Bractwo wchłania Egipt
Protesty w Egipcie trwają. Reżim jest podmywany głównie przez Bractwo Muzułmańskie. Swoją potęgę opiera jednak nie na rewolcie ulicy, lecz cierpliwości, elastycznej organizacji i skutecznym finansowaniu
Prześladowani od kilkudziesięciu lat przez władze nie zostali rozbici. Nauczeni ostrożności nie wzywali podczas rozruchów do islamskiej rewolucji. Jeśli jednak jakaś siła będzie kształtować przyszły Egipt, to właśnie bracia muzułmanie. W przeciwieństwie do świeckiej opozycji mają struktury i pieniądze. Zdobyli wpływy na uniwersytetach, w związkach zawodowych, medresach i meczetach, prowadzą własne biznesy, pobierają nieformalne podatki, a ich fundusze przepływają między 86 państwami, w których mają oddziały i komórki. Fiskalizm braci sięga Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji. Wiara, cierpliwość i finanse czynią ich niemal niepokonanymi. Stali się współczesnymi templariuszami islamu.
Demonstranci na placu Tahrir chcą odejścia prezydenta Mubaraka natychmiast. Bractwo popiera to wezwanie, ale naprawdę bardziej zależy mu na samej zmianie niż na czasie, kiedy zostanie dokonana. Organizacja nauczyła się czekać, wie, że po cichu może wziąć więcej niż wskutek gwałtownej erupcji. Dlatego wzywa dziś do demokratycznej transformacji i wolnych wyborów. O teokracji ani słowa.
Nie są to jednak cele Bractwa, ale bieżąca taktyka. Organizacja powstała jeszcze w latach 20. XX wieku jasno określała swój program - budowa ponadnarodowego państwa islamskiego rządzonego według zasad szariatu. W imię tej idei chwyciła za broń przeciw Brytyjczykom, nie zawahała się jednak poprzeć Gamala Nasera, socjalisty, który obalił króla i odrzucił brytyjską protekcję nad Egiptem. Warto przypomnieć te wydarzenia, organizacja bowiem znów weszła w sojusz z ugrupowaniami świeckimi w ramach Narodowego Stowarzyszenia na rzecz Zmian, by rzucić wyzwanie tyranii. Chce demokracji, ale nie jako zasady rządzenia, lecz narzędzia do stopniowego przejęcia kontroli nad państwem. Izrael nie dlatego zwoływał nadzwyczajne posiedzenia rządu i przesunął dodatkowe oddziały na granicę z Egiptem, że wystraszył się upadku Mubaraka. Bardziej niepokoi go perspektywa przejęcia władzy przez Bractwo, które nie akceptuje pokoju z państwem żydowskim, a jego palestyńska mutacja Hamas rządzi Strefą Gazy. W szczytowym momencie popularności bracia muzułmanie skupiali dwa miliony ludzi, dziś - po dziesięcioleciach represji, w tym egzekucji czołowych przywódców - mają nadal 800 tys. członków.
W 2007 roku Bractwo ogłosiło manifest polityczny, w którym wzywało do powołania rady religijnej akceptującej wszystkie prawa przyjmowane przez instytucje świeckie, w tym parlament. Podobna instytucja - Rada Strażników Rewolucji - działa w Iranie. Odbywają się tam wolne wybory, są konkurencyjni kandydaci, ale wszyscy oni muszą być najpierw zatwierdzeni przez ten organ, tak samo jak ich programy. Manifest braci wyklucza także kobiety i chrześcijan z kandydowania do urzędu prezydenta Egiptu. Stałe wezwanie organizacji głosi: "Koran jest naszą konstytucją". Nikt go do tej pory nie odwołał.
Dziś jednak nie usłyszymy tych haseł z ust działaczy Bractwa. Z premedytacją unikają stanięcia na czele protestów czy walki w imię republiki islamskiej, nie chcą bowiem dać rządowi pretekstu do masowego użycia wojska i przedstawienia światu tłumienia rewolty jako boju z fundamentalizmem. Zamiast rzucenia państwu jawnego wyzwania wykorzystują elastyczność swoich struktur do wlewania się w formalne i nieformalne instytucje. Bractwo jest w ruchu opozycyjnym, wysłało przedstawicieli na rokowania z nowym rządem oraz wiceprezydentem Omarem Sulejmanem. Przejmuje też samozwańcze bojówki obywatelskie pilnujące porządku w egipskich miastach. Przedłużający się pat osłabia świecką opozycję, Bractwo - przeciwnie. Daje mu czas na odbudowanie struktur. Podczas rewolty tysiące więźniów, w tym jego działacze, uciekły z zamkniętych zakładów. W wielu wypadkach - choćby na Pustyni Nitryjskiej, jednej z ojczyzn monastyzmu i tradycyjnym miejscu zsyłki - zostali wręcz odbici przez tłum okrążający zakłady karne. Oblężenia organizowało Bractwo.
Bezhołowie kosztuje Egipt ponad 300 mln dol. dziennie, zawalił się import pszenicy, a magazyny zbóż są prawie puste. Państwo nie jest już w stanie zapewnić ludziom utrzymania i jedzenia, tymczasem bracia muzułmanie zbudowali wpływy właśnie na pomocy socjalnej dla ubogich, dystrybucji taniej lub darmowej żywności, budowie szkół, sierocińców. W przeciwieństwie do rządu i świeckiej opozycji są zahartowani w działaniu w warunkach osłabnięcia państwa i więzi społecznych. Tylko trzy siły mają w Egipcie ogólnokrajowe struktury alternatywne do państwa: Kościół koptyjski, grupy sufickie i oni. Pierwszy jednak jest ograniczony do chrześcijan i nie ma ambicji politycznych, drugie zaś dzielą się na wiele konkurencyjnych odłamów, tylko bracia muzułmanie pozostają realnym wyzwaniem dla każdej władzy poza swoją. Obywali się bez niej i nauczyli tego miliony Egipcjan.
Taka niezależność jest kosztowna. Bractwo zbudowało więc system pozyskiwania funduszy działający w skali światowej. Przykładem może być Francja. Tamtejsze władze podejrzewają, że pobiera ono podatek islamski od całego przemysłu żywności czystej rytualnie (halal), który dynamicznie rośnie, a jego wartość w 2010 r. to ok. 7 mld dol. Danina zbierana przez grupy fundamentalistyczne jest uznawana za spełnienie muzułmańskiego obowiązku jałmużny (zakat). Przepisy religijne określają, że to 2,5 proc. majątku zarobionego w ciągu roku lunarnego. Odpowiada on mniej więcej długością słonecznemu, zatem w roku rozliczeniowym zakat tylko z żywności halal we Francji sięga 170 mln dol. A to tylko jedna z wielu finansowych podpór Bractwa. Kiedy po utworzeniu w Strefie Gazy rządu Hamasu kraje zachodnie odmówiły jego dotowania, bracia wezwali sympatyków do przekazania 25 proc. dochodów na wsparcie władz fundamentalistycznych w Palestynie. Do dziś darowizny te z nadwyżką finansują zarówno administrowanie Strefą Gazy, jak i zbrojenia Hamasu.
Bractwo wyrzekło się przemocy, czasem przyrównuje się je nawet do rządzącej Turcją partii AKP, miałoby ewoluować w stronę muzułmańskiej wersji chrześcijańskiej demokracji. AKP jednak nigdy nie budowała struktur alternatywnych wobec państwa tureckiego, nie wyłoniła z siebie grup sięgających po przemoc, a nawet terroryzm nie jest wreszcie tworem ogólnomuzułmańskim. Tymczasem Bractwo stało za zamachem na prezydenta Saddata, z niego wywodzi się nie tylko palestyński Hamas, ale też egipski Dżihad oraz Dżamma Islamija i algierski Islamski Front Ocalenia. Wszystkie te organizacje mają krew na rękach.
Egipskiej rewolcie przyglądają się wpływowi ludzie cienia. Już pną się w górę po plecach demonstrantów - weszli do komitetu negocjacyjnego opozycji, wyciągają rękę do armii, nawołują do utworzenia rządu tymczasowego ze swoim udziałem, choćby pod przewodem Mubaraka. Nie spieszy im się. Mają czas i pieniądze.
@RY1@i02/2011/029/i02.2011.029.186.0016.001.jpg@RY2@
Fot. MaxPPP/Forum
Na rewolcie w Egipcie najbardziej korzysta Bractwo Muzułmańskie. Jednak wsparcie dla ruchu na rzecz walki o większą demokrację jest złudne. Bracia traktują ją jedynie jako narzędzie przejęcia władzy w kraju
@RY1@i02/2011/029/i02.2011.029.186.0016.002.jpg@RY2@
Andrzej Talaga
Andrzej Talaga
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu