Upadek zachodniej cywilizacji
Przenoszenie się centrum świata z Europy do Azji wpływa na naszą kulturę, stosunki społeczne i gospodarkę. Czy zmieni nas samych?
W XX wieku byliśmy świadkami schyłku Zachodu. Świat skupia się teraz na Wschodzie - twierdzi brytyjski historyk Niall Ferguson. - Realiści zakładają, że wraz ze wzrostem potęgi Chin i erozją pozycji USA Pekin spróbuje użyć siły do przekształcenia zasad i instytucji systemu międzynarodowego, by lepiej służył jego interesom - sekunduje mu znany amerykański politolog John Ikenberry. Obaj mogą uchodzić za ostrożnych realistów: pod dyktando Azji zmieni się znacznie więcej niż układ sił w ONZ.
Skok na siatkę
Spór w fabryce Chung Hong Electronics w podwrocławskich Kobierzycach stopniowo przybierał na sile. Obowiązkowe nadgodziny, krótkoterminowe umowy, trochę ponad 1,5 tys. zł brutto. - Od trzech lat pracodawca wprowadzał coraz większy rygor, odebrano nam dodatki do pensji, nie zaproponowano w zamian nic, tylko coraz cięższą pracę - opowiadał Krzysztof Gazda z komisji zakładowej, gdy konflikt przekształcił się w otwarte starcie pracowników z właścicielami fabryki. - Związek na początku próbował dialogu z pracodawcą. Wysyłaliśmy kilkadziesiąt pism, pracodawca odpowiadał albo wymijająco, albo wcale. Zmuszeni więc byliśmy do wejścia w spór zbiorowy - dodał.
Ale bez efektu. - Prezes Chung Hong Electronics powiedział, że nie pójdzie na żadne ustępstwa wobec związku zawodowego, bo będzie to dla niego policzek. Przedstawiciele azjatyckiej kultury nie chcą się stosować do naszego prawa, bo uważają, że jest ono dla nich krzywdzące - podkreślił związkowiec.
Gazda stracił pracę jako pierwszy w czerwcu 2012 r. Wtedy w zakładzie, zlokalizowanym na terenie specjalnej strefy ekonomicznej, wybuchł strajk - i wkrótce na bruk trafili wszyscy jego uczestnicy, z dyscyplinarkami utrudniającymi znalezienie nowego zatrudnienia. Strony sporu wylądowały ostatecznie we wrocławskim sądzie pracy. Tym, którzy odstąpili od postępowania, zmieniano warunki zwolnienia oraz wypłacano po kilkaset złotych. Kilka osób nie zrezygnowało z dochodzenia swoich praw. Wyroki zaczęły zapadać po półtora roku, w grudniu 2013 r. Sąd nakazał firmie wypłatę odszkodowań kolejnym zwolnionym osobom, nakazał też przywrócić Gazdę do pracy. Happy end. Zwycięstwo prawa. Być może, jednak za kilka czy kilkanaście lat pracowników z kobierzyckiej fabryki możemy jeszcze uważać za wyjątkowych szczęściarzy.
Grupa 150 potencjalnych samobójców stłoczyła się na dachu. Wzburzeni ludzie stali tuż przy krawędziach, wymieniając głośne uwagi i przyglądając się tłumom gapiów i fotoreporterom, którzy z dołu, zza płotu i sprzed budynku próbowali uchwycić w kadrze ich postacie. Z niektórymi desperatami udało się porozmawiać. - Postawili nas przy nowej taśmie bez żadnego wcześniejszego przeszkolenia i jeszcze uznali, że będą płacić "po kawałku". Linia zbierająca sunęła bardzo szybko i wystarczył jeden poranek, żebyśmy mieli całe dłonie w pęcherzach i poczerniałą skórę. Cała fabryka wręcz tonęła w pyle. Nie mogliśmy już tego znieść - mówił jeden z nich.
Na dach wyległ co czwarty z zatrudnionych przy nowej taśmie. Grupa zagroziła właścicielom fabryki, że popełni zbiorowe samobójstwo. Negocjacje trwały dwa dni i choć zakończyły się ugodą, de facto w fabrykach Foxconn, największego dostawcy komponentów dla branży elektronicznej, zmieniło się niewiele. Tak samo, jak niewiele zmieniło się w Bangladeszu po zawaleniu się budynku Rana Plaza pod Dhaką, pod którego gruzami zginęło ponad 1100 osób. - To obiekt pierwszej klasy - zachwalał swoją fabrykę przedsiębiorca z branży tekstylnej kilka miesięcy po wypadku. W jego zakładzie - tak jak w przypadku Rana Plaza - nie poprowadzono dróg ewakuacyjnych, pracownicy nie mieli prawa do chorowania, a dniem wolnym był jedynie piątek. Robotnicy z tej branży po wielomiesięcznej akcji strajkowej wymusili w końcu podniesienie płacy minimalnej o, wydawałoby się astronomiczne, 77 proc. W przeliczeniu nowa płaca minimalna w tym kraju to obecnie oszałamiające 68 dol. miesięcznie.
Większość Europejczyków i Amerykanów, bez względu na współczucie dla azjatyckich robotników, uznawała, że jest to sprawa samych Azjatów - w końcu w fabrykach Foxconn czy szwalniach w Dhace łamane były również krajowe, chińskie czy banglijskie, normy pracy. Ale stosowane w praktyce standardy stoją już u naszych progów. - Niskie płace i brak poszanowania praw pracowniczych w krajach rozwijających się powodują dumpingową presję na warunki pracy w krajach europejskich - pisze na stronach kampanii "Kupuj odpowiedzialnie" Justyna Szambelan. - Na Węgrzech prawo o elastycznym czasie pracy pozwala wymagać od pracowników nawet 72 godzin pracy w tygodniu, przy wynagrodzeniu nieprzekraczającym równowartości 1000 zł. W pobliżu niektórych węgierskich fabryk świadkowie zauważyli ambulanse przyjeżdżające do pracowników, którzy zemdleli przy pracy - dodaje.
Europa Wschodnia otworzyła się na potencjalnych azjatyckich inwestorów wcześniej, teraz kryzys toruje im drogę na Zachód. Chińczycy z grupy Fosun przymierzają się do zakupu portugalskiego banku Caixa Geral de Depositos, nieco wcześniej inwestorzy zza Wielkiego Muru zawarli strategiczną partnerską umowę z należącą do Lloyd’s spółką Catlin. W 2011 r. Japończycy z Nippon Life przejęli znaczną część udziałów Allianza, w Polsce Meiji Yasuda Life ma udziały w Warcie. To jednak sektor finansowy, prawdziwymi bramami do przemysłu są specjalne strefy przemysłowe. - W Polsce również istnieją strefy, w których obowiązują bardziej liberalne wymagania w stosunku do pracodawców - wytyka Szambelan.
Nowi inwestorzy wkrótce mogą pochodzić nie tylko z Korei, Państwa Środka czy subkontynentu indyjskiego. Eksperci prześcigają się w typowaniu kolejnych gospodarczych tygrysów z Dalekiego i Środkowego Wschodu: w zależności od użytych wskaźników wschodzącymi gwiazdami są Indonezja, Wietnam, Malezja, Mongolia, Bangladesz, Pakistan, Filipiny czy Sri Lanka. Zmieniają się tylko akronimy - N-11 (następna jedenastka), 3G (państwa z obiecującymi wskaźnikami), BRIC. - Podwajając swój udział w globalnym wzroście PKB do 52 proc. w 2050 r., Azja odzyska dominującą pozycję gospodarczą, jaką miała trzysta lat temu, przed rewolucją przemysłową - pisali kilka lat temu analitycy Asian Development Bank w studium perspektyw kontynentu.
Scenariusz zakłada dziesięciokrotne zwiększenie się wartości PKB Azji: z 17 bln dol. w 2010 r. do 174 bln w 2050 r. Tempo wzrostu, jakiego doświadczyły w ostatnich latach Chiny, nie jest też obce krajom południowoazjatyckim czy dalekowschodnim. Jeśli ktoś pyta, gdzie za dekadę lub dwie będą pieniądze, odpowiedź wydaje się oczywista.
Wrocławski sąd pracy, orzekając w sprawie firmy Chung Hong Electronics, mógł się odwołać do obowiązującego prawa. Ale żadne przepisy nie są dane na zawsze. W ciągu ostatnich dwóch lat kodeks pracy poluzowały niemal wszystkie kraje zachodnie, zwłaszcza te, które znalazły się w kryzysowym dołku: Hiszpania, Włochy czy Francja. Międzynarodowy Fundusz Walutowy i tak wytyka kolejnym rządom, że zbyt powolnie liberalizują rynek pracy. Przy czym istotą dylematu nie jest to, czy przepisy są mniej, czy bardziej rygorystyczne - to raczej wybór między minimalną pensją a bezrobociem, które w przypadku zawalenia się państwowych finansów zaczyna być równoznaczne z głodowaniem. Tę diabelską alternatywę ćwiczą właśnie Azjaci - 68 dol. pensji w banglijskiej szwalni czy 120 dol. przy taśmach należących do Foxconn i tak nie wystarcza na przeżycie miesiąca. Dlatego o nadgodziny trzeba wręcz prosić. Rzucenie się z okna czy dachu też już nie wchodzi w grę: po pierwszej fali samobójstw w 2010 r. Foxconn zamontował przy budynkach pięciometrowe druciane siatki, które w razie czego wychwycą potencjalnego skoczka. Rozwiązanie idealne do zaadaptowania w specjalnych strefach ekonomicznych w Europie.
Imigrant za wszelką cenę
W ostatnich dekadach Zachód mógł liczyć na azjatyckich imigrantów: w krajach Południa mówiło się o nich rzadko i z niechęcią. Ale to przybyszów z Azji widać było na ulicach, gdy uwijali się przy pracach, które miejscowi uznali za nieatrakcyjne. Jeżeli jednak kiedyś azjatyccy imigranci podążali na Zachód za pieniędzmi i lepszym życiem, to dziś przywożą tam pieniądze - i lepsze życie sponsorują.
A jeśli nie przyjeżdżają, trzeba ich ściągnąć za wszelką cenę. W ostatnich kilkunastu miesiącach część europejskich państw zaczęła polowanie na indywidualnych inwestorów z Azji: oferując w zamian za zakup nieruchomości, milionowe inwestycje lub stworzenie nowych miejsc pracy prawo stałego pobytu (de facto obejmujące całą Unię), a nawet - obywatelstwo. Tego typu programy uruchomiono w Portugalii, Hiszpanii, Grecji, na Cyprze, Łotwie, w Bułgarii, a ostatnio - na Malcie. Do podobnego projektu przymierzają się Holendrzy. Efekt? Portugalczycy pochwalili się w marcu, że przybyło im w ten sposób 542 rezydentów - 433 to Chińczycy. Według ostrożnych szacunków Lizbona przyciągnęła w ten sposób w zeszłym roku kapitał rzędu ponad 300 mln euro.
Wraz z nimi zmieni się i Zachód. Już dziś chińscy inwestorzy dokładają do hollywoodzkich megaprodukcji - ale z zastrzeżeniem, że w murowanych hitach pojawiać się będzie "dobry Chińczyk" czy przynajmniej jakaś egzotyczna - ale i nowoczesna - metropolia. Interesów i dobrego image’u Państwa Środka na całym globie strzeże sieć Instytutów Konfucjusza - do 2020 r. władze w Pekinie chcą mieć sieć tych instytucji w pięciuset największych miastach świata. Ba, dyplomaci zza Wielkiego Muru uczestniczyli nawet w niedawnym warszawskim Festiwalu Filmowym Pięć Smaków, zachwalając dalekowschodnie kino, nie tylko chińskie zresztą. Najpopularniejsza za Wielkim Murem wyszukiwarka internetowa Baidu ma wbudowaną idącą w setki pozycji listę haseł będących na cenzurowanym. Słowa "demokracja", "prawa", "strajk", "bunt" to tylko kilka z nich. Nie przeszkadza to firmie funkcjonować na nowojorskiej giełdzie. Wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której Baidu wygryzłoby z globalnego rynku Google’a.
Zachód przyswaja sobie kolejne atrybuty azjatyckiej kultury - dość wspomnieć popularność powieści Haruki Murakamiego, literackiego Nobla dla Mo Yana, modę na kino z Bollywood, "Gangnam Style" Psy’ego, sztukę Ai Weiweia. Na obiady wybieramy sushi lub ryż basmati z mięsem w sosie curry.
Odruchowo zaczynamy zginać grzbiet, wręczając azjatyckiemu partnerowi w interesach wizytówkę. - Przyjmowanie lub wręczanie wizytówek dwiema rękami jest uważane za gest uroczysty i uprzejmy. Wielu Chińczyków zada sobie trud, by tak uczynić, i jeśli spotkasz się z naprawdę ważnymi ludźmi, wypada, abyś i ty również się tak zachował - poucza w książce "Jak robić interesy w Chinach" Ted Plafker, analityk i dziennikarz "The Economist". Ale i natychmiast rozbraja tę bombę. "Na pewnym poziomie etykieta przestaje mieć w Chinach takie znaczenie, jak kiedyś. Po części są to zmiany pokoleniowe. Wśród starszych ludzi częściej zauważysz potrzebę zachowania tradycyjnej postawy. Odnosi się to szczególnie do ludzi, którzy nadal pracują w tradycyjnych państwowych przedsiębiorstwach lub są konserwatywnymi pracownikami instytucji ministerialnych. Jednak młodzież w Chinach zachowuje się mniej formalnie, jest bardziej otwarta na wpływy z zewnątrz i generalnie łatwiejsza we współżyciu" - podsumowuje.
Tyle że wciąż zbytnia dociekliwość w drażliwych dla Chińczyków kwestiach politycznych, rygorystyczne trzymanie się protokołu, niewprawne przetłumaczenie swojego imienia na lokalną wersję, przypadkowe nawet obrażenie partnera - mogą oznaczać zerwanie dobrego kontraktu. Wystarczy wspomnieć reakcję prezesa Chung Hong Electronics na protest związkowców. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że Azjaci z Dalekiego Wschodu nie powiedzą "nie" ani nie odmówią pomocy, nawet jeśli nie wiedzą, jak jej udzielić (np. nie mają pojęcia, gdzie jest szukany przez nas adres). Na Bliskim i Środkowym Wschodzie nie ma szans, by zaaranżować jakieś szczegóły umowy czy spotkania przez e-mail - wymagany jest kontakt osobisty, najlepiej twarzą w twarz.
Konformizm, kopiowanie, wspólnotowość
"Azja nie może się rozwinąć, ani przyjąć modelu kapitalistycznego, ze względu na swoją konfucjańską kulturę. Zachęca ona do konformizmu, kopiowania, wspólnotowości, do kultywowania wartości sprzecznych z indywidualizmem, niezbędnym do przedsiębiorczości" - sarkał niemal sto lat temu niemiecki socjolog Max Weber. "Te cechy nie zawsze są negatywne: konfucjański konformizm szkodziłby duchowi przedsiębiorczości, jednak byłby pożyteczny w zestandaryzowanym przemyśle, tłumacząc koreańskie upodobanie do składania"- kontrował po latach francuski ekonomista Guy Sorman w książce "Ekonomia nie kłamie".
Dziś konfucjanizm, islam czy zoroastrianizm nie stoją na przeszkodzie przedsiębiorczości. Jack Ma stworzył internetową platformę handlową Alibaba - pod względem liczby użytkowników i obrotów przewyższającą eBay i Amazon. Steve Chen współzakładał portal YouTube. Książę Al-Waleed bin Talal stworzył imperium obejmujące udziały w Twitterze, nieruchomości na całym świecie i gigantyczny, działający na globalną skalę koncern multimedialny Rotana. Przodkowie Ratana Taty z mozołem konstruowali biznesową grupę, która działa dziś w 80 krajach, składa się z ponad stu firm i zatrudnia 400 tys. ludzi. W tureckiej gospodarce od dekady karty rozdaje nowa biznesowa elita, nazywana czasem "anatolijskimi kalwinistami" - ze względu na rygorystyczną etykę pracy, do jakiej odwołuje się na co dzień.
Ojczyzny wszystkich wymienionych były kilkadziesiąt lat temu wyłącznie rezerwuarami taniej siły roboczej: dziś są krajami szybko pęczniejących elit finansowych, coraz bogatszej klasy średniej i światowej klasy specjalistów. Azja nie musi się już oglądać na zachodnich konsumentów - wkrótce rodzime rynki z powodzeniem zastąpią te w Europie i Ameryce. Trend da się też podsumować jednym słowem: demografia. U progu milenium na kontynencie azjatyckim było miliard Chińczyków, miliard Hindusów i ze dwa miliardy - któż bowiem dokładnie zliczy - mieszkańców innych państw. Przyrost liczby ludności co prawda zwalniał, ale też bynajmniej nie zanikał. I tak ma być jeszcze co najmniej do połowy obecnego stulecia. W 2050 r. Azja będzie liczyć pięć miliardów mieszkańców. W tym samym czasie liczba Europejczyków i Amerykanów będzie spadać.
W tym miejscu można rozpisywać najrozmaitsze scenariusze. Choćby i taki: tej bogatej, stojącej na równie wyrafinowanym technologicznie poziomie i wciąż dysponującej rodzimą tanią siłą roboczą Azji Zachód nie będzie do niczego potrzebny - ani jako inwestor, ani jako rynek zbytu. Albo więc zrówna standardy i stawki z tymi, które funkcjonują w Chinach czy Indiach, albo będzie skazany na kurczące się - z powodu kulejącej gospodarki i trendów demograficznych - rodzime rynki. Przy czym zachodni konsumenci ze względu na cenę i tak będą wybierać tańsze azjatyckie produkty. W ślad za milionami drobnych, codziennych wyborów będą rosły nowe potęgi gospodarcze - z Azji rodem. A wraz z nimi będą rosły też wpływy gospodarcze i kulturowe, które odeślą "wartości zachodnie" do lamusa. Innymi słowy, błędne koło.
To scenariusz pesymistyczny. Optymistyczny zakłada, że azjatyccy robotnicy - tak jak dzieje się to w Bangladeszu czy Chinach - będą wymuszać stopniową podwyżkę płac. Nowe, młode pokolenie inspiracji dla swojego światopoglądu będzie szukać w globalnym kotle idei, adaptując "wartości zachodnie" na swoje potrzeby, modernizując gospodarki, społeczeństwa, politykę. A wraz ze zmianą układu sił w globalnej polityce azjatyccy liderzy podzielą się odpowiedzialnością za losy świata. Tyle że przez kilka ostatnich stuleci Azja była przedmiotem, a nie podmiotem światowej polityki. Przedstawiciele zachodnich koncernów produkujących w Azji o "zachodnich wartościach" i prawach pracowniczych zapominali już na stopniach samolotu. Trudno oczekiwać, że Azjaci nie odwdzięczą się tym samym.
Po drugiej stronie Wielkiego Muru, mimo nuty triumfu, eksperci próbują koić zachodnie obawy. - Wzrost chińskiej potęgi zakończy obecny porządek światowy, w którym dominuje Zachód, ale nie zniszczy samego Zachodu. W świecie głębokich współzależności przyszłość zależy od współpracy wszystkich zainteresowanych - przekonuje Zhang Yunling, szef Instytutu Azjatycko-Pacyficznego na Chińskiej Akademii Nauk. Ale i dla niego nie ulega większej wątpliwości, że świat będzie musiał przywyknąć do tego, że gra - nawet jeśli nie jest zero-jedynkowa - toczy się według reguł ustalanych nie tylko w Waszyngtonie czy Brukseli. - Jako najbardziej dynamiczny, gwałtownie rosnący region świata Azja osiągnęła nowy poziom prosperity - analizuje guru Wall Street Stephen S. Roach w pracy "The Next Asia. Opportunities and Challenges for A New Globalization". - Wielu wierzy, że stulecie Azji jest już w zasięgu ręki - kwituje.
@RY1@i02/2014/083/i02.2014.083.00000260a.807.jpg@RY2@
bloomberg
Mariusz Janik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu