Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Wolny handel jest dobry, ale czy w nowej umowie między UE a USA rzeczywiście chodzi o wolny handel?

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Międzynarodowe umowy handlowe wydają się domeną chłodnych specjalistów, jednak łzy dyrektora generalnego WTO po niedawnym podpisaniu pakietu z Bali (7 grudnia 2013 r.) świadczą o tym, że takie dokumenty mogą jednak wywoływać emocje. Brazylijczyk Roberto Azevedo miał powód do wzruszenia. Światowa Organizacja Handlu, której przewodzi, od momentu powstania w 1994 r. nie była w stanie uzgodnić żadnej globalnej umowy handlowej, bo nikt nie potrafił przełamać impasu w rokowaniach między państwami rozwiniętymi a rozwijającymi się. Dlatego te łzy radości po podpisaniu pakietu były zrozumiałe, choć brakowało im powagi, którą wolą mieszkańcy chłodniejszej części Europy.

Negocjacje na Bali zakończyły się sukcesem, bo postanowiono nie zajmować się najbardziej drażliwymi kwestiami (własności intelektualnej czy handlu usługami), a skoncentrować na sposobach ułatwienia wymiany towarowej. "Economist" szacuje, że dzięki pakietowi z Bali - jeśli zostaną wprowadzone w życie wszystkie jego zapisy - koszty transportu zostaną obniżone o prawie 10 proc. w skali świata, przy czym większość z zaoszczędzonych 400 mln dol. zatrzymają kraje rozwijające się. Co więcej, zgodzono się także, by kraje rozwijające się mogły inwestować budżetowe pieniądze w podstawowe branże własnego przemysłu rolniczego, by zagwarantować sobie bezpieczeństwo żywnościowe (ale już problem dotowania rolnictwa w bogatych krajach Zachodu ze szkodą dla biedniejszych został wstydliwie przemilczany).

Nie ulega wątpliwości, że wzrost międzynarodowego handlu jest korzystny dla wszystkich stron. Oczywiście, są wygrani i przegrani, ale czas i historia pokazały, że wygrać może każdy. Jako Anglik mogę z dumą powiedzieć, że teoria przewagi komparatywnej XIX-wiecznego angielskiego ekonomisty Davida Ricardo została potwierdzona. Możecie być pewni, że spadek o połowę liczby ludzi na świecie żyjących w biedzie w latach 1990-2010 ma niewiele wspólnego z osławionymi milenijnymi celami rozwoju ONZ, za to dużo - z integracją świata rozwijającego się z globalnym systemem wymiany towarowej i rozwojem światowego handlu. Magia rynku zadziałała i wyciągnęła ludzi z nędzy.

Zasada przewagi komparatywnej, która jest podstawą wszystkich międzynarodowych umów handlowych, zakłada, że państwom opłaca się specjalizować w tych obszarach, w których mają przewagę. To może być tania siła robocza, warunki klimatyczne lub ekonomia skali. W przypadku Wielkiej Brytanii są to usługi finansowe, Polski - wykształcona i niedroga siła robocza oraz rolnictwo. Przewaga komparatywna może być tworzona, np. koreański przemysł stoczniowy, który zniszczył Stocznię Gdańską (i potężne stocznie japońskie), powstał w kraju, który wcześniej zajmował się niemal wyłącznie uprawą ryżu. Stało się tak, bo przewaga komparatywna zakłada swobodną i uczciwą konkurencję między uczestnikami rynku, brak sztucznych barier i swobodny przepływ technologii.

Dlaczego więc negocjacje WTO były przez tyle lat bezskuteczne? Nie tylko z powodu sporów o subsydia między państwami rozwiniętymi i rozwijającymi się, lecz także dlatego, że Zachód chciał kosztem słabszych rozszerzyć prawa do własności intelektualnej oraz mocniej chronić własne inwestycje. To nie miało nic wspólnego z korzystną dla wszystkich przewagą komparatywną, za to wiele z ochroną interesów wielkich korporacji. Pakiet z Bali podpisano, bo podczas rozmów skupiano się na ułatwieniach, które daje zniesienie barier handlowych, a nie na wzmacnianiu potęgi takich koncernów, jak Monsanto lub Microsoft.

Czy powinniśmy zatem cieszyć się z partnerstwa transpacyficznego (TTP, Trans-Pacific Partnership), o którym rozmawiają USA, Japonia i dziesięć innych państw regionu Pacyfiku? I co ważniejsze, co mamy sądzić o transatlantyckim partnerstwie w dziedzinie handlu i inwestycji (TTIP, Transatlantic Trade and Investment Partnership), którego warunki negocjują Unia Europejska i Stany Zjednoczone? Najbardziej uderzającą cechą negocjacji w sprawie TTP oraz TTIP jest sposób, w jaki odbywają się rozmowy. Udział społeczeństwa i parlamentów narodowych jest minimalny w porównaniu z ogromnym zaangażowaniem korporacyjnych lobbystów.

Deputowany europarlamentu Martin Haeusling twierdzi, że Komisja Europejska przeprowadziła na temat TTIP ponad 600 spotkań z przedstawicielami korporacji i tylko pięć z grupami interesu społecznego. Ponadto Parlament Europejski został w znacznym stopniu odsunięty od dyskusji. Negocjacje odbywają się w tajemnicy, bez ujawnienia wyników rozmów narodowym parlamentom i rządom. Ta kwestia była na tyle delikatna, że 22 listopada odbyła się tajna narada KE poświęcona temu, na ile Komisja powinna "kierować się zasadą transparentności". O tym, że w ogóle doszło do takiego spotkania, dowiedzieliśmy się, bo do informacji o nim dotarła Corporate Observatory Watch, organizacja monitorującą lobbing korporacyjny w UE.

Naszą uwagę powinno też zwrócić błyskawiczne tempo negocjacji nad TTIP. Pomysł pojawił się w 2012 r., pod koniec 2013 r. wszystko jest prawie przygotowane. Wiele wskazuje na to, że korporacje chcą dopiąć swego, zanim ktokolwiek się zorientuje, co się dzieje. Kontrast z opieszale prowadzonymi rozmowami na temat regulacji, które należałoby wprowadzić po globalnym kryzysie finansowym, lub na temat przepisów, które uniemożliwiłyby wielkim firmom unikania płacenia podatków, jest uderzający. Utrzymywanie negocjacji nad TTIP w sekrecie nasuwa więc jeden wniosek: potencjalne korzyści z porozumienia dla nas, obywateli Unii, i dla naszych państw będą niewielkie. W marcu 2012 r. londyńskie Centre for Economic Policy Research oszacowało, że Europa zyska na nowej dwustronnej umowie z USA 119 mld euro, co w najbardziej optymistycznych założeniach wynosi mniej niż 0,5 proc. unijnego PKB. Drugi, niezmiernie optymistyczny raport fundacji Bertelsmanna twierdzi, że umowa stworzy 2 mln miejsc pracy. Ale nawet KE woli się powoływać na raport Brytyjczyków.

Co takiego wiemy o TTIP? Obniżenie ceł ma dać tylko 20 proc. wszystkich korzyści płynących z podpisania umowy. Główna część ma pochodzić ze zniesienia barier w takich obszarach, jak ochrona praw konsumenta, środowiska czy zdrowia. Mówimy o GMO (organizmach modyfikowanych genetycznie), wykorzystaniu hormonów wzrostu w hodowli bydła oraz świń, zarządzaniu systemami produkcji żywności, kąpaniu drobiu w chlorze, regulacjach związanych z frakingiem (szczelinowanie, technika wydobywania gazu łupkowego) itd. Waszyngton mocno naciska na Brukselę, by ta zniosła obowiązek wskazywania obecności GMO na etykietach, ponieważ amerykańskie korporacje nie chcą chwalić się tym, co zawierają ich produkty żywnościowe. Czy polscy rolnicy będą mogli konkurować z machiną rolniczą USA, jeśli taka kontrola produkcji zostanie wycofana?

Kolejnym przedmiotem sporu jest dodatkowa ochrona dla zagranicznych inwestorów. Oficjalnie nazywa się to mechanizmem rozwiązywania sporów między państwami a inwestorami. To przypomina zasadę eksterytorialności dla firm zagranicznych i ograniczenia dla miejscowych przedsiębiorstw, które międzynarodowe korporacje próbowały przeforsować na forum WTO. W zasadzie oznacza to, że prywatne firmy mogłyby pozywać państwa przed orzekające w tajemnicy sądy arbitrażowe, omijając sądy narodowe. Obecna propozycja znacząco rozszerza prawa zagranicznego kapitału wobec narodowych rządów i stanowi naruszenie demokratycznego procesu legislacyjnego.

Nawet przy istniejących zasadach inwestycji korporacje międzynarodowe usiłują zawłaszczyć rolę demokratycznie wybranych władz. Niemiecki rząd został pozwany przez zagranicznego inwestora w związku z decyzją o ograniczeniu produkcji energii atomowej. W Australii producent papierosów Philip Morris próbuje powstrzymać władze przed wprowadzeniem nowych oznaczeń na etykietach. Firma z amerykańskiego stanu Delaware domaga się odszkodowania za wprowadzenie w kanadyjskim Quebecu moratorium na fraking. Ten mechanizm ma oczywiste poważne długofalowe skutki. Na przykład pozwoli on amerykańskim prywatnym szpitalom pozwać brytyjski rząd, jeśli ten spróbuje ograniczyć ich udział w krajowych kontraktach na usługi służby zdrowia. Teraz władze preferują miejscowe szpitale i mogą odebrać kontrakt, powołując się na politykę publiczną.

Jeszcze jednym powodem do zaniepokojenia jest kwestia własności intelektualnej. Ujawnienie rozdziału umowy partnerstwa transpacyficznego bardzo dobrze pokazało, że amerykańskie korporacje dążą do znacznego rozszerzenia swojej dominacji. Trzeba zaznaczyć, że regulacje dotyczące własności intelektualnej w USA faworyzują wielkie koncerny (Amazonowi udało się opatentować system zamówienia za pomocą jednego kliknięcia) i próby wprowadzenia amerykańskich zasad do umów handlowych trzeba traktować z wielką ostrożnością. Pamiętajcie, że prawo własności intelektualnej daje posiadaczowi monopol na wykorzystanie wynalazków i twórczych pomysłów. Niestety, jak przypomina "Economist", na przestrzeni lat to prawo było nadużywane przez korporacje w celu ograniczenia konkurencji i innowacyjności. W zasadzie to antyteza kapitalizmu.

Coraz więcej osób podziela opinię o tym, że TTIP to atak na demokratyczne instytucje i lokalne firmy. Europejscy rolnicy na przykład są bardzo zaniepokojeni możliwymi skutkami tej umowy, która ewidentnie tworzy preferencyjne warunki dla międzynarodowych korporacji ze szkodą dla lokalnych przedsiębiorstw. W Niemczech pod petycją o porzuceniu TTIP podpisało się już ponad ćwierć miliona osób. Trzecia runda negocjacji właśnie się zaczęła w Waszyngtonie, więc - jak mówią w telewizji - śledźcie rozwój sytuacji.

Tłum. IC

Najbardziej uderzającą cechą negocjacji w sprawie TTIP jest sposób, w jaki odbywają się rozmowy. Komisja Europejska przeprowadziła na ten temat ponad 600 spotkań z przedstawicielami korporacji i tylko pięć z grupami interesu społecznego

@RY1@i02/2014/002/i02.2014.002.000002400.806.jpg@RY2@

East News

Szef WTO Roberto Azevedo nie krył emocji. Po kilkunastu latach negocjacji na Bali udało się podpisać porozumienie handlowe

@RY1@i02/2014/002/i02.2014.002.000002400.807.jpg@RY2@

Timothy Clapham psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski

Timothy Clapham

psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.