservativehome.com zaproponował rządowi Jej Królewskiej Mości podjęcie radykalnych kroków: "Najwyższy czas, aby Hiszpania zaczęła się zachowywać jak normalna, nowoczesna demokracja i skończyła z tymi bredniami" - napisał Rosindell. "Jeśli nie, trzeba będzie wyrzucić z Londynu hiszpańskiego ambasadora, wykorzystać wpływy naszego kraju w organizacjach międzynarodowych, by zmusić Madryt do ustępstw, a do Gibraltaru wysłać okręty Royal Navy".

Według brytyjskiego posła Mariano Rajoy, podkręcając temperaturę sporu, sprytnie odwraca uwagę hiszpańskiej opinii publicznej od własnych problemów. Jego gabinet jest bowiem pogrążony w poważnym kryzysie - nie tylko przez głęboką zapaść gospodarczą i wysokie bezrobocie, lecz także w wyniku afery z nielegalnym finansowaniem rządzącej Partii Ludowej. Były skarbnik ugrupowania Luis Bárcenas siedzi w więzieniu podejrzany o zdefraudowanie blisko 50 mln euro, a sam Rajoy musi się tłumaczyć z nadprogramowych przelewów, jakie przez wiele lat wpływały na jego konto i na konta jego najbliższych współpracowników.

Werbalna potyczka o Gibraltar przypomina pod tym względem inną odwieczną szarpaninę - Albionu z Argentyną o Falklandy. Prezydent Cristina Fernández de Kirchner, za każdym razem, gdy popada w polityczne tarapaty, wytacza działa przeciwko Brytyjczykom, domagając się zwrotu "Malwinów" i krytykując arogancką, postkolonialną politykę Downing Street. Jest jednak istotna różnica: Hiszpanie nie mogą używać takiej retoryki, bo przecież dokładnie po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej... sami utrzymują dwie enklawy - Ceutę i Melillę - o które z kolei toczą od wielu lat dyplomatyczny spór z Marokiem.

Można by rzec - trafił swój na swego. Niezależnie jednak od tego, czyja flaga będzie powiewać na najsłynniejszej skale Europy, jedno się w Gibraltarze nie zmieni: pogoda. To pewnie główny powód, dla którego Brytyjczycy, przyzwyczajeni do nieustannie siąpiącego deszczu i męczących mgieł, tak kurczowo się owej skały trzymają.

@RY1@i02/2013/158/i02.2013.158.000001000.801.jpg@RY2@

Anton Meres/Reuters/Forum

Marek Magierowski

 publicysta tygodnika "Do Rzeczy"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.