Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Konsekwencje pewnej zniewagi

1 lipca 2018

Nocna środowa rozmowa telefoniczna premiera Netanjahu z wiceprezydentem Bidenem przynosi przesilenie w najpoważniejszym jak dotąd konflikcie Izraela z rządem Obamy.

Najprawdopodobniej Izrael będzie musiał ustąpić. Kłopot, w jakim znalazł się Netanjahu, wynika z koincydencji czterech zdarzeń, których jednoczesności nie potrafił przewidująco zapobiec. Amerykanie określili mianem "zniewagi" fakt, że wtedy, kiedy Joe Biden przybył do Izraela z kolejnym projektem żydowsko-palestyńskich negocjacji, magistrat Jerozolimy zatwierdzał projekt budowy politycznie konfliktowego żydowskiego kompleksu mieszkaniowego Ramat Shlomo. Waszyngton odwołał zaplanowaną misję wysłannika Obamy Georgea Mitchella. To zbiegło się z otwarciem po wieloletniej odbudowie wysadzonej przez Jordańczyków w 1948 r. synagogi Hurwa, co wystarczyło dla proklamacji przez Hamas palestyńskiego Dnia Złości i pierwszych od dawna poważnych rozruchów w obrębie murów Starego Miasta. Gdyby to nie zdarzyło się niemal jednocześnie, Netanjahu nie stanąłby w obliczu perspektywy impasu twardej polityki.

Sekretarz stanu Clinton żąda dziś od Izraela trzech kroków. Po pierwsze cofnięcia pozwolenia na budowę Ramat Shlomo. Amerykanie chcą, aby rokowania z Autonomią Palestyńską rozpoczęły się przed decyzjami budowlanymi mającymi zmienić kształt narodowościowy wschodniej Jerozolimy, co oznaczałoby konieczność ich przyblokowania. Clinton oczekuje "wyraźnego gestu" izraelskiego rządu w stronę Palestyńczyków, a przede wszystkim publicznej deklaracji, że przystąpi on do rozmów z władzami Autonomii "na wszystkie tematy, w tym także nad przyszłym losem Jerozolimy". Z formalnego punktu widzenia oczekiwanie Amerykanów nie jest niczym nadzwyczajnym, wynika wprost ze zobowiązań podjętych w 1994 r. przez Izrael w układzie z Oslo. Lecz Netanjahu chciałby znaleźć sposób na wyłączenie tej kwestii z negocjacyjnej agendy. Paradoksalnie konflikt z Waszyngtonem o czas i okoliczności decyzji w sprawie Ramat Shlomo może mu taki plan uniemożliwić.

W rezultacie zbiegu okoliczności gabinet izraelski znalazł się pod silną presją. W środowym wydaniu izraelski dziennik Haarec uznał żądania Clinton za " odpowiedzialne i uczciwe". We środę otworzono dostęp do miejsc świętych w Jerozolimie, a szef tamtejszej policji z łagodnością wypowiadał się na temat sytuacji w mieście. I choć także z Waszyngtonu od środy płyną zapewnienia o "trwałym zaangażowaniu USA w bezpieczeństwo Izraela" nie ulega wątpliwości, że sojusznik zza oceanu zręcznie wykorzystał kłopoty izraelskiego premiera dla osłabienia go i postawienia w przymusowej sytuacji. Pomogli mu w tym umiarkowani arabscy sojusznicy Palestyńczyków: Liga Arabska upoważniła bowiem prezydenta Autonomii Abbasa do podjęcia rokowań z Izraelem bez względu na plany rozbudowy żydowskiej Jerozolimy. Na mocno niezadowolonych wyglądają natomiast radykałowie z Hamasu, próbujący wywołać histerię zagrożenia dla istnienia świętego meczetu Al Aksa na Wzgórzu Świątynnym, aby proklamować kolejną intifadę przeciwko "judaizacji Jerozolimy". Na razie wydaje się, że bez wielkiego rezultatu.

Można więc sądzić, że perspektywa otwarcia zerwanych niegdyś bezmyślnie przez Arafata bezpośrednich rozmów izraelsko-palestyńskich się urealniła. Odrębną kwestią jest to, czy i kiedy mogą prowadzić one do częściowego choćby kompromisu. Na razie takiej perspektywy nie widać. Ale odkąd Obama objął prezydenturę, gra na Bliskim Wschodzie toczy się wokół symbolicznej kwestii "wznowienia procesu pokojowego z Oslo". Jeśli za sprawą wykorzystania zbiegu przypadków stałoby się to możliwe, Obama zaliczyłby w swej globalnej polityce realny duży plus.

@RY1@i02/2010/054/i02.2010.054.000.014b.001.jpg@RY2@

Jan Rokita

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.