Bomba tyka u Saudów
Wojna w Libii i japońskie trzęsienie ziemi zepchnęły wieści z maleńkiego Bahrainu na dalszy plan. Niesłusznie, właśnie tam bowiem dojrzewa kryzys, który może wysadzić światową gospodarkę z siodła
Bunt w mikroskopijnym Bahrajnie nie wstrząśnie światowymi rynkami, jest jednak czerwonym alarmem przed dużo poważniejszym zagrożeniem - rewoltą w sąsiedniej Arabii Saudyjskiej. Nie bez powodu Saudowie wysłali swoje wojska do stłumienia bahrajńskiej rebelii, chcą wyciąć pączkującego raka, zanim choroba przerzuci się na ich bogatą domenę.
Arabia Saudyjska jest od dziesięcioleci światowym eldorado naftowym, gwarantem ciągłości importu i akceptowalnej ceny czarnego złota. To ona wiedzie prym w OPEC. Organizacja ta, rozumiejąc z jednej strony potrzeby odbiorców chcących dostaw w stałej wysokości, z drugiej producentów pragnących sprzedawać po przyzwoitej cenie, zwiększa limity wydobycia, kiedy tylko dochodzi do kryzysu w którymś z państw naftowych. Jak ostatnio po wybuchu wojny domowej w Libii. Państwo Saudów jest zatem nie tylko największym światowym dostawcą, ale i regulatorem rynku, wręcz jego zaworem bezpieczeństwa.
Arabia ma najwięcej ropy na świecie - około 260 miliardów baryłek w potwierdzonych zasobach. To jedna piąta znanych rezerw światowych. Jej dzienna produkcja wynosi, według danych amerykańskiej EIA (Energy Information Administration), ponad 12 milionów baryłek dziennie. Dla porównania Libia przed wybuchem walk wydobywała ledwie 1,8 mln baryłek dziennie. Wojna domowa w tym kraju to letni deszczyk w porównaniu ze srogą ulewą, jaka może spaść na światowy rynek naftowy i rynki w ogóle, jeśli rewolta ogarnie Arabię.
A może. Kraj ten cierpi bowiem na także same bolączki, jakie doprowadziły do buntów w Tunezji, Egipcie i Libii. Pierwsza to patologiczna klasa rządząca, która zmonopolizowała władzę, rządy zaś zdobyła przemocą, a nie poprzez demokratyczny plebiscyt. Główne persony w Arabii są starcami, rządzi nią gerontokracja. Król Abdullah ma 88 lat, książę Nayef, szef tamtejszego MSW - 78, książę Sultan, szef armii i wywiadu - 87. Tymczasem średnia wieku w Arabii to 25 lat.
Drugą bolączką pustynnego królestwa, podobną do plag Tunezji, Libii i Egiptu, jest skubanie społeczeństwa przez elitę u władzy. Dom Saudów, podobnie jak Kaddafi, wpisał swoje prywatne interesy w zasadę funkcjonowania państwa. Arabia Saudyjska jest jednak jednym z nielicznych dziś krajów będących nie tylko de facto, ale i de jure własnością rodziny panującej. Król mógłby z powodzeniem umieścić na granicach napis: "Prywatne, zakaz wstępu". Amerykańskie depesze dyplomatyczne opublikowane przez WikiLeaks ujawniają system subsydiowania członków rodu panującego tylko za to, że... są jego członkami. I tak synom założyciela państwa króla Abdulaziza ibn Sauda przysługuje miesięczna dotacja od 200 do 270 tys. dol., wnukom - 27 tys., prawnukom - 13 tys. Stosowne mniejsze kwoty otrzymują kuzyni i wszelkie pociotki. Najmarniejsi z Saudów mogą liczyć na 800 dol. Za nic. A mowa tu tylko o kwotach płynących oficjalnie z rachunku ministerstwa finansów, bez różnorakich przywilejów biznesowych oraz monopoli dla ważniejszych i mniej ważnych Saudów. Państwo wydaje na książątka ze swojego budżetu 2 mld dol. rocznie.
Trzecia bolączka to rosnąca frustracja młodych ludzi, dla których nie ma zajęcia. Arabię zamieszkuje obecnie około 26 milionów ludzi, z tego jedna trzecia to wynajęci do pracy cudzoziemcy. Wydawałoby się, że przychody z ropy naftowej są wystarczające, by zapewnić relatywnie niewielkiej populacji godziwy byt. Jest inaczej. Pomimo wysokiego PKB per capita - ok. 20 tys. dol. - całe segmenty saudyjskiego społeczeństwa ubożeją, bezrobocie sięga 11 procent. Młodym coraz trudniej znaleźć zajęcie. Bogactwo z ropy zasila bowiem główne konta rodziny panującej.
Jeszcze 20 lat temu można było mówić o trzech filarach trwania monarchii: ropie naftowej, dobrobycie jej mieszkańców i systemie represji. Dziś liczy się tylko pierwszy i trzeci. Arabia ma 30 tysięcy więźniów politycznych, znacznie więcej niż w Libii Kaddafiego i porównywalnie z Egiptem Mubaraka mającym jednak ponadtrzykrotnie większą populację. Narastają napięcia religijne między władzami a szyicką mniejszością, które od czasu do czasu przeradzają się w otwarte starcia i brutalne represje.
W tym właśnie punkcie zawierucha w Bahrajnie staje się czerwoną lampką alarmową dla Arabii. Buntują się tam właśnie szyici (w tym wypadku większość populacji) rządzeni przez autorytarną dynastę sunnicką, która - podobnie jak Saudowie - monopolizuje bogactwo kraju. Bahrajńscy szyci są częścią większej wspólnoty religijnej zamieszkującą także prowincję wschodnią, największą ze wszystkich jednostek administracyjnych królestwa Saudów. Problem domu panującego polega na tym, że to właśnie w niej są zlokalizowane główne pola naftowe. Kiedy spojrzymy na ich rozmieszczenie na mapie, ujrzymy pas ciągnący się między Bahrajnem a Kuwejtem w głąb pustyni, kończący się jakieś 200 kilometrów na południowy wschód od Rijadu, stolicy kraju. Dokładnie pośrodku pasa leży Ghawar, największe pole naftowe świata. To domena szyitów.
Już zaczęło być tam gorąco. Wraz z wybuchem niepokojów w Bahrajnie doszło także do wystąpień w Arabii Saudyjskiej. Siły bezpieczeństwa tłumiły rozruchy we wschodnich szyickich miastach Hofuf i Katif. Polała się krew. W najbliższym sąsiedztwie pól naftowych - zaworu bezpieczeństwa światowego rynku ropy.
Saudyjski król i jego bracia zdecydowali, że nie wolno dopuścić do upadku dynastii w Bahrajnie, bowiem stworzy to nieobliczalny w skutkach precedens. I dokonali zbrojnej inwazji na ten kraj przy współudziale kilkuset policjantów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. A u siebie uruchomili wart 37 mld dol. pakiet socjalny dla społeczeństwa obejmujący między innymi 15-procentową podwyżkę płac dla pracowników publicznych.
To jednak tylko lanie oliwy na wzburzone fale. Problemy generujące buntownicze nastroje tak w Arabii, jak i Bahrajnie pozostały nierozwiązane. Każdego dnia wchodzi w dorosłość rzesza młodych, którym nie wystarczają już ochłapy rzucane przez sytych Saudów, którzy mają dość autorytarnej władzy skorumpowanych starców. Saudyjskie pola naftowe leżą na beczce prochu. Gdyby wybuchła, trzeba liczyć się ze wzrostem ceny baryłki ropy do 200 dol. i więcej.
A to nie koniec kłopotów - szyicka mniejszość w Arabii cieszy się poparciem Iranu, głównego konkurenta Saudów w regionie. Gdyby doszło do masakry szyitów, Teheran - inaczej niż państwa zachodnie w przypadku rebelii libijskiej - nie zawaha się słać im broni, a nawet doradców. Taki ruch z kolei może doprowadzić do zablokowania cieśniny Ormuz, co wydarzyło się już podczas wojny Iraku z Iranem, i wstrzymania w ogóle eksportu ropy z Zatoki Perskiej. Wtedy nie byłoby już czym wypełnić luki po saudyjskim czarnym złocie.
Możliwy jest też mniej dramatyczny scenariusz, ale rebelia w niewielkim Bahranie pokazuje, jak bardzo świat uzależnił się od reżimu matuzalemów, którego upadek jest nieunikniony. Nie teraz, to za kilka lat.
@RY1@i02/2011/054/i02.2011.054.186.0016.001.jpg@RY2@
Fot. Gamma/FPM
Arabia Saudyjska cierpi na także same bolączki, jakie doprowadziły do buntów w Tunezji, Egipcie i Libii. Kwestią czasu jest społeczny wybuch przeciwko przeżartej korupcją dynastii, która przejada większość petrodolarów
@RY1@i02/2011/054/i02.2011.054.186.0016.002.jpg@RY2@
Andrzej Talaga
Andrzej Talaga
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu