Orbán pozwolił Zełenskiemu na zdjęcie ze sobą
Nie ma w UE oraz NATO polityka, który pozwalałby sobie na więcej w relacjach z Kijowem niż Viktor Orbán. Węgierski premier jeszcze na długo przed 24 lutego 2022 r. określał Ukrainę mianem „państwa upadłego”. Kwestionował też politykę każdego kolejnego prezydenta tego kraju wobec mniejszości węgierskiej na Zakarpaciu. Już po rosyjskiej inwazji przedstawiał alternatywne wizje zakończenia wojny. Najczęściej niezgodne z tym, jak postrzegał to Kijów.
Przygotowaniem wtorkowej wizyty Orbána na Ukrainie zajmował się szef węgierskiej dyplomacji Péter Szijjártó. Na początku tego roku zawiózł on na spotkanie ze swoim odpowiednikiem Dmytro Kułebą, do którego doszło w Użhorodzie, plan składający się z 11 punktów, które Kijów winien spełnić, by doszło do normalizacji w stosunkach dwustronnych. Ani przez moment w historii sporu między tymi państwami Budapeszt nie tłumaczył się ze swoich żądań. Zajmując wielokrotnie postawę zgodną z interesami Kremla, zasadniczo domagał się realizacji swoich interesów narodowych.
Jeden z punktów zakłada wprowadzenie do ukraińskiego prawa zapisu o autonomii kulturowej. Miała by ona obowiązywać w wioskach, miastach i powiatach, w których Węgrzy stanowili 10 proc. ludności w ciągu ostatnich 100 lat. Dla państwa, które od 2014 r. mierzy się z aneksją, separatyzmem, zaś teraz z wojną na pełną skalę, takie żądania były i są nie do przyjęcia. Orbán w gruncie rzeczy domaga się kantonizacji Zakarpacia w wersji light. Dodatkowo chce mieć swoje kwoty deputowanych do Rady Najwyższej, którzy reprezentowaliby interesy mniejszości węgierskiej. Od lat trwa też na Zakarpaciu proces „paszportyzacji” Węgrów, którzy dzięki temu zyskują prawo do głosowania w sąsiednim państwie. Tym działaniem Budapeszt podsyca niepokój władz w Kijowie, które nie mogą być pewne lojalności dużej części mieszkańców Zakarpacia.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.