Teraz zapłaćcie za niewolnictwo
Czas wystawić Europie rachunek za bestialstwo - twierdzą przywódcy państw karaibskich. I są gotowi do batalii w sądach
Czyż nie wieszali mężczyzn głową w dół, nie topili ich w workach na głowie, nie krzyżowali ich na deskach, nie palili ich żywcem, nie miażdżyli im kości? Nie zmuszali ich do jedzenia gówna? A czy po tym, jak już obdarli ich ze skóry za pomocą bata, nie rzucali ich żywcem na pożarcie robactwu albo nie wpychali do mrowisk, czy nie smagali ich do krwi, by dzieła dokończyły moskity? Nie wpychali ich do kotłów z wrzącym syropem trzcinowym?" - pisał 200 lat temu o losie niewolników na Haiti Baron de Vastley, jeden z nielicznych francuskich polityków, który sprzeciwiał się poczynaniom kolonizatorów na Karaibach.
De Vastley wiedział, o czym mówi - sam był synem niewolnicy. Ale jego gorzkie wywody nie były w stanie zmienić lukratywnego systemu. "Francuska część wyspy Santo Domingo (obecne Haiti - aut.) jest, z wszystkich francuskich zdobyczy w Nowym Świecie, najbardziej znacząca, jeśli chodzi o bogactwo, jakiego dostarcza swojej metropolii, a także gdy chodzi o wpływ na rolnictwo i handel" - notował pod koniec XIX w. Mederic Louis Elie Moreau de Saint-Mery, francuski kronikarz i prawnik. "Poza klasami wyższymi, na wyspie żyło 452 tys. niewolników, wielu z nich przywiezionych z Afryki, fundament, na którym opierało się prosperity i nadrzędność Santo Domingo" - pisał sto lat później historyk Eric Williams.
Wymieniona przez niego liczba jest iluzoryczna, bo kolonizatorzy w listach do rodaków w Starym Świecie narzekali, iż "jeden na trzech niewolników umiera w ciągu trzech pierwszych lat intensywnej eksploatacji". By interes mógł się kręcić - co roku na samo Haiti przywożono niemal 30 tys. wywiezionych z Afryki ludzi.
To kwestia władzy
Dziś liderzy, przeważnie balansujących na krawędzi kryzysu humanitarnego, państw karaibskich domagają się dziejowej sprawiedliwości. Pierwsze żądania rekompensat padły w połowie ubiegłego roku, ale piętnaście krajów grupy CARICOM nie ma zamiaru poprzestawać tylko na deklaracjach. W połowie marca organizacja przyjęła 10-punktowy program, obejmujący nie tylko przeprosiny, ale też m.in. anulowanie wielomiliardowych długów, które Karaiby mają wobec państw Zachodu, zwiększenie pomocy rozwojowej i wypłatę - niesprecyzowanych jeszcze - odszkodowań "za traumę".
- Uważamy, że prawo jest po naszej stronie, jeśli chodzi o zmierzenie się z dziedzictwem ludobójstwa i niewolnictwa - zapewniał po szczycie CARICOM premier wysepki St. Vincent Ralph Gonsalves. Ale Karaiby nie polegają wyłącznie na poczuciu sprawiedliwości. - Nasza organizacja reprezentuje kraje liczące 16 mln ludzi, z olbrzymią diasporą w USA, w Kanadzie, w Europie. Myślę, że mamy więc pewne wpływy. Cieszę się, że mamy prawo i wpływy po swojej stronie - dorzucił.
Na celowniku sygnatariuszy programu znajdują się przede wszystkim państwa, które przed wiekami rozdawały karty w tym regionie świata: Wielka Brytania, Francja, Hiszpania, Portugalia i Holandia. Ba, jeśli Zachód nie zechce rozwiązać problemu po dobroci, członkowie CARICOM są gotowi iść do sądu. - Mamy uczciwy zestaw żądań pod adresem rządów państw, które wzbogaciły się kosztem Karaibów - kwituje Martyn Day, brytyjski prawnik z firmy Leigh Day, mającej reprezentować karaibskich klientów przez zachodnimi sądami.
Europejczycy nie spieszą się do ugody. Co prawda w 2007 r. brytyjski premier Tony Blair wygłosił ogólnikowe przeprosiny za epokę kolonialną, podobną deklarację złożył w ubiegłym roku holenderski minister ds. społecznych Lodewijk Asscher, ale to dawnych kolonii nie usatysfakcjonowało. Teraz Londyn woli się koncentrować na rozdawaniu funduszy pomocowych - na Karaiby trafia co roku ok. 15 mln funtów. - Wielka Brytania jasno postawiła sprawę: ubolewamy nad cierpieniem spowodowanym przez niewolnictwo i handel niewolnikami. Ale nie uważamy, żeby odszkodowania były odpowiedzią. Zamiast tego powinniśmy się skoncentrować na znajdowaniu sposobów rozwoju i na globalnych wyzwaniach, przed jakimi stoją nasze kraje w XXI wieku - tak rzecznik Foreign Office skwitował pytania dziennikarzy dotyczące odszkodowań za kolonializm.
Na Karaibach takie deklaracje wywołują furię. - Jeśli popełniasz zbrodnię przeciw ludzkości, jesteś zobowiązany ją naprawić. Plantatorzy dostali odszkodowania, tylko jakoś ani cent nie trafił w ręce oswobodzonych Jamajczyków - grzmiała niedawno prof. Verene Shepherd, szefowa komisji ds. odszkodowań na Jamajce. W 1834 r. rząd w Londynie po zniesieniu niewolnictwa na tej wyspie wypłacił tamtejszym właścicielom niewolników 20 mln funtów odszkodowań, olbrzymią wówczas sumę. Dziś byłoby to 21 mld funtów.
To jakaś prawna fantazja
Wybór CARICOM nieprzypadkowo padł na kancelarię Leigh Day. To ona zmusiła Londyn do wypłacenia 20 mln funtów odszkodowania za brutalne represje, jakie stosowali Brytyjczycy w latach 50. ubiegłego wieku podczas tłumienia rewolty ruchu Mau Mau w Kenii. Do obozów - które brytyjska afrykanistka Caroline Elkins nazywa kenijskim gułagiem - trafiło wówczas 1,5 mln członków plemienia Kikuju, praktycznie niemal cała populacja.
Zgodnie z obowiązującą przez kilkadziesiąt lat wersją w obozach, czy też "ośrodkach" Brytyjczycy realizowali misję cywilizowania Kikuju. Oduczali ich przemocy oraz przekazywali im wiedzę niezbędną do sprawnego zarządzania własnym państwem w przyszłości. - Nie istnieją dane pozwalające stwierdzić, ilu ludzi zginęło tam w wyniku tortur, pracy ponad siły, przemocy seksualnej, wyczerpania czy głodu. Nawet jeśli Brytyjczycy mieli takie dane, zostały one zniszczone wiele lat temu - podkreśla Elkins. Z jej wyliczeń wynika jednak, że bilans ofiar śmiertelnych wynosi co najmniej 100 tys. - Ostatecznie powiedziałbym, że było kilkaset tysięcy zabitych - szacował z kolei Fitz de Souza, prokurator z Nairobi. - Sto tysięcy z pewnością. Być może dwieście do trzystu tysięcy. To liczba tych, którzy po prostu nie wrócili do domów, kiedy było już po wszystkim - dodał. Leigh Day wywalczyła odszkodowania dla grupy 5228 tych, którzy wrócili: ok. 4 tys. dol. dla każdego z nich.
Odpowiedzialność za masakrę Kikuju to jedno, a odpowiedzialność za kolonializm w ogóle i handel niewolnikami to drugie. Na Czarnym Lądzie problem rekompensaty za lata niewolnictwa i rabunkowej gospodarki jest gorący od ponad dekady. - Afryka nie chce dobroczynności. Chce wsparcia. Potęgi kolonialne wyeksploatowały ten kontynent, a teraz czas, by zasoby te powróciły jako wsparcie dla niego - argumentował w 2002 r. były prezydent RPA Nelson Mandela.
- Pozew o reparacje za kolonializm ma mocniejsze podstawy niż o odszkodowanie za niewolnictwo - dowodzi Rhoda E. Howard-Hassmann, badaczka z kanadyjskiego Wilfrid Laurier University. - Inna sprawa, że kolonializm był legalny, przynajmniej do 1945 r. - zastrzega. Jej zdaniem pierwszym dokumentem, na którym można by się oprzeć w potencjalnym postępowaniu procesowym, jest Karta Narodów Zjednoczonych z tego roku, a następnie specjalna deklaracja ONZ o zapewnieniu niepodległości państwom i ludom kolonialnym z 1960 r. - Jeśli przyjąć ten dokument za prawo zabraniające kolonializmu, może on stanowić podstawę postępowania w przypadku państw, które wówczas wciąż były pod rządami kolonialnych metropolii - stwierdza Howard-Hassmann. Choćby w przypadku Angoli, Mozambiku czy Gwinei Bissau, które wyrwały się spod portugalskiej kontroli dopiero wraz z upadkiem dyktatury Salazara w 1975 r.
Państw afrykańskich pozwy za kilkadziesiąt ostatnich lat jednak nie satysfakcjonują. Dlatego szukają furtek pozwalających dobrać się byłym kolonizatorom do skóry. Namibijskie plemię Herero - jego masakrę w pierwszych latach XX w. uznaje się czasem za pierwszy przypadek współczesnego ludobójstwa - ponad dekadę temu pozwało niemiecki rząd i firmy (w tym Deutsche Bank oraz linie Woermann Line, znane też jako Deutsche Afrika-Linien GmbH & Company) o odszkodowanie wysokości w sumie 2 mld dol. Skoro kolonializm był legalny do 1945 r., skoro ONZ dopiero w 1948 r. przyjęła konwencję w sprawie karania zbrodni ludobójstwa, Herero musieli znaleźć inną podstawę prawną: stała się nią konwencja haska z 1899 r. (określała m.in. prawa i zwyczaje podczas wojny lądowej). Amerykańskie sądy, w których potomkowie namibijskiego ludu składali pozwy, odmówiły jednak ostatecznie rozpatrzenia sprawy.
Podobnie może się stać z ewentualnymi procesami w sprawie odszkodowań za niewolnictwo. Dotychczasowe próby spaliły na panewce, zarówno te absurdalne - w 1999 r. African World Reparations and Repatriation Truth Commission wezwała Zachód do wypłacenia Afryce 777 bln dol. w ciągu pięciu lat (PKB całego świata wynosił wówczas ok. 70 bln dol. rocznie) - jak i profesjonalnie przygotowane, jak pozew przeciwko Lloyds of London złożony w 2004 r. przez potomków afrykańskich niewolników. - Nie ma najmniejszej szansy, żeby ta sprawa trafiła kiedykolwiek przed sąd -mówi Roger O’Keefe, szef wydziału prawa międzynarodowego Uniwersytetu Cambridge. - To jakaś prawna fantazja - mówi. A jednak historia zna pewien przypadek intratnego pomszczenia kolonialnych krzywd.
To nasza wina
Niepozorny Beduin z Cyrenajki (kraina w północno-wschodniej Libii - aut.) przez osiem lat zwodził ścigające go faszystowskie oddziały gen. Grazianiego. Dowodzeni przez Umara al-Muchtara partyzanci z sukcesem nękali też włoskich osadników w Afryce. Kraj spłynął krwią: z liczącej raptem milion ludzi populacji Cyrenajki zginęło lub zmarło śmiercią nienaturalną od 250 do 300 tys. osób. Wreszcie 11 września 1931 r. Włosi dopadli al-Muchtara. Proces był pokazowy, a wyrok przesądzony. Pięć dni po rozprawie, w obecności 20 tys. spędzonych na miejsce egzekucji Beduinów, Umar al-Muchtar został powieszony.
77 lat później Muammar Kaddafi, uważający się za kontynuatora walki podjętej przez al-Muchtara, triumfował. Rzym oficjalnie przeprosił za trzydzieści lat brutalnych rządów na terenie dzisiejszej Libii i zgodził się wypłacić Trypolisowi 5 mld dol. Co więcej, Kaddafi miał osobistą satysfakcję - podczas wizyty w Rzymie przypiął do piersi absurdalnie wielkie zdjęcie al-Muchtara i paradował z nim w trakcie oficjalnych spotkań.
Ale też libijski satrapa zapłacił za włoskie ustępstwa. Ogłaszając 30 sierpnia Dniem Przyjaźni Włosko-Libijskiej, reżim w Trypolisie hojną ręką rozdał też kontrakty: m.in. na budowę autostrady mającej połączyć - via Libia - Algierię z Tunezją i Egiptem, umowy na wydobycie ropy i gazu. Trypolis zrezygnował też z żądań zwrotu niektórych zabytków wywiezionych przez Włochów w czasach kolonialnych.
Wbrew pozorom ten precedens nie pociągnął za sobą zalewu sądów pozwami, choć swoje pretensje do Włochów mogłyby wysunąć też Somalia, Etiopia i Erytrea. Do Francuzów - choćby Algieria czy państwa Zachodniej Afryki. Do Belgów - Demokratyczna Republika Konga. A do Brytyjczyków - Zambia, Zimbabwe, Południowa Afryka. - Rząd kolonialny stosował zasadę "dziel i rządź", szczuł brata przeciwko bratu, brał nasze zasoby bez płacenia, a teraz wini nas za nasze problemy, mówiąc, że to nasza wina, bo to my jesteśmy skorumpowani - wyliczał niedawno z goryczą rzecznik zambijskiego rządu. A jednak żaden z wymienionych rządów nie zdecydował się na radykalne posunięcia. Bo, jak dowodzi przykład Kaddafiego, za odszkodowanie trzeba zapłacić.
@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.00000190a.803.jpg@RY2@
East News
@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.00000190a.804.jpg@RY2@
Corbis/FotoChannels
Mariusz Janik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu