Al-Kaida podbiła serca biednych i sfrustrowanych Jemeńczyków
Popijając słodką herbatę z mlekiem, Faisal Hider Qaed opisuje ciężki los, jaki wiedzie na przedmieściach Sany, w cieniu stromych gór otaczających starożytną stolicę Jemenu.
Jako policjant zarabia 25 000 rialów (123 dol.) miesięcznie, z czego 10 000 od razu idzie na czynsz za nieotynkowany, ceglany dom z dwoma malutkimi pokojami, łazienką i kuchnią, które dzieli z żoną, czwórką dzieci i matką.
Dostawy prądu są raz po raz przerywane, a sama sieć jest zbyt słaba, by zapewnić ogrzewanie w chłodne, zimowe wieczory. Co miesiąc kupuje wodę, ponieważ tej nadającej się do picia brakuje. Jego kraj, który ma najszybciej rosnącą populację na świecie, cierpi na dotkliwy deficyt wody.
Quaed narzeka, że nie jest w stanie zaspokoić swoich podstawowych potrzeb. Jednak pod pewnymi względami i tak jest szczęściarzem: przynajmniej ma pracę w kraju, w którym bezrobocie jest powszechne, a prawie połowa z liczącej 23 mln populacji musi przeżyć za mniej niż 2 dol. dziennie.
Gospodarcza zapaść Jemenu w połączeniu z niewydolnym rządem i jeszcze słabszym państwem jest źródłem setek jego problemów. Nasilają się ostrzeżenia, że lada chwila może stać się krajem upadłym i inkubatorem dla Al-Kaidy.
W reakcji na domniemane związki Jemenu z udaremnionym w Boże Narodzenie atakiem na transatlantycki samolot pasażerski zarówno Londyn, jak i Waszyngton podkreśliły potrzebę wzmocnienia przez ten kraj działań antyterrorystycznych. Brytyjski premier Gordon Brown wezwał do zwołania w tym miesiącu konferencji w sprawie Jemenu, która miałaby się odbyć w Londynie, a USA zadeklarowały zwiększenie pomocy wojskowej dla tego arabskiego państwa.
Jednak zarówno Jemeńczycy, jak i zagraniczni eksperci przestrzegają, że zaostrzenie jedynie środków bezpieczeństwa byłoby daleko idącym błędem, który w żaden sposób nie wypleni przyczyn destabilizacji ani nie zaspokoi potrzeby politycznych, ekonomicznych i społecznych reform. Wręcz przeciwnie, samo wsparcie wojskowe mogłoby pogłębić frustracje muzułmańskiego narodu, w którym antyamerykańskie nastroje mają długą tradycję.
Nędza, brak opieki państwa i to, że rząd nie kontroluje znacznych połaci kraju, to czynniki, które ekstremiści już wykorzystują, mówią eksperci. - Jest jasne, że rejony, w których swoje bazy ma Al-Kaida, pokrywają się z miejscami, do których nie sięga władza rządu, a w których problemy gospodarcze są kluczowe: brak wody, pracy lub elektryczności - twierdzi jedno ze źródeł w Sanie.
- Przychodzą (ekstremiści - red.) do plemion z walizkami pieniędzy, a słyszymy również, że ściągają ze sobą nauczycieli do szkół, więc rozumieją znaczenie gospodarki. Nie obiecują dżihadu, obiecują pomoc ekonomiczną - dodaje.
Uwaga opinii międzynarodowej jest skupiona na zagrożeniu, jakie niesie ze sobą Al-Kaida, ale rząd zmaga się również z rebelią na północy i ruchem secesjonistycznym na południu.
- Moim zdaniem wszystko zaczyna się od gospodarki: cała reszta to tylko symptomy poważnych problemów ekonomicznych - powiedział Financial Times Jalal Yaqoub, wiceminister finansów. - Zwykły obywatel chce szansy na pracę i dostępu do usług, takich jak lepsza edukacja i opieka zdrowotna, ale rząd im tego nie daje i nie jest w stanie dać. To tworzy próżnię, w której lęgną się zagrożenia - dodaje.
Uważany za reformatora Yaqoub powiedział, że hasłem londyńskiej konferencji powinno być: "Gospodarka, głupcze".
- Oczywiście nie powinniśmy zapominać o walce z terroryzmem, ale to trzeba robić równolegle - dodał.
Yaqoub jest członkiem komitetu inwestycyjnego kierowanego przez syna prezydenta, który przedstawił listę "10 priorytetów". Mają one przyspieszyć reformy gospodarcze, poprawić jakość służby cywilnej i przywrócić wiarygodność rządu.
Analitycy twierdzą, że sam reżim jest w dużej mierze źródłem problemów. Prezydent Ali Abdullah Saleh, wojskowy i sprytny polityczny taktyk, kontroluje wszystko i rządzi przez system patronatu, napuszczając na siebie różne frakcje. To jednak uniemożliwia rozwiązywanie problemów w kraju, w którym plemiona zachowują ogromne wpływy. Gospodarka pozostaje zależna od mizernych rezerw ropy, mimo że te szybko się kończą. Na ropę przypada 75 proc. wpływów budżetowych i 90 proc. przychodów z eksportu. Jednocześnie rządowe instytucje stają się coraz słabsze.
- Rząd jest fasadą: realna władza spoczywa w rękach prezydenta, jego rodziny i sieci patronatu (...). Ten system służył mu dobrze przez ostatnie 30 lat, ale koncentracja władzy zabija ten reżim - mówi jemeński analityk Abdul Ghani Aryani. - Pozbawia to władzy instytucje państwowe, a on (prezydent) potrzebuje wciąż nowych środków do wspierania sieci patronatu. W efekcie koszty systemu stają się większe, niż jest w stanie udźwignąć gospodarka - podsumowuje Aryani.
@RY1@i02/2010/002/i02.2010.002.000.012a.001.jpg@RY2@
Żołnierze jemeńscy przed ambasadą USA w stolicy kraju Sanie
AP
Financial Times
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu