Sowiecka szkoła public relations
Wspierać użytecznych idiotów, a groźnych oponentów niszczyć. To proste zasady, jakimi kierowały się tajne służby, dbając o wizerunek Związku Radzieckiego na Zachodzie. Uczył się ich także były oficer KGB Władimir Putin
Aneksja Krymu i towarzyszące jej orędzie prezydenta Rosji przeniosły nagle Europę do czasów, o których z taką ulgą zapomniano. Rosja uczyniła Ukrainę bezradną, ograbiła ją z części terytorium i upokorzyła, a następnie zaczęła udowadniać, że wszystko to jest winą Kijowa. Na pierwszy rzut oka pełne kłamstw i manipulacji przemówienie prezydenta Putina wydaje się absurdalną próbą dowiedzenia, iż czarne jest białe. Pozbawioną wszelkich szans na powodzenie. Czy aby na pewno? Uczynienie z kłamstwa czegoś, co większość przyjmie jako prawdę, wymaga sporego wysiłku. Bywa, że prawda w końcu wygrywa. Jednak wymyślona w XVI w. przez angielskiego filozofa Francisa Bacona zasada: "Dzielnie spotwarzaj, zawsze coś się przylepi", przeważnie się sprawdza.
Pierwsze podejście
Dzięki temu, że Hitler zdecydował się najechać na ZSRR, Stalin stał się koalicjantem krajów zachodnich. To bardzo ułatwiło mu tuszowanie wielu popełnionych wcześniej zbrodni oraz pozyskanie sympatii opinii publicznej w krajach demokratycznych. Zwłaszcza dla lewicowych intelektualistów był prawdziwym idolem. Jednak nie obywało się bez drobnych zgrzytów. Ujawnienie przez Niemców i skuteczne rozpropagowanie informacji o mordzie dokonanym na polskich oficerach w Katyniu psuło wizerunek Związku Radzieckiego. Trudno uchodzić za państwo przestrzegające praw człowieka, a jednocześnie mieć na sumieniu masowy mord na bezbronnych jeńcach. Dlatego przygotowano mistyfikację mającą zrzucić całą winę na Niemców. Sprawa wydawała się łatwa do przeprowadzenia, ponieważ główny propagator prawdy o Katyniu dr Joseph Goebbels był dla Zachodu osobą wyjątkowo mało wiarygodną. Stalin miał też po swojej stronie przywódców alianckich mocarstw. Zarówno Winston Churchill, jak i Franklin D. Roosevelt chcieli wyciszenia afery, bo bez Armii Czerwonej zwycięstwo nad III Rzeszą kosztowałoby ich kraje dużo więcej ofiar. Pisząc w tej sprawie list do Stalina, prezydent USA nazwał postawę polskiego rządu na emigracji, upierającego się przy szukaniu prawdy, po prostu głupią. W ostatniej chwili, na własną odpowiedzialność słowo "stupid" ("głupi") usunął z listu sekretarz stanu Cordell Hull, ale ogólnej wymowy pisma nie zmienił.
W takiej sytuacji uzasadniona pewność siebie sprawiła, iż NKWD przygotowało operację szytą wyjątkowo grubymi nićmi. W okolice Katynia wysłano komisję kierowaną przez prof. Nikołaja Burdienkę, która dokonała ekshumacji jedynie kilku ciał polskich oficerów, po czym orzekła, że mordu dokonał roboczy batalion Wehrmachtu nr 537 dowodzony przez ppłk. Friedricha Ahrensa. Nikt na Łubiance nie zwrócił uwagi, że tak masową egzekucję powierzono by specjalnej jednostce z Einsatzgruppen, a nie roboczemu batalionowi, specjalizującemu się w kładzeniu kabli telefonicznych. Być może zawiodła znajomość zachodnich realiów. Podczas procesu nazistowskich przywódców w Norymberdze raport komisji Burdienki miał być ostatecznie zaakceptowany jako niepodważalna prawda. A to za sprawą uznania przez międzynarodowy trybunał ppłk. Ahrensa za winnego zamordowania polskich oficerów. Czego domagał się radziecki prokurator Roman Rudenko, a także... prezydent Roosevelt. Jego wysłannicy usiłowali przekonać do takiego orzeczenia amerykańskiego sędziego Roberta Jacksona. Ale on nie tylko nie uległ presji, lecz nagłośnił całą sprawę. Po zeznaniach złożonych przez Ahrensa sędziowie z krajów zachodnich uniewinnili Niemca. Standardową mistyfikację, przetestowaną podczas setek podobnych stalinowskich procesów w Moskwie, diabli wzięli. Stanowiło to nauczkę, że trików używanych na co dzień w ZSRR nie da się równie skutecznie stosować w krajach demokratycznych. Pierwszy do właściwych wniosków doszedł, kierujący od 1947 r. operacjami sowieckiego wywiadu na terenie Francji, Iwan Agajanc.
"W początkowym okresie zimnej wojny rezydentura w Paryżu była też prawdopodobnie najbardziej skutecznym realizatorem »środków aktywnych«, obliczonych na oddziaływanie na zachodnią opinię publiczną i jej kręgi opiniotwórcze" - zapisali Christopher Andrew i Wasilij Mitrochin w monografii "Archiwum Mitrochina", będącej wyborem dokumentów wydobytych z zasobów radzieckich służb specjalnych. Pomysły Agajanca imponowały niesztampowością. Zapewnił on dotacje, za które francuski intelektualista Andre Ulmann założył tygodnik poświęcony sprawom międzynarodowym "La Tribune des Nations". Wkrótce opiniotwórcze pismo, powielające tezy sowieckiej propagandy, prenumerowały w Paryżu francuskie ministerstwa oraz zagraniczne ambasady. Notabene Ulmann pracował potem przez lata także dla wywiadu PRL, pobierając pensję w wysokości 200 tys. franków miesięcznie.
Sukces "La Tribune des Nations" zachęcił Agajanca do zajęcia się działalnością wydawniczą. Z jego inicjatywy mieszkający w stolicy Francji pisarz, były dyplomata, a zarazem znakomity fałszerz Grigorij Biesiedowski zaczął preparować pamiętniki i listy znanych wrogów Stalina. Wkrótce Agajanc sfinansował wydanie znakomicie podrobionych wspomnień gen. Andrieja Własowa, który podczas wojny przeszedł na stronę III Rzeszy. Książka nosząca tytuł "Wybrałem szubienicę" kompromitowała własowców oraz ich walkę z komunistycznym reżimem. Podobnie jak podrobione listy jugosłowiańskiego przywódcy Josipa Broza-Tity do Stalina. Dzięki fałszywce Kreml mógł uzasadnić, dlaczego tak uparcie ingeruje w wewnętrzne sprawy niepodległej Jugosławii.
Skuteczność mistyfikacji zaplanowanych przez Iwana Agajanca zafascynowała jego przełożonych. Po zreformowaniu służb specjalnych i utworzeniu KGB zaproponowano Azerowi posadę w Moskwie. Został on w 1959 r. szefem Wydziału D. Głównym zadaniem tej komórki KGB było dbanie o jak najlepszy wizerunek ZSRR za granicą oraz eliminowanie zagrażających mu ludzi przy użyciu niestandardowych metod.
Pończochy Hoovera
Jedną z kluczowych osób, które KGB chciało wyeliminować z życia politycznego, był wieloletni szef FBI J. Edgar Hoover. Stworzona przez niego policja federalna po II wojnie światowej okazywała się coraz skuteczniejszą służbą kontrwywiadowczą. Hoover zapobiegł rozbudowaniu w USA wpływów miejscowej partii komunistycznej i ujawnił wiele afer kompromitujących Związek Radziecki. W odwecie zorganizowana przez Iwana Agajanca grupa operacyjna, nazwana Służbą A, przygotowała mistyfikację kompromitującą Hoovera. Najpierw sowieccy agenci włamali się do siedziby ultraprawicowej, antykomunistycznej organizacji John Birch Society w Los Angeles, żeby ukraść dokumenty podpisane przez jej przywódców. Uzyskane próbki posłużyły do stworzenia fałszywej korespondencji między szefem FBI a liderami ruchu. W podrobionych listach J. Edgar Hoover obiecywał John Birch Society dotacje w zamian za pomoc w walce z ruchem komunistycznym na terenie USA. Teoretycznie ujawienie finansowania przez FBI prawicowych ekstremistów powinno wywołać w 1965 r. wielką aferę. Ale żadna amerykańska gazeta nie była zainteresowana listami podrzucanymi do redakcji przez Służbę A.
Nieco skonsternowany Agajanc nakazał zaplanowanie bardziej prawdopodobnej mistyfikacji. Tym razem fałszywy list Hoovera zaadresowano do dyrektor biura paszportowego w Departamencie Stanu Frances Knight. Szef FBI chwalił znaną ze swoich konserwatywnych poglądów panią dyrektor za pomoc w zbieraniu informacji o wrogach USA. Co nie było wcale kłamstwem, bo KGB najwyraźniej wiedziało, że dwa lata wcześniej na zamkniętym posiedzeniu senackiej podkomisji bezpieczeństwa wewnętrznego ujawniono, iż sekretarz stanu Dean Rusk otrzymywał od biura paszportowego informacje o wnioskach wizowych składanych przez osoby związane z ruchem komunistycznym. Co stanowiło naruszenie amerykańskiego prawa. Sfałszowany list Hoovera podrzucono do redakcji "Washington Post". I znów nic się nie wydarzyło. Jedynie potem szef biura bezpieczeństwa i spraw konsularnych Abba P. Schwartz usiłował zmusić Frances Knight do dymisji. Jednak pani dyrektor skutecznie wybroniła się przed insynuacjami.
Po tej porażce KGB zdecydowało się grać va banque i wykorzystać przeciw szefowi FBI fakt, iż nie miał żony, nikomu nie było wiadomo, aby kiedykolwiek z kimś romansował, całe życie zaś mieszkał z matką i ukochanymi kotami. Agajanc postanowił przeprowadzić swoisty coming aut Hoovera, robiąc z niego geja. Wówczas uznawano to w Stanach Zjednoczonych za niebezpieczne zboczenie. Zaczęto jak zwykle od listów. Tym razem spreparowano donosy pracowników FBI, skarżących się na to, iż w firmie na wysokie stanowiska awansuje się jedynie homoseksualistów. Kolejnym etapem operacji było rozpowszechnianie w Waszyngtonie plotek o romansach szefa FBI ze swoimi zastępcami Williamem C. Sullivanem oraz Clyde’em Tolsonem. Z czasem rodziły się już samorzutnie nowe plotki, m.in. o zawartości szafy w gabinecie Hoovera, gdzie rzekomo trzymał czerwoną sukienkę i pończochy, w które uwielbiał się przebierać w wolnych chwilach. Nim szef FBI zmarł w 1972 r., miał już skutecznie zszarganą reputację. Acz respekt, jaki wzbudzał, i skuteczna praca podległej mu służby powodowały, iż nikt w Waszyngtonie nie śmiał wymusić jego dymisji.
Od kompromitowania niewygodnych osób dużo lepsze efekty w tym samym czasie dawało wspieranie organizacji pokojowych zakładanych przez lewicowych intelektualistów. W 1957 r. znany ze swoich antyamerykańskich poglądów kanadyjski multimilioner Cyrus Eaton zaprosił do swej posiadłości Pugwash w Nowej Szkocji uczonych z wrogich bloków politycznych. Tak zainicjował powstanie światowego ruchu na rzecz rozbrojenia. Już trzy lata później Kreml uhonorował go Pokojową Nagrodą Lenina, a międzynarodowe kongresy ruchu Pugwash zawsze mogły liczyć na wsparcie Moskwy.
System finansowania organizacji pokojowych działających na Zachodzie doskonalono przez kilka lat. W 1969 r. utworzono Międzynarodowy Fundusz Pomocy Lewicowym Organizacjom Robotniczym. Przekazywał on dyskretnie dotacje ponad 70 partiom komunistycznym i lewicowym na całym świecie. One z kolei wspierały finansowo stowarzyszenia propagujące pokojową koegzystencję między Wschodem i Zachodem. W tym czasie Stany Zjednoczone uwikłane w konflikt wietnamski zupełnie zszargały swoją reputację, a Europa Zachodnia marzyła o końcu zimnej wojny. Tak tworzyły się zręby epoki detente (z fr. - odprężenie), w której Zachód otworzył się na ZSRR, a Kreml robił to co zawsze.
Kto sypia z doradcą
Kiedy w czerwcu 1973 r. Leonid Breżniew przyjechał z oficjalną wizytą do USA, Związek Radziecki prezentował się już jako jeden z najbardziej pokojowo nastawionych krajów świata (o inwazji na Czechosłowację zapomniano błyskawicznie). W Waszyngtonie gość podpisał z prezydentem Nixonem porozumienie w sprawie zapobiegania wojnie jądrowej, teoretycznie otwierające możliwość pokojowej koegzystencji obu supermocarstw. Jednym z jej elementów miało być uzyskanie przez ZSRR w kontaktach gospodarczych z USA klauzuli najwyższego uprzywilejowania. Była ona Moskwie bardzo potrzebna, otwierała bowiem nieograniczony dostęp do kredytów w bankach zachodnich. ZSRR bardzo ich potrzebował dla sfinansowania dalszej ekspansji. W ciągu kilku lat Kremlowi udało się ustanowić komunistyczne dyktatury m.in. w: Angoli, Etiopii, Somalii, Mozambiku, Laosie, Birmie, na całym obszarze Wietnamu. Wszystkie te państwa stawały się zależne od radzieckiej pomocy wojskowej, musiały postępować wedle wskazań przysłanych z Moskwy doradców, kupować tylko sowiecką broń i surowce. Ale tak szybka rozbudowa strefy wpływów i jej utrzymanie kosztowały coraz więcej.
Tymczasem w Senacie USA członek izby Henry "Scoop" Jackson przeforsował ustawę uzależniającą przyznanie ZSRR istotnej dla wymiany handlowej klauzuli najwyższego uprzywilejowania od zaprzestania konfiskaty dorobku całego życia Żydom emigrującym ze Związku Radzieckiego. Na Kremlu jakoś przełknięto zniewagę i Breżniew zaordynował zniesienie tej tzw. opłaty wyjazdowej. Ale Jackson nadal blokował wprowadzenie klauzuli, uzasadniając to nierespektowaniem praw człowieka przez ZSRR. Co więcej, przymierzał się do startu w wyborach prezydenckich jako kandydat demokratów. Rezydent KGB w Nowym Jorku Borys Sołomatin w alarmującym piśmie przesłanym do centrali postulował: "Trzeba znaleźć jakieś haki w życiorysie senatora i wykorzystać je w »środkach aktywnych« w celu skompromitowania".
Pechowo dla Moskwy senator Jackson okazał się człowiekiem wyjątkowo uczciwym. Uznano więc, że znów najlepszą metodą będzie uczynienie z niego homoseksualisty, co miał uprawdopodobniać fakt, iż ożenił się, mając dopiero 49 lat. Tym razem KGB zdecydowało się rozpowszechniać to pomówienie za pomocą kilku niezależnych źródeł. Do dziennika "Chicago Tribune" przesłano sfałszowane notatki J. Edgara Hoovera, zawierające wzmianki o homoseksualnych skłonnościach Jacksona. Jednocześnie zorganizowano oświadczenie stowarzyszeń gejowskich popierających kandydaturę senatora. W marcu 1976 r. geje przygotowali podczas konferencji prasowej polityka owację dla "ich człowieka", co wprawiło Jacksona w wielką konfuzję. Niedługo potem do redakcji "Playboya" i "Penthouse’a" dotarły listy dowodzące, że "Scoop" sypia ze swoim doradcą Richardem Perle’em. Coraz to nowe plotki obyczajowe sprawiły, że senator w końcu wycofał się z prawyborów i kandydatem demokratów na prezydenta został Jimmy Carter.
Wówczas poniewczasie spostrzeżono w Moskwie, że najbliższym doradcą demokraty jest znakomicie obeznany z realiami Europy Wschodniej Zbigniew Brzeziński. Gdy Carter objął urząd prezydenta, ambasador ZSRR w Waszyngtonie Anatolij Dobrynin alarmował Kreml, że Brzeziński na posadzie doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego staje się dla ZSRR wyjątkowo niebezpieczną personą. Kierujący KGB Jurij Andropow nakazał więc wyeliminowanie kłopotliwego polityka za pomocą jakiejś finezyjnej mistyfikacji. Sekcja A próbowała tego na wiele sposób. Usiłowano wywołać skandal, fingując romans Brzezińskiego z popularną aktorką Candice Bergen, sprokurowano pismo dowodzące, że za plecami Cartera jego doradca spiskuje z CIA. Nic jednak nie skutkowało i syn polskiego dyplomaty jeszcze wiele razy zaszkodził planom Moskwy.
Bolesne przebudzenie
Niestandardowe operacje dużo skuteczniej niż w USA dawało się przeprowadzić w Europie Zachodniej. Gdy w 1976 r. odbywał się kongres Międzynarodówki Socjalistycznej w Genewie, bacznie śledzący jego przebieg szef wywiadu KGB (Pierwszego Wydziału Głównego - PGU) gen. Władimir Kriuczkow nakazywał podległym mu rezydentom w krajach zachodnich "przemyśleć sposoby neutralizacji negatywnych skutków działalności partii socjaldemokratycznych (socjalistycznych) w krajach waszego pobytu, a także całej Międzynarodówki Socjalistycznej poprzez ujawnienie, dyskredytację i zdemaskowanie jej prawicowych liderów oraz ujawnienie uszczerbku, jakiego doznaje ruch socjaldemokratyczny wskutek działań antykomunistycznych i antyradzieckich, sprzecznych z procesem odprężenia i służących wyłącznie umocnieniu sił reakcji". Jednocześnie generał zalecał "popieranie i wzmocnienie działań tych czołowych działaczy i członków pełniących funkcje w partiach socjaldemokratycznych (socjalistycznych), jak również organizacjach z nimi stowarzyszonych, którzy opowiadają się za poszerzeniem i umocnieniem procesu rozbrojenia, ograniczeniem wyścigu zbrojeń, współpracą międzynarodową".
Partie lewicowe, podobnie jak organizacje pokojowe, okazywały się podatne na sowieckie wpływy, co starano się jak najlepiej wykorzystać. Zwłaszcza że Związek Radziecki wydawał na zbrojenia w owym czasie już ponad 25 proc. corocznego budżetu i gdyby Zachód zaczął przyśpieszać wyścig, Moskwa nie miałaby szans dotrzymać kroku bogatym krajom demokratycznym. Dlatego ze wszystkich sił wspierano inicjatywy rozbrojeniowe, oczywiście najlepiej jednostronne. Wydobyte z kremlowskich archiwów przez dysydenta Władimira Bukowskiego i opublikowane w książce "Moskiewski proces" dokumenty ukazują, z jaką skrupulatnością dbano o takie działania. W uchwale Sekretariatu KC KPZR z 17 listopada 1980 r. można wyczytać, iż: "należy kierować uwagę społeczeństw europejskich krajów bezatomowych na niebezpieczeństwo wynikające z amerykańskich planów strategicznych, dopuszczających »ograniczoną« wojnę jądrową". Dalej zaś informowano: "W tym celu belgijscy i holenderscy działacze społeczni zamierzają zorganizować w najbliższym czasie cykl spotkań przedstawicieli społeczeństw europejskich krajów bezatomowych i krajów socjalistycznych". Kluczową rolę odrywał w akcji Zjednoczony Holenderski Komitet "Zastopować bombę neutronową, zatrzymać wyścig zbrojeń jądrowych". Tą oficjalnie apolityczną organizację tworzyli działacze Komunistycznej Partii Holandii, ją z kolei wspierały moskiewskie dotacje. Podobnych stowarzyszeń powstawało na Zachodzie dziesiątki. Budowali je naiwni idealiści, ich zaś do działania zachęcały osoby pracujące na zlecenie KGB.
W tym czasie rozpoczynający swoją służbę w KGB absolwent prawa Uniwersytetu Leningradzkiego Władimir Putin kończył edukację w Wyższej Szkole KGB w Moskwie. Jego przyszłość, podobnie jak Związku Radzieckiego, zapowiadała się znakomicie. Polityka detente umożliwiła Kremlowi rozbudowanie wpływów i uzyskanie przewagi w krajach Trzeciego Świata. W Europie Środkowej rozmieszczono rakiety średniego zasięgu SS-20, przenoszące głowice jądrowe. Kraje NATO nie dysponowały w Europie Zachodniej analogiczną bronią. A gdy powstał pomysł przerzucenia tam amerykańskich pocisków średniego zasięgu Pershing II oraz Cruise, organizacje pokojowe potrafiły wyprowadzić na ulice miast miliony ludzi domagających się rozbrojenia. Związek Radziecki uzyskał ogromną przewagę strategiczną. Ale nim ją wykorzystał, Kreml nieopatrznie wysłał wojska do Afganistanu. Rujnując tak starannie budowany wizerunek "kraju miłujący pokój" i budząc Zachód z letargu.
Stowarzyszeń na rzecz rozbrojenia atomowego powstawało na Zachodzie dziesiątki. Budowali je naiwni idealiści, ich zaś do działania zachęcały osoby pracujące na zlecenie KGB
@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000002000.803.jpg@RY2@
Ap
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu