Gorzka wolność
Żaden z krajów, które wybiły się na niepodległość w ostatnich 20 latach, nie zamienił się w krainę mlekiem i miodem płynącą
Jeszcze na godzinę przed północą - gdy niebo pojaśniało od fajerwerków, rozbrzmiały dzwony w kościołach i klaksony aut - David Morbe dopieszczał dzieło życia: czterometrowy pomnik "ojca narodu" Johna Garanga. Partyzanta, który przez dekady kąsał rząd w Chartumie, próbując oderwać południową część Sudanu i stworzyć tam niepodległe państwo.
Ambicje ziściły się po latach, choć Garang tego nie doczekał - zginął kilka lat wcześniej w tajemniczej katastrofie helikoptera. Rzeźba - choć niezbyt udana, postawiona w szczerym polu nieopodal mauzoleum watażki, pozbawiona proporcji i wzorowana najwyraźniej na "leninach" i "maozedongach" tłoczących się na skwerach dawnego bloku wschodniego - miała być zadośćuczynieniem ze strony wdzięcznego narodu. Okryta flagą nowo powstałego państwa czekała do północy, gdy tłum w Dżubie i kilku innych miastach Sudanu Południowego rozkrzyczał się radośnie, zaczął śpiewać i tańczyć.
- W jednej chwili ludzie zaczęli płakać z radości, a ja miałem w sercu to samo uczucie. To był sen - mówi po trzech latach Morbe. Dziś pomnik Garanga i maszt z państwową flagą wciąż stoją, za to próba zbliżenia się do mauzoleum na odległość mniejszą niż sto metrów może skończyć się zatrzymaniem i wymierzeniem kary batem. - Ludzie pragnęli lepszego życia, rozwoju i rozbudowy kraju, a nie czegoś takiego. Czyniliśmy kroki w złym kierunku. A teraz jeszcze starcia etniczne czynią nas upadłym narodem - lamentuje Morbe.
"Rząd i siły opozycji, razem ze sprzymierzonymi z nimi sojusznikami, od grudnia 2013 r. popełniły nadzwyczajne akty okrucieństwa, rozmiarem urastające do rangi zbrodni wojennych, a w niektórych przypadkach - zbrodni przeciw ludzkości. Siły te atakują i niszczą cywilne obiekty, w tym domy, infrastrukturę humanitarną, samochody i biura agencji pomocowych, obiekty opieki medycznej, w tym najważniejsze szpitale. Obie strony bezlitośnie biorą sobie na cel miejsca ucieczki ludności - w tym kościoły, szpitale czy bazy ONZ" - piszą w opublikowanym latem raporcie działacze Human Rights Watch. Według szacunków opublikowanych na początku grudnia, do dziś w Sudanie Południowym - wskutek konfliktu dwóch najważniejszych grup etnicznych: Nuerów i Dinka - zginęło ok. 10 tys. ludzi, a 1,9 mln uciekło z domów. Marzenie o napędzanym zasobami ropy Eldorado nieodwołalnie prysło.
Mrzonki o ropie
- W przypadku Sudanu Południowego niczego nie rekonstruujemy, niczego nie odbudowujemy, zaczynamy od podstaw - mówiła dwa lata temu specjalna przedstawicielka ONZ w nowym kraju Hilde Johnson. Trudno o lepszą charakterystykę: w chwili ogłoszenia niepodległości połowa Sudańczyków z południa żyła poniżej progu ubóstwa, z tego co drugi nie przeżyłby roku bez pomocy humanitarnej. Jedynie co czwarty umiał pisać i czytać, a odsetek analfabetów wśród kobiet i śmiertelność niemowląt były najwyższe na świecie. Do szkół średnich chodziło zaledwie 1-2 proc. południowosudańskiej młodzieży. W całym państwie można się było doliczyć ledwie 300 km dróg z prawdziwego zdarzenia, a prąd i bieżąca woda były zjawiskami spotykanymi niemal wyłącznie w większych miejscowościach. Inflacja w ciągu ostatniego roku przed ogłoszeniem niepodległości przekraczała 46 proc., a wzrost gospodarczy - 1,9 proc. PKB. Potem przestano mierzyć te wartości.
Cały pomysł Sudańczyków z Południa sprowadzał się bowiem do eksportu surowców. Udział Południa w produkcji sudańskiej ropy - właściwie jedynego źródła dochodów rządów w Chartumie i Dżubie - sięgał 85 proc. i, w powszechnym przekonaniu, wyłącznie perspektywa podziału zysków z surowca sprowadziła przywódców i watażków z obu stron do stołu negocjacji. Obie strony trzymały się w szachu: Południe ma złoża, Północ infrastrukturę konieczną do wytransportowania ropy na wybrzeże Morza Czerwonego i załadowanie jej na tankowce w Port Sudan. Dżuba nawet nie kryła, jak wielkie znaczenie będzie miało dla niej czarne złoto: zgodnie z oficjalnymi komunikatami eksport ropy miał dostarczyć rocznie rządowi Południa 98 proc. wpływów budżetowych, czyli ok. 8 mld dol.
W uproszczeniu plan władz nowego państwa prezentował się następująco - z tych pieniędzy (oraz dzięki międzynarodowym sponsorom i darczyńcom) "stawia się" państwo. Jednocześnie zachęca się potencjalnych inwestorów - w Sudanie Południowym Chińczycy, Hindusi i Malezyjczycy pojawili się na długo przed ogłoszeniem niepodległości - do dalszych poszukiwań. Nowe złoża napędzają wzrost: w najgorszym przypadku wyjdzie nowa Angola, gdzie establishment zgarnia lwią część zysków z eksploatacji surowców, w scenariuszu optymalnym będzie nowy Kuwejt. - Jeździliśmy do Nowego Jorku rozmawiać z ambasadorami w ONZ, w tym z Amerykanką Susan Rice. Mówiliśmy im: prosimy, nie lekceważcie tych podziałów, które były w cieniu wojny o niepodległość - wspomina tymczasem Edmund Yakani, szef wspierającej budowę struktur państwowych organizacji Community Empowerment for Progress Organization. - Ale oni myśleli wyłącznie w kategoriach rozwoju i gospodarki i odpowiadali: ach, zasypmy te problemy pieniędzmi - dodaje.
A te poszły w jedyną instytucję, którą udało się zbudować po 2011 r.: armię. Siły zbrojne pochłaniają 38 proc. przychodów z ropy. Dla porównania - infrastruktura odpowiadała za 10 proc., edukacja - 7 proc. Pozostałe prawie 4 mld dol.? - Walczyliśmy o wolność, sprawiedliwość i równość - wytykał swoim kolegom z rządu były watażka i pierwszy prezydent nowego kraju Salva Kiir. - A jak już uchwyciliśmy się władzy, zapomnieliśmy o tym i zaczęliśmy wzbogacać się kosztem naszego ludu - strofował.
Norwegia w tropikach
O ironio, w obecnych okolicznościach Sudańczycy z Południa mogą pozazdrościć sukcesów nawet Erytrejczykom. Mieszkańcy tego wschodnioafrykańskiego kraju, który wybił się na niepodległość ponad 20 lat temu, przynajmniej nie muszą się borykać z wojną domową, a gospodarka - zrywami - potrafi się rozpędzić: w 2012 r. wzrost PKB przekroczył nawet 7 proc., co lokowało Erytreę wśród najszybciej rozwijających się państw świata.
Ale słowo "sukces" wciąż w tym przypadku byłoby nie na miejscu. Erytrejczycy co prawda nigdy nie utożsamiali się z Etiopczykami, a związek z tym krajem - najpierw na zasadach regionu autonomicznego, a potem "zwykłej" prowincji - uznawali za dopust boży. Już w latach 60. skarżyli się na szabrowanie rodzimej gospodarki - dowodem miały być statystyki, z których wynikało, że w 1958 r. na terenie Erytrei działało 165 dużych fabryk, a już trzy lata później zostało ich 83. Refleksja ta poprzedziła wybuch pełzającej wojny domowej, która na trzy dekady skutecznie zahamowała rozwój kraju. W kolejnych dekadach było tylko gorzej, do czego przyczyniały się klęski żywiołowe, etiopskie ofensywy zmierzające do zduszenia separatystów czy zapaść sąsiedniej Somalii.
Ogłoszona w 1993 r. niepodległość w minimalnym stopniu poprawiła życie Erytrejczyków. Choć kraj od 20 lat cieszy się względnym spokojem, a eksperci ds. humanitarnych wskazują np. na znaczący spadek śmiertelności dzieci - to wciąż, podobnie jak na południu Sudanu, połowa mieszkańców żyje poniżej progu ubóstwa, a trzecia część pieniędzy w erytrejskich portfelach to przelewy od rodaków, którzy zaczepili się w państwach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, wykonując najprostsze prace. Przeszło 7-proc. wzrost PKB dwa lata temu wiązał się przede wszystkim z odbudową rolnictwa i wioskowej infrastruktury, zdewastowanych dekadami wojny (według Banku Światowego w okresie konfliktu z dymem poszło 55 tys. domów, wyrzynano też stada bydła, których wartość wyceniono po latach na niemal ćwierć miliarda dolarów).
Ale i ten gospodarczy podskok okazał się być wyłącznie tymczasowy. W ubiegłym roku Erytrea zdobyła się już jedynie na 1-proc. wzrost PKB, w tym roku prognozuje się nie więcej jak 1,9 proc. Inflacja sięga 17 proc., a politycy nie kradną zanadto - bo też i nie ma czego kraść: przychody budżetu z trudem wybijają się na ponad 800 mln dol. W tych warunkach udaje się nawet, procent po procencie, zbijać deficyt budżetowy. Gospodarkę napędzają w zasadzie dwa przedsięwzięcia: kopalnia miedzi w Bisha i uruchomiona w tym roku kopalnia złota w Zara. - W średniej perspektywie Erytrea oczekuje dalszego wzrostu na obszarach produkcji ropy, rybołówstwa oraz turystyki - piszą ostrożnie eksperci African Development Bank.
"W średniej perspektywie" drugą Norwegią mógłby zostać i Timor Wschodni. Dawna prowincja Indonezji, która po wieloletniej wojnie lokalnych separatystów z przysyłanymi z Dżakarty oddziałami od momentu uzyskania niepodległości w 2002 r. stawia na wydobycie ropy i gazu - surowców, których na odległym skrawku dawnego indonezyjskiego imperium nie brakuje. Trudno się temu zresztą dziwić: gdy po niemal ćwierć wieku pełzającej rebelii Indonezja postanowiła zdławić separatyzm twardą siłą, w ramach przeprowadzonej w 1999 r. ofensywy zniszczono 70 proc. infrastruktury gospodarczej w ówczesnej zbuntowanej prowincji.
Mimo to Dżakarta nie utrzymała Timoru - już trzy lata później, przy aprobacie świata, Timor Wschodni ogłosił niepodległość i błyskawicznie dogadał się z Australią odnośnie podziału zysków z przybrzeżnych złóż ropy, z których tylko jedno - Sunrise - wyceniane jest na 40 mld dol. Ba, wcześniejsze porównanie z Norwegią jest usprawiedliwione o tyle, że Timorczycy już w 2005 r. założyli specjalny Fundusz Naftowy (dziś dysponujący kilkunastoma miliardami dolarów), który ma posłużyć do ufundowania lepszej przyszłości następnym pokoleniom wyspiarzy.
Realia są jednak nieco inne. Gwarantem spokoju i protektorem kraju pozostali Australijczycy, którzy podesłali Timorczykom oddziały pokojowe zapewniające władzom względny spokój. Wskaźniki rozwojowe są niewiele lepsze niż we wspomnianych państwach afrykańskich: połowa ludności żyje poniżej progu ubóstwa, podobny jest wskaźnik analfabetyzmu, a co piąty mieszkaniec Timoru nie ma pracy. Prąd i bieżąca woda zostały podciągnięte do większości mieszkań w miastach, ale na prowincji cieszy się nimi ledwie co piąte gospodarstwo. Inflację udaje się co prawda utrzymać w ryzach - nie przekracza 10 proc. - ale wystarcza jedna sezonowa susza, a kraj chybocze się na krawędzi kryzysu humanitarnego (jak w 2007 r.). Wydobycie ropy odpowiadało za 77 proc. PKB państwa oraz 95 proc. przychodów budżetu, szacowanego w sumie na kwotę 4,5 mld dol.
Pozostaje zatem pokładać nadzieje w Funduszu Naftowym. W trzecim kwartale tego roku, zgodnie z danymi timorskiego banku centralnego, rząd przelał na jego konta kolejne 177 mln dol. Jednocześnie jednak analitycy pozarządowej organizacji Lao Hamutuk twierdzą, że środki, którymi dysponuje fundusz, w tym samym czasie de facto skurczyły się z 16,634 do 16,584 mld dol. Innymi słowy, wyparowało 50 mln dol. Nie dość, że rząd jedną ręką dokłada do kasy funduszu, a drugą zabiera - w trzecim kwartale 340 mln dol. - na rozmaite projekty publiczne. Dodatkowo fundusz stracił w tym okresie 276 mln dol. na wymianie walut.
Analitycy niestrudzenie podkreślają, że na ropie i gazie nie da się oprzeć gospodarki całego kraju. "Odkąd odkryto ropę na Timorze Wschodnim, gospodarstwa domowe konsumują więcej, ryzyko śmierci dzieci pojawia się znacznie rzadziej i jest większa szansa, że pójdą one do szkoły" - kontrował niedawno te zalecenia rząd w oficjalnym komunikacie. - "Bogactwo surowcowe pomogło nam utrwalić pokój i nie wywoływało politycznej niestabilności. Fundusz Naftowy oznacza, że mamy szansę uniknąć najcięższych form makroekonomicznej niestabilności. A większość publicznych wydatków stanowią najważniejsze elementy infrastruktury: prąd, drogi, edukacja, opieka zdrowotna i pomoc społeczna" - kwitowali oficjele.
W ostatnich tygodniach do dyskusji o przyszłości Timoru Wschodniego doszedł jednak nowy wątek: decyzja rządu premiera Xanany Gusmao o wyrzuceniu z kraju zagranicznych ekspertów, w tym sędziów, którzy mieli postawić na nogi sądownictwo. - Niemal każdy, z kim rozmawiałem, a kto nie jest zależny od rządu, wiąże te decyzje z procesami o korupcję - twierdzi australijski adwokat Alistair Wyvill, autor raportu o timorskim wymiarze sprawiedliwości. - Dowodem może być fakt, że 27 października miał się zacząć proces minister finansów Emilii Pires. Decyzja o wyrzuceniu sędziów zapadła w ostatnim dniu roboczym przed startem procesu. W efekcie proces się nawet nie zaczął - kwituje Wyvill. Dodajmy, że w identycznej sytuacji, jak Pires, jest jeszcze siedmiu innych ministrów rządu Gusmao, oskarżanych m.in. o przeforsowanie ulg podatkowych dla naftowych gigantów, np. koncernu ConocoPhillips. Wspomniani insiderzy kwitują sprawę wzruszeniem ramion: po 12 latach "weterani" walki o niepodległość postanowili podzielić owoce swojego triumfu.
Ratujemy ludzi, nie instytucje
- Wspólnota międzynarodowa nie jest w stanie budować państw - ucinał pytania weteran misji humanitarnych, obecnie szef projektu sudańskiego w rządowym amerykańskim United States Institute of Peace. - Państwa muszą się wybudować same. My możemy co najwyżej pomagać. Udaje się nam całkiem sprawnie ratować ludzi przed śmiercią, ale nie jesteśmy tacy dobrzy w budowaniu instytucji - dodawał. W przeprowadzonych dwa lata temu badaniach nad czynnikami warunkującymi niepodległość eksperci Agencji Reuters wskazywali najważniejsze elementy pozwalające mieć nadzieję na sukces nowego państwa: stabilni i nierzadko hojni sąsiedzi, silne instytucje, jednorodna i dobrze wykształcona populacja, relatywnie niska korupcja. Do tego można byłoby dorzucić jeszcze kilka innych elementów - uzyskanie niepodległości w drodze procesu politycznego, a nie walki zbrojnej, wolność słowa i tradycja rządów prawa. Nic dziwnego, że za nowe państwo, które radzi sobie najlepiej, uznano Niemcy.
Tuż za nimi jednak znalazło się kilka państw, które miały znacznie bardziej "pod górkę" - w tym Słowenia, Słowacja, Litwa czy Estonia. Ale i w nich transformacja do niezależnej państwowości nie nastąpiła z dnia na dzień. Wśród krajów dawnej Jugosławii Słowenia miała naturalną przewagę nad pozostałymi republikami: bliskość Włoch i Austrii, ledwie kilkuprocentowy odsetek innych narodów na swoim terytorium oraz trwającą ledwie dziesięć dni, symboliczną wojnę o niepodległość. Jednak szybkie usamodzielnienie się i marsz ku Europie nie uchroniły władz w Lublanie przed gospodarczą mizerią: w apogeum kryzysu Słowenia była wymieniana wśród tych państw, które są kandydatem do kolejnego bailoutu. Podobnie wypadły gospodarki państw bałtyckich - zwłaszcza łotewska. Z kolei Słowacy po uzyskaniu niepodległości przez dekadę musieli borykać się z autokratycznymi rządami Vladimira Mecziara, a w ostatnich latach z kontrowersyjną polityką Roberta Fico.
W każdym z tych przypadków jednak spójna narodowa tożsamość, wykształcenie niepodległych elit oraz perspektywa - i pomoc - związane z członkostwem w Unii Europejskiej pozwoliły uniknąć poważniejszych zawirowań. Czarnogóra, która oderwała się od Serbii w 2006 r. (i wciąż używa euro, licząc na akcesję do UE), oraz niepodległe - formalnie od 2008 r. - Kosowo w przewidywalnym terminie nie mają szans na akcesję. Ta pierwsza znalazła się w swoistym martwym punkcie, z zerowym wzrostem gospodarczym i niewielkimi perspektywami odbicia się w kolejnych latach. Kosowo zaś zamieniło się w europejską czarną dziurę - z odnowioną i rozbudowaną Prisztiną i wciąż zapadłą prowincją, administrowanymi dzięki płynącym z Zachodu funduszom.
Szkoci i Katalończycy zakładają, że uda się im się powtórzyć przynajmniej model Czech i Słowacji, a nie byłych jugosłowiańskich republik. Pierwsi liczą na ropę - od końca lat 70. dwie trzecie brytyjskiej ropy zostało wypompowane ze złóż na Morzu Północnym, do których prawa rości sobie Szkocja. Da się to przeliczyć na 183 mld funtów zarobionych przez Wielką Brytanię przez ponad trzy dekady oraz ponad 7 mld funtów rocznie - dla rządu niepodległej Szkocji - w kolejnych latach. Z kolei Katalończycy zakładają, że będą bogatsi niż dzisiejszy przeciętny Hiszpan: w regionie żyje 16 proc. mieszkańców kraju, ale odpowiadają oni za niemal 20 proc. hiszpańskiej gospodarki. W kategoriach wpływów podatkowych Barcelona mogłaby też liczyć na dodatkowe przychody - to właśnie Katalonię wybrała sobie większość z globalnych koncernów na swoją hiszpańską siedzibę.
Fiasko w szkockim referendum nie oznacza bynajmniej, że nadzieje na niepodległość wywietrzały Szkotom z głowy. W niedawnym sondażu znowu przeważyli zwolennicy tej opcji - tym razem w stosunku 52 do 48 proc., a pod koniec listopada pod parlamentem lokalnym w Edynburgu urządzano kolejne wiece na rzecz zerwania unii. W Katalonii separatystyczne nastroje podsyca kryzys finansów państwowych, ustawiczne pyskówki lokalnych polityków z władzami w Madrycie oraz resentymenty, coraz mocniej odciskające się na publikacjach lokalnych mediów i systemie edukacyjnym. - To tworzy mentalność, w której jedynym logicznym krokiem jest niepodległość - kwituje lakonicznie konstytucjonalista z Uniwersytetu w Barcelonie Francesco de Carreras.
Identyczny proces rozkręca się w Kurdystanie. Lokalni politycy otwarcie sugerują, że ofensywa ekstremistów z Państwa Islamskiego na kurdyjskich terytoriach została zainspirowana przez jakąś zewnętrzną siłę (czytaj: rządy w Bagdadzie lub Damaszku). Jeszcze na początku tego tygodnia prezydent kurdyjskiej autonomii w Iraku Masud Barzani zapewniał korpus oficerski, że nie wycofa się z pomysłu referendum niepodległościowego. - Ani kroku w tył - powtarzał.
W poszukiwaniu drugiego Singapuru
"Kiedyś badacze stosunków międzynarodowych pomijali znaczenie emocji. Polityka globalna była polem zarezerwowanym dla specjalnej kasty profesjonalistów, w większości europejskich arystokratów, którzy traktowali ją jak grę w szachy" - dowodzi na kartach "Geopolityki emocji" francuski politolog Dominique Moisi. - "Państwa i rządy miały zachowywać się racjonalnie. Emocje były trzymane w ryzach, ponieważ wprowadzały dodatkową irracjonalność w świat, który i tak zawsze znajduje się w naturalnym stanie bezładu" - dodaje.
Tym samym czynnikiem zapewne można by tłumaczyć fakt, że mimo niezbyt zachęcających doświadczeń powstałych w ostatnich latach państw, grono kandydatów do niepodległości wcale nie maleje. Ba, zdaniem Jacques’a Attali, tak zachwalana na Zachodzie i promowana na świecie demokracja będzie tylko podsycać dotychczasowe resentymenty. "Zwycięstwo demokracji wywoła nowe konflikty wewnątrz wielu państw: będą walczyły, żeby zakwestionować jakąś dominację etniczną, spowodować secesję lub jej uniknąć" - wieszczy były prezes Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju oraz doradca prezydentów Chiraca i Sarkozy’ego.
Być może pozostaje więc obstawiać, kiedy liczba państw na świecie przeskoczy próg dwustu, a potem trzystu. I jak na loterii, może któremuś z nowych krajów uda się powtórzyć los Singapuru. Większość jednak czeka pewnie co najwyżej niepodległość w stylu Abchazji. W innym jeszcze scenariuszu będzie jak u Benjamina Barbera: światem będą rządzić burmistrzowie, a granice stracą wszelkie znaczenie.
@RY1@i02/2014/246/i02.2014.246.000001800.803.jpg@RY2@
AFP/East News
Sudan Południowy miał żyć z ropy. Stara się przetrwać dzięki pomocy humanitarnej
Mariusz Janik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu